Ale się podziało

Redakcja
Władysław A. Serczyk: Znad granicy

   To nic, że po kolejnej wizycie w szpitalu i kolejnej operacji na biurku wyrósł całkiem spory stosik korespondencji, na którą nie zdążyłem jeszcze odpowiedzieć. Najważniejsze, że widzę! Widzę obydwoma oczami, i to doskonale, ostro, a panie doktor z kliniki okulistycznej kierowanej przez profesora Jerzego Szaflika w Warszawie zapewniają, że "oczka są kryształowe" i przywrócono w nich 100 proc. ostrości wzroku. A było fatalnie. Mogłem wzorem, też profesora i też Jerzego, Stuhra zakrzyknąć: "Ciemność widzę!".
   Zabrałem się więc do czytania starych i nowych gazet krajowych; przeglądania książek, jakie ukazały się w ostatnim czasie, a które znać wypada; studiowania prasy cudzoziemskiej w Internecie... Nawet parę razy obejrzałem sobie i "Fakty", i "Wiadomości" w telewizji. No, cóż... Gdyby nie rozbuchana wiosenna zieleń za oknem, świat wyglądałby koszmarnie.
   A z mojego pokolenia coraz nas na nim mniej. Po śmierci Sylwestra Wójcika z pięcioosobowej ekipy rektorskiej kierującej Uniwersytetem Jagiellońskim przed trzydziestu laty zostało tylko dwóch jej członków: Andrzej Pilch i ja. A ilu już odeszło starszych i młodszych kolegów z "mojej" Rady Wydziału?
   Wieści zza granicy też nie krzepią. Na Ukrainie zaczęły się już coraz ostrzejsze starcia między Juszczenką a panią premier, która w swoją pierwszą podróż w obce kraje udała się do Gruzji, uprzednio w ostatniej chwili odwołując już przygotowany przylot do Moskwy. Najpierw stwierdziła, że jedynym powodem tego dyplomatycznego zamieszania były siewy na Ukrainie. Ostatnio jednak zmieniła zdanie. Oświadczyła, iż jeszcze w czasie trwania "pomarańczowej rewolucji" obiecała prezydentowi Gruzji, że właśnie Tbilisi będzie pierwszą stolicą, gdzie złoży oficjalną wizytę i teraz właśnie to uczyniła. Rzeczywiście, przyjęto ją godnie, chociaż może nie aż tak wystawnie, jak się tego spodziewała.
   Zresztą w Tbilisi ruch był ostatnio niemały. Najpierw odwiedził je prezydent Bush, potem pani Tymoszenko, a na koniec zjechali się na rutynowe konsultacje ministrowie spraw zagranicznych Wspólnoty Niepodległych Państw, a więc także i Rosji, której stosunki z Gruzją dalekie są od przyjacielskich.
   Demonstrowana przez Tymoszenko antyrosyjska postawa nie jest na rękę Juszczence, któremu obecnie bardziej odpowiadałby model zrównoważonego jednoczesnego partnerstwa z Rosją i Unią Europejską. Stąd jego rzeczowe kontakty z Putinem, które przyniosły powołanie dwustronnego komitetu konsultacyjnego, składającego się z kilku członków rosyjskiego i ukraińskiego Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego. Wiadomo, że już podjęto w nim rozmowy na tematy dla obu stron najtrudniejsze, a zarazem kluczowe - przyszłości portu wojennego w Sewastopolu, prawa własności do okrętów Floty Czarnomorskiej oraz stopniowej regulacji wzajemnych zobowiązań finansowych.
   Tymczasem wśród hałaśliwych deklaracji o przełomie w stosunkach polsko-ukraińskich pani premier po cichutku podniosła ceny ropy i benzyny płynącej z Ukrainy do zakładów przetwórczych i rafinerii leżących na południu Polski. Być może tylko dojdzie wreszcie do ponownego otwarcia Cmentarza Orląt we Lwowie w związku z przyjęciem przez stronę polską ukraińskiej wersji napisu na płycie upamiętniającej miejsce, skąd wzięto szczątki Nieznanego Żołnierza, by umieścić je w Warszawie. Nie będzie więc wzmianki o żołnierzach polskich walczących "bohatersko", lecz tylko poległych w walce o swoją ojczyznę. Lwy też nie powrócą na miejsce, skąd je zabrano. Będą tylko, jak dawniej, pomniki ku czci ochotników amerykańskich i francuskich, którzy oddali swe życie wspólnie z Polakami.
   Jednak w Miejskiej Radzie grodu nad Pełtwią dalej nastroje takie, że chciałoby się już uroczystości lwowskie mieć poza sobą, aby znowu jakaś idiotyczna prowokacja nie zakłóciła spokoju zmarłych.
   A tu właśnie, w znajdujących się na biurku remanentach poszpitalnych, znalazłem wzruszający list i fotograficzną reprodukcję dyplomu obywatela honorowego Lubaczowa, nadanego Józefowi Kapce, burmistrzowi tego miasta w latach 1892-1905. Jak słusznie piszą panowie Jerzy i Roman Kapkowie, dwaj wnukowie zasłużonego lubaczowianina, podpisy zachowane na dyplomie ukazują, że w "ponurych czasach rozbiorów społeczność kresowego miasta mogła być dla nas przykładem; w zgodzie żyli w nim wtedy Polacy, Żydzi, Ukraińcy i pewnie inni". Nic dodać, nic ująć. Macie, Panowie, rację!
   Sporo się bowiem w Polsce zmieniło.
   Dzisiaj słychać więcej o popełnianych przestępstwach niż o dobrych uczynkach. Jeszcze przed kilkunastu laty najbardziej poważanym zawodem był profesor uniwersytetu. Ba! nawet w Peerelu profesorowie nie musieli do rozliczanej delegacji służbowej dołączać biletu kolejowego określonej klasy, bo im ufano. Prawie pięćset lat temu Zygmunt August wydał przywilej nobilitujący profesorów Akademii Krakowskiej. Teraz będą ich lustrować. Ale się podziało!

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie