105-latka wspomina tylko to, co było dobre

Anna Górska
Irena Weiner(ur. 1912 r.) wychowała dwójkę dzieci
Irena Weiner(ur. 1912 r.) wychowała dwójkę dzieci fot. Archiwum rodzinne
Udostępnij:
Ludzie. Irena Weiner, emerytowana lekarka szpitala im. Stefana Żeromskiego w Krakowie, jedna z milionów Polaków wywiezionych przez władze radzieckie do Kazachstanu, świętuje swoje 105 urodziny.

Mogłaby wspominać o wszystkim, co złe było w jej życiu. Na przykład jak sama z małą córką na rękach w 1939 roku uciekała przed wojną z zachodu Polski na wschód. Jak rok później spędziła sześć tygodni w zatłoczonym wagonie w drodze do Kazachstanu. Praktycznie bez jedzenia, a ust do karmienia akurat nie brakowało, bo wywożono ją do Kazachstanu wraz z mamą, siostrą i małymi dziećmi.

Albo jak po sześciu latach zsyłki w stepach kazachskich wróciła do Warszawy, a raczej jej ruin i bez sił, płacząc, błądziła po mieście i szukała swojego domu. Mogłaby także rozpaczać nad losem ukochanego męża, który przez całą wojnę był w obozie jenieckim.

Ale pani Irena Weiner wspomina raczej to, co było dobre w jej życiu i cieszy się z tego, co ma teraz. Emerytowana lekarka Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego w Krakowie świętuje swoje 105 urodziny.

- To okrągłe urodziny niezwykłej kobiety. Zmęczona wojną, pracą, kłopotami, potrafiła zająć się problemami innych, bezinteresownie im pomagać - mówi Alicja Lesisz, pielęgniarka, która pracowała z panią Ireną.  - Nie pamiętam, by kiedykolwiek podniosła głos, albo była nieżyczliwa dla chorych czy ich rodzin, albo nas - podwładnych. A swoją pogodą ducha, siłą mogłaby podzielić się z wieloma. Myślę, że młodzi lekarze mogliby sporo się nauczyć od mojej szefowej - dodaje.

Przez ponad 20 lat była związana z „Żeromskim” w Krakowie, tworzyła oddział chorób zakaźnych, budowała zespół w powstałej pod koniec lat 50-tych ubiegłego wieku lecznicy.

- Te czasy były trudne - wspomina pani Irena. - Na nasz oddział trafiali pacjenci w ciężkim stanie, niedołężni, schorowani - tacy, którymi już nikt nie chciał się zająć. Starałam się im zapewnić godną opiekę - dodaje.

Z zawodem na długo nigdy się nie rozstawała, choć los ją rzucał w różne zakątki świata. „Geografia” jej kariery liczy tysiące kilometrów. Zaczynała jako młodziutka stażystka w 1936 roku w szpitalu Dzieciątka Jezus w Warszawie, potem przeprowadziła się do Leszna, gdzie jej mąż (też lekarz) pracował w 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich. 105 latka wówczas znalazła dla siebie miejsce w Klinice Pediatrycznej w Poznaniu, pomagała chorym jako wolontariusz .

W związku z zagrożeniem wojennym w czerwcu 1939 uciekła do siostry do Słonima (obecnie Białoruś). Zatrudniła się i w przychodni wiejskiej i w szkole. Nie wyobrażała sobie, żeby nic nie robić. Za niecały rok -w kwietniu 1940 pani Irena już była w drodze do Kazachstanu.

- Gdy wyjeżdżaliśmy stamtąd, ludzie płakali za mamą - wspomina Małgorzata, córka pani Ireny. - Bardzo ją lubili za jej wielkie serce, wiedzieli, że zawsze można na nią liczyć. Proszę pamiętać, mówimy o czasach wojennych i powojennych. Łatwo nikomu nie było.

Sama słabo pamięta kazachskie życie. - Miałam prawie osiem lat, gdy wracaliśmy do Polski. Brata jeszcze nie miałam, to ja jestem przedwojenna, a mój brat - powojenny- uściśla.

W Krakowie nie znaleźli się przypadkowo, to miasto rodzinne męża pani Ireny. Zamieszkali w samym sercu - na placu Matejki. Właściwie od razu trafiła do kliniki chorób zakaźnych Akademii Medycznej w Krakowie, gdzie uzyskała specjalizację w zakresie chorób zakaźnych (II st.), epidemiologii (II st.) i interny, potem Irenę Weiner, młoda, ale doświadczoną specjalistkę, skierowano do nowopowstałego „Żeromskiego” w Nowej Hucie, gdzie była zastępcą ordynatora oddziału chorób zakaźnych.

Emerytura? Nie czekała na nią jak na zbawienie i moment odpoczynku. Przeciwnie, w 1974 roku, gdy osiąga wiek emerytalny, stała się jeszcze aktywniejsza, wybrano ją na ordynatora w półsanatorium dla studentów. Dała sobie spokój dopiero w 1988 roku. Miała wówczas 76 lat.

Dziś pani Irena jest częściowo samodzielna. Lubi przebywać na tarasie, słuchać śpiewu ptaków i obserwować chmury. I tu najczęściej śpiewa przedwojenne piosenki lub recytuje wiersze (polskie, niemieckie, łacińskie) wyuczone w młodości. - Dla mnie to niepojęte - nie kryje zachwytu January Weiner, syn pani Ireny. - Ja jedynie pamiętam, że na studiach uczyłem się łaciny. Zaś mama pamięta łacinę. Prawdziwszą z najprawdziwszych! Nawet Horacego recytuje.

WIDEO: Magnes. Kultura Gazura - odcinek 19

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie