Adrian Carton de Wiart - brytyjski generał, który pokochał Polskę

Paweł Stachnik
Gen. Adrian Carton de Wiart - Brytyjczyk, który pokochał Polskę
Gen. Adrian Carton de Wiart - Brytyjczyk, który pokochał Polskę archiwum
Udostępnij:
Generał odwiedził Kraków w 1919 roku. Jego barwne życie - był wojskowym, sportowcem, myśliwym, dyplomatą, podróżnikiem, a zapewne też szpiegiem - zasługuje na emocjonujący film. Na razie możemy przeczytać jego wspomnienia po raz pierwszy wydane w Polsce

20 stycznia 1919 r. do Krakowa przyjechała francusko-angielska misja wojskowa. Jej zadaniem było zbadanie tła trwającego właśnie w Galicji Wschodniej konfliktu polsko-ukraińskiego. Misję podejmowano z wielkimi honorami, m.in. urządzając na jej cześć raut w pałacu Larischa i przedstawienie w Teatrze im. Słowackiego.

Wśród członków misji wyraźnie wyróżniał się pewien brytyjski oficer. Wysoki, postawny, zwracał uwagę czarną opaską na twarzy, zakrywającą lewe oko. A lewy rękaw munduru zwisał mu swobodnie, wyraźnie wskazując, że wojskowemu brakuje ramienia. Oficer był pełen energii i humoru, nic nie robił sobie ze swej niepełnosprawności.

Przybyszem tym był gen. Adrian Carton de Wiart, brytyjski kawalerzysta, uczestnik kilku wojen, w tym tej ostatniej, którą spędził na froncie zachodnim, poszukiwacz przygód, myśliwy, sportowiec, człowiek wielu pasji, którego barwne życie zasługuje na książkę lub film. Biografię Cartona de Wiarta przybliżają nam wydane przez krakowskie wydawnictwo Wingert i Bellonę jego wspomnienia pt. „Moja Odyseja. Awanturnik, który pokochał Polskę”.

Wojskowe powołanie

Urodził się w Brukseli, w rodzinie zamożnego prawnika. Gdy miał sześć lat, jego ojciec przeniósł się do Egiptu. Młody Adrian nauczył się tam kilku języków, jazdy konnej i strzelania. Ojciec chciał, by syn został prawnikiem, więc wysłał go na studia do Oksfordu, ale Adrian bardziej interesował się sportem niż nauką, więc nie zaliczył I roku.

W 1899 r. wybuchła wojna angielsko-burska, a de Wiart odkrył w sobie wojskowe powołanie. Jako że nie miał brytyjskiego obywatelstwa (był Belgiem), pod zmienionym nazwiskiem i dodając sobie kilka lat zaciągnął się do armii. Wziął udział w walkach, lecz niebawem został ranny w brzuch i krocze. Wojaczka jednak tak mu się spodobała, że rzucił studia i wstąpił do kawalerii. Tak zaczął nowy rozdział.

W wojsku niebawem został oficerem i trafił do Indii. Tam zasmakował w beztroskiej egzystencji kolonialnych oficerów: grał w polo, jeździł konno, hodował konie wyścigowe i polował. Jak przystało na żołnierza z zamiłowania, wybuch I wojny światowej przyjął z radością, nie mogąc się doczekać wyjazdu na front do Francji. Został jednak wysłany do… Somalii, do walki ze zbuntowanymi tubylcami. Podczas jednego ze starć został postrzelony w oko, łokieć i ucho. Oko trzeba było usunąć. To była tragedia dla młodego oficera, bo zamykała mu drogę do wymarzonej służby na froncie. De Wiart był jednak tak zmotywowany, że zdołał przekonać wojskową komisję lekarską w Anglii, iż nadaje się do walki . W 1915 r. trafił do Francji jako dowódca szwadronu w pułku dragonów. W ten sposób rozpoczęła się jego wojenna epopeja.

Z kapitana generał

Na froncie zachodnim dowodził szwadronem, batalionem, pułkiem i brygadą. Nad Sommą dostał postrzał w głowę i kostkę, pod Passchendaele postrzał w biodro, pod Cambrai trafienie w nogę, pod Arras w ucho, a pod Ypres stracił rękę. To ostatnie tak opisał we wspomnieniach: „Moja ręka przedstawiała makabryczny widok: dwa palce zwisały tylko na strzępie skóry, reszty zaś w ogóle nie było. Pociski oderwały mi pozostałe palce wraz z resztą dłoni i prawie całym nadgarstkiem. Poprosiłem lekarza, by amputował mi wiszące luźno dwa palce. Odmówił, więc sam je urwałem, nie czując przy tym bólu”…

Po wyleczeniu rany znów stanął przed komisją lekarską i zdołał ją przekonać, że wciąż nadaje się do służby liniowej! Wrócił do Francji i nadal dowodził. Wielokrotnie cudem uniknął śmierci, gdy wokół niego od kul karabinowych i ostrzału artyleryjskiego ginęli żołnierze i oficerowie. „Przeciętna długość życia oficera piechoty na pierwszej linii frontu w tamtym czasie wynosiła dwa tygodnie, jednak w High Wood w ciągu jednej nocy straciłem wszystkich ośmiu oficerów, których przydzielono mi popołudniem w dniu poprzedzającym nasze natarcie” - napisał w „Mojej odysei”.

Żołnierskie szczęście sprzyjało de Wiartowi. Przeżył wojnę, a w ciągu niecałego roku awansował z kapitana na generała brygady. W 1919 r. zaś przydzielono go do Brytyjskiej Misji Wojskowej skierowanej do Polski. Nasz kraj był dla niego zupełną niewiadomą. Nigdy wcześniej w nim nie był i niewiele o nim wiedział. Do Warszawy do trafił w lutym 1919 roku.

20 lat w Polsce

Pośredniczył w rokowaniach polsko-ukraińskich (wtedy to w drodze z Warszawy do Lwowa pojawił się w Krakowie), lądując awaryjnie samolotem dostał się do litewskiej niewoli, był uczestnikiem zmagań wojny polsko-bolszewickiej (znów o mało nie zginął). Nabrał wtedy sympatii do Polski i Polaków, co wyrażało się m.in. w przychylnych raportach wysyłanych przez niego do Londynu. Bezskutecznie starał się przekonać przełożonych do zmiany niechętnej Polsce polityki zagranicznej Wielkiej Brytanii.

Po wojnie generał przyjął propozycję znajomego z wojska - księcia Karola Radziwiłła - osiedlenia się w jego majątku na Polesiu. Zamieszkał w podarowanej leśniczówce w Prostyniu, na wyspie wśród wód i lasów, niedaleko granicy polsko-sowieckiej. De Wiart zakochał się w tym miejscu i spędził w nim prawie 20 lat. Jako zapalony myśliwy czuł się tam jak w raju. Obfitość najróżniejszego ptactwa pozwalała mu polować bez ustanku przez większą część roku. Bywał też w Krakowie, gdzie zamówił u Wojciecha Kossaka swój piękny konny portret.

Wprawdzie sam generał zaprzecza temu w swoich wspomnieniach, ale część polskich badaczy utrzymuje, że prócz polowań zajmował się także organizowaniem w Polsce brytyjskiej siatki wywiadowczej. Niemniej brak na to pewnych dowodów. Po ataku Niemiec na nasz kraj znów mianowano go szefem Brytyjskiej Misji Wojskowej, dzięki czemu mógł być bezpośrednim świadkiem - jak sam pisze - „agonii Polski w 1939 roku”.

Na tym stanowisku miał bezpośredni dostęp do marsz. Rydza-Śmigłego, którego zresztą podobno przekonywał do zmiany planu obrony Polski i oparcia frontu na Wiśle, a potem do pozostania w kraju razem z walczącymi żołnierzami. On też miał skłonić Naczelnego Wodza do odesłania polskich okrętów wojennych do Wielkiej Brytanii. Dziś wiadomo, że de Wiart przypisał sobie te zasługi post factum, a decyzje te zapadły wcześniej i w zupełnie innych okolicznościach. Cóż, nie on jeden nie ustrzegł się od przypisywania sobie we wspomnieniach wyimaginowanych zasług. Trzeba jednak oddać mu sprawiedliwość, że o wrześniowej walce naszych żołnierzy wyrażał się zawsze z szacunkiem i uznaniem.

Dwa lata w niewoli

Po przedostaniu się przez Rumunię do Wielkiej Brytanii de Wiatrowi w 1940 r. przekazano dowodzenie angielskimi siłami w kampanii norweskiej. Następnie w 1941 r. wysłano go do Jugosławii z zadaniem zorganizowania tam Brytyjskiej Misji Wojskowej. Tym razem jednak szczęście opuściło generała. Podczas lotu do Jugosławii jego bombowiec awaryjnie lądował w Morzu Śródziemnym, a załoga dopłynąwszy do libijskiego brzegu została wzięta do niewoli przez Włochów.

De Wiart został przewieziony do Italii i tam spędził dwa lata w obozach jenieckich. Obozy to jednak zbyt dużo powiedziane. Brytyjskich oficerów Włosi przetrzymywali w willach lub zamkach, wprawdzie w zamknięciu i pod strażą, ale w całkiem znośnych, żeby nie powiedzieć luksusowych warunkach. Mimo to de Wiart i jego koledzy nieustannie myśleli o ucieczce. Jedna z nich się udała: wykonanym ręcznie podkopem kilku oficerów wydostało się z zamku Vincigliati, w którym ich przetrzymywano. De Wiart razem z generałem Richardem O’Connorem przez osiem dni maszerowali w kierunku granicy szwajcarskiej, jednak zostali zdemaskowani i ujęci.

Wolność Carton de Wiart odzyskał zupełnie niespodziewanie w 1943 r. Szukający kontaktu z aliantami Włosi wysłali go do Lizbony, by przekazał tę wiadomość do brytyjskiej ambasady. Wróciwszy do kraju de Wiart został skierowany przez Churchilla do Chin jako jego specjalny wysłannik przy gen. Czang-kaj-szeku. W walczącym z Japończykami Państwie Środka de Wiart spędził trzy lata, żyjąc tam całkiem wygodnie w rezydencjach przydzielonych mu przez generalissimusa, podróżując i biorąc udział w przyjęciach i rautach.

Czang-kaj-szek po zakończeniu wojny zaproponował mu zostanie jego osobistym doradcą, co generał - zauroczony Chinami tak jak uprzednio Polską - przyjął z radością. Pech chciał jednak, że goszcząc u znajomych, poślizgnął się na macie, przewrócił i złamał kilka kręgów… Po długim leczeniu zrezygnował z Chin, ożenił się po raz drugi i spędził resztę życia w posiadłości w hrabstwie Cork, łowiąc ryby i polując. Zmarł w 1963 roku w wieku 83 lat.

Jego arcyciekawe, barwnie napisane wspomnienia wyszły w latach 50. (wstęp do nich napisał sam Winston Churchill). Polskim historykom były znane i często cytowano je w naszych pracach, ale dopiero teraz ukazał się ich polski przekład, świetnie zresztą przyjęty przez miłośników historii i wojskowości.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie