Alfred Szrajer: „Człowiek może więcej, niż sądzi”

Redakcja
Miłość do życia jest tajemnicą długiego życia polskiego Żyda Alfreda Szrajera. Przebrnął przez wszystkie koła piekieł niemieckich obozów koncentracyjnych – od Drohobycza do Turyngii i Saksonii, przeżył „marsz śmierci”, bronił się, gdy puchł z głodu. Dziś pomimo 89 lat gromadzi pełne sale na swoich koncertach, występując w Polsce i Niemczech. Już nikt jak on nie wykonuje słynnej batiarskiej piosenki „Tylko we Lwowie”.

OKSANA DUDAR

Koniec rodziny

W obszernym pokoju masa książek, płyt – niespotykanych już dziś płyt winylowych i, naturalnie, fortepian. Na ścianach duże zdjęcia rodziny, fotografie z Polski i z obozów, zamienionych dziś na muzea, w milczeniu przypominają dawne czasy, gdy Alfred Szrajer był młodzieńcem, zakochanym w życiu i muzyce. Dziś jest ostatnim żydowskim mieszkańcem dawnego Drohobycza, ostatnim żyjącym uczniem znanego polskiego pisarza i malarza – Żyda Brunona Schultza.

Urodził się pan Alfred 8 maja 1922 roku w Drohobyczu, w rodzinie znanego inżyniera. „Pierwsze 10 lat mego życia przeszło w Jaśle, – opowiada pan Alfred. – Była tam rafineria ropy, gdzie mój ojciec Beno Szrajer pracował jako kierownik laboratorium chemicznego. Przez te 10. lat to chyba ptasiego mleka mi brakowało. Ojciec zarabiał olbrzymie pieniądze”.

Ale w latach 30, w okresie wielkiego kryzysu, rafineria zmniejszyła produkcję i ojciec pozostał bez pracy. Mając jakieś oszczędności, rodzina wraca do Drohobycza. Do spółki z aptekarzem Beno Szrajer rozpoczął budowę kamienicy czynszowej.

„Budowę zakończono w sierpniu 1939 roku, – kontynuuje pan Szrajer. – Ledwo ustawiono bramę – przyszli Niemcy, potem Sowieci i zabrali dom. Nie zdążył on przynieść nam kopiejki dochodu, a wszystkie oszczędności poszły na budowę. Dopiero wtedy nastały dla nas ciężkie czasy. Tysiące niewinnych ludzi zesłano wtedy z Drohobycza do Kazachstanu i na Syberię. Do Żydów ustosunkowywano się z tolerancją”.

Alfred Szrajer postanawia zostać muzykiem, tym bardziej, że od dzieciństwa uczył się gry na skrzypcach. Już jako 17-latek zaczął śpiewać w kwartecie. Gdy usłyszano go we Lwowie w polskim teatrze miniatur, zaproszono go na występy. Rozpoczęła się wojna i występy skasowano, ale kwartet otrzymał zajęcie w Teatrze Letnim w parku vis-á-vis uniwersytetu: grali przed seansami filmowymi. Taka tradycja występów muzycznych w kinach panowała w całym Związku Sowieckim.

„I w tym kinie zastała nas wojna, – wspomina pan Alfred. – Z kolegą-muzykiem w czasie pierwszego nalotu niemieckiego na Lwów, schroniliśmy się w bramie jakiegoś domu, w który akurat trafiła bomba. Na nasze szczęście budynek zawalił się na sąsiednią ulicę. Przestraszeni, zapędzeni w róg drohobyccy studenci zebrali się razem. Szrajer z nimi. Do spółki wynajęli furę i umówili się, że pojadą do Drohobycza. Ale, gdy tylko wyjechali ze Lwowa, trafili w ręce policji… Pobitych, z wybitymi zębami i połamanymi żebrami dowieziono do Mikołajowa. Dalej chłopcy szli na piechotę do Drohobycza. Tam im nałożono opaski z gwiazdą Dawida i nakazano codziennie rejestrować się w urzędzie pracy.

W listopadzie Niemcy urządzili generalną próbę wyniszczenia Żydów. Pierwszymi ofiarami zostali bezsilni inwalidzi. „Przez Radę Żydowską Niemcy ogłosili, że niepełnosprawni Żydzi mają stawić się do synagogi z wartościowymi rzeczami. Tam im wyznaczą pracę, – Szrajer milknie. – Potem ich otoczyła policja, podjechały ciężarówki i powieziono ich w stronę Sambora”. Wieźli jak owce na rzeź do Bronickiego lasu i nikt nawet nie spodziewał się, nawet w strasznym śnie, że widzi swoich bliskich po raz ostatni, że ostatni raz stara matka przytula syna, że ostatni raz siostra całuje młodszego brata w czoło, że ostatni raz mąż spogląda w oczy ukochanej żony. Zrozumiano to dopiero, gdy ciężarówki wróciły tylko z rzeczami i odzieżą. 320 osób znalazło się w wilgotnej ziemi Bronickiego lasu. W czasie wojny tam rozstrzelano 11 tysięcy Żydów. Tam na zawsze zostali matka, dziadek, ciotka pana Alfreda. Ojciec, brat, babcia i córka stali się ofiarami innej nieludzkiej akcji: w 1942 roku razem z pięcioma tysiącami Żydów z Drohobycza wywieziono ich do obozu zagłady w Bełżcu, gdzie zginęli w komorach gazowych. Tak znikła znana kiedyś wielka rodzina Szrajerów.

„Marsz śmierci”

W Drohobyckim Getto było pięć obozów pracy. Od innych gett odróżniało się brakiem wysokich murów. Dookoła tylko stały słupy z napisami w trzech językach: „Wejście do getta karze się śmiercią”. Kobiety przeważnie pracowały w obozie pracy na polach. Alfreda Schrajera przydzielono do warsztatu stolarskiego. „Pracowałem tam jako pomocnik stolarza, – kontynuuje opowieść, – ale umiałem wykonywać różne prace, bo wszystkiego nauczył mnie Bruno Schultz. Potem przeniesiono mnie do warsztatów miejskich, gdzie pracowała moja matka. Produkowano tam dla wojska jakieś taczki i kosze do przenoszenia kul. W sierpniu 1943 zaczęto likwidować obozy. Nad ranem obóz otaczano i ludzi spędzano do więzienia. W tym czasie kopano doły w Bronickim lesie. W następnym dniu zwożono tam ludzi na rozstrzelanie.

Czy to jakieś niesamowite szczęście Szrajera, czy opieka Boska, że ktoś z rodziny miał ocaleć, ale pan Alfred trafił do szóstki „szczęśliwców”, których przeniesiono do innego obozu, do fabryki ceramiki. Opodal obozu był gmach, gdzie sortowano odzież ofiar z Bronicy. „Jeden z pracowników znalazł w kieszeni płaszcza mamy jej ausweis, – z goryczą ciągnie pan Alfred. – Mama, przeczuwając, ze przeżyję na marginesie zapisała: „Jestem szczęśliwa, że się uratowałeś, teraz spokojnie idę z twoim zdjęciem na śmierć”. To jedyny skrawek papieru, który pozostał mi po najdroższej osobie na świecie. Alfred Szrajer nosił go przy sobie, aż trafił do obozu Gross Rosen, gdzie zabrano mu odzież, a z nim ostatnią materialną pamiątkę. Ale te słowa pozostały na zawsze w sercu pana Alfreda.

Po likwidacji obozu przy fabryce ceramiki, wybrano 120 fachowców lub fizycznie sprawnych mężczyzn do pracy w rafinerii. Obóz przetrwał do kwietnia 1944 roku, gdy front przełamał linię Zaleszczyki-Tarnopol. Wtedy ludzi z tego obozu i z Borysławia zagnano do wagonów i powieziono dalej na Zachód. Tym razem Szrajer znalazł się w obozie w Płaszowie pod Krakowem. Ale front stale się przybliżał. Teraz Alfred Schrajer miał nieszczęście znaleźć się w Gross Rosen. „Większość moich znajomych trafiła na południe, gdzie węgiel zalegał na powierzchni. Praca nie była ciężka, jeść musieli dawać, bo niemieckie lokomotywy  bez węgla nie mogły się poruszać. Wszyscy, którzy tam trafili, przeżyli wojnę. Jeden z moich kolegów, Ludwik Hoffman, mieszka tam do dziś”.

„W Gross Rosen też byłem niedługo, a stamtąd – do Buchenwaldu – obozu śmierci. Tylko tu nie zgładzali więźniów w komorach gazowych, jak w Auschwitz, a przeprowadzano nad nimi nieludzkie eksperymenty. Alfreda Szrajera skierowano do kolejnego obozu pracy – filii Buchenwaldu. Teraz pracował przy załadunku naboi od szóstej rano do szóstej wieczór. „Dla takiego „siłacza” jak ja była to bardzo ciężka praca. Karmili tak, aby nie umrzeć. Do tego starszy baraku kradł racje żywnościowe: odcinał z każdej porcji dla swoich niemieckich kolegów. Spuchłem wtedy z głodu, a na nosie miałem różę. Przez kilka dni miałem gorączkę ponad 40 i to mnie dobiło. Tych, kto spuchli, nazywano w obozie muzułmanami”.

W kwietniu 1945 roku po raz pierwszy usłyszeliśmy artylerię amerykańską. Każdemu z więźniów wydano kolorowe płaszcze, aby z daleka odróżnić od cywili, pół bochenka chleba i popędzili w straszną drogę, którą z czasem ochrzcili „marszem śmierci”. Gdy ze Wschodu następowała Armia Czerwona, a z Zachodu wojska sojusznicze, więźniów nie było czym karmić, więc pognano ich w drogę, mając na myśli wyżywić ich u bogatych bauerów. Kolumny były pilnowane przez rezerwistów. „Raz dostaliśmy grochu. Każdy miał puszkę po konserwach i w tym gotowaliśmy. W jednym miasteczku zapędzono nas na stadion i przyciągnięto tam końską padlinę. Podzielono ją i każdy dostał kawałeczek mięsa. Raz karmiono nas surowymi burakami. Jedliśmy je w drodze. Już ledwo chodziłem. Kolumna była bardzo wielka, bo do naszego obozu dołączyły inne. Było nas razem około dwóch tysięcy ludzi”.

Ostatecznie opuściły go siły i znalazł się na końcu kolumny. Gotów był się poddać, jakby nie przypadek. Na końcu kolumny szedł jego znajomy, kiedyś bankier niemiecki. Jeszcze  gdy mieszkali w barakach, Alfred wieczorami przed snem śpiewał polskie i niemieckie piosenki. Gdy zapominał słowa mruczał sobie „la – la”. Tak więźniowie, którzy dawno zapomnieli co to jest muzyka, zasypiali pod jego śpiew. Bankier, widząc, że chłopak lada chwila padnie, powiedział żołnierzowi, aby go puścił, bo jest znanym śpiewakiem operowym. Czy rezerwista naprawdę uwierzył, czy nie mógł postąpić inaczej, ale strącił Alfreda Szrajera do rowu, gdzie ten przeleżał do rana.

Pragnienie życia

Potem był obóz w miejscowości Debel. Stamtąd w składzie niewielkiej grupy, przeważnie Włochów, wyruszyli przez las w poszukiwaniu innego obozu i pożywienia. Ale okazało się, że nie ma ani ludzi, ani pożywienia. „W tym mieście stał się pewien wypadek, – wspomina pan Szrajer. – Siadłem pod ścianą piekarni, aby trochę wypocząć. Zobaczyłem, że młoda Niemka mnie obserwuje i trzyma za pazuchą kawałek chleba. Gdy nikt nie widział, dała mi go. Bardzo mi pomógł. Szliśmy jeszcze 30 km. Wtedy zrozumiałem, że człowiek może o wiele więcej, niż sądzi”.

Koniec wojny zastał Alfreda Szrajera w Dreźnie. 7 maja, o 7 rano zobaczył radzieckie czołgi – wojna dla Żyda z Drohobycza skończyła się. Kiedyś zmartwiony, zmordowany, wycieńczony powiedział do znajomego krakowskiego adwokata: „Jeżeli wojna zakończy się przed moimi urodzinami – przeżyję”. 8 maja 1945 roku Alfred Schraier skończył 23 lata. W Niemczech był jeszcze do 1946 roku. Wiedząc, że w Drohobyczu nie ma nikogo, chciał już jechać do swojej ciotki, która jeszcze w 1937 wyemigrowała do Buenos Aires. Nie znał jej adresu, a w „Czerwonym Krzyżu” powiedzieli, że trzeba będzie zaczekać 2 – 3 miesiące w barakach. Gdy tylko zobaczył baraki, znów odżyły obozowe wspomnienia i odpadła chęć jazdy za ocean.

Trafił do przejściowego obozu w Grodnie, gdzie z kilkoma przyjaciółmi zorganizowali orkiestrę. Grywali w restauracji. Obozowym oficerom oddawali pieniądze, a sami mieli kolację, a jeszcze możliwość spania na stołach lokalu, gdzie biegały po nich tabuny karaluchów.

Po zwolnieniu pan Alfred na początku znalazł się we Wilnie. Szalenie ucieszył się ze spotkania ze znajomym z Drohobycza. Zdążył jeszcze podać papiery na wyjazd do Polski. Niebawem jednak powrócił do domu, gdzie znalazł pracę w orkiestrze. Grali w filharmonii i w kinach przed seansem. Grali do 1962 roku, gdy Nikita Chruszczow w celach oszczędnościowych skasował te orkiestry. Wtedy Alfred Szrajer zaczął pracować w liceum muzycznym, w którym przepracował 42 lata.

Między innymi, swoja żonę, Ukrainkę z Charkowa, poznał w kinie, gdzie przychodziła posłuchać muzyki. W 1949 pobrali się i urodziło im się dwoje dzieci – syn i córka. Zmuszony utrzymywać rodzinę, pan Alfred nie zdołał zakończyć lwowskiego konserwatorium. Nie pomogły nawet namowy Mykoły Kołesy. Przeniósł się na wieczorowe studia do Drohobyckiego muzyczno-pedagogicznego instytutu.

Mijały lata, Alfred Szrajer przeszedł na emeryturę, ale nie może żyć bez muzyki. W 1989 roku zorganizował dziecięcy chór przy kościele. Obecnie w składzie trio jeździ z występami do Polski i Niemiec, i swoim, jeszcze dosyć silnym głosem śpiewa po polsku, żydowsku, ukraińsku i niemiecku. Na zakończenie każdego koncertu, tradycyjnie bałakiem lwowskiej ulicy wykonuje „Tylko we Lwowie”. „Jestem chory, serce nie w porządku, nogi puchną, ale gdy mam przed sobą mikrofon, a za mikrofonem publiczność – zapominam o wszystkim, – ze wzruszeniem kontynuuje pan Alfred. – I teraz w Warszawie, w czasie mego ostatniego występu odbyło się coś nadzwyczajnego. Nigdy nie myślałem, że w moim życiu może coś takiego się wydarzyć”.

Alfred Szrajer jest przedstawicielem odchodzącego pokolenia. Tego pokolenia, którego sama obecność łagodzi obyczaje. Z takimi jak pan Szrajer odejdą mężczyźni, całujący paniom ręce, którzy swobodnie rozmawiają w kilku językach i mogą prowadzić dyskusję o byle czym i gdziekolwiek. Odejdą ludzie, których wspomnienia to najcenniejszy dar dla przyszłych pokoleń. Alfred Szrajerer to przedstawiciel tego rzadkiego gatunku ludzi, którzy zawsze zachowują dobry humor, a ich optymizm i miłość do życia zagrzewają innych.

Dziś Alfred Szrajer został sam. Jego dzieci i wnuki mieszkają w Niemczech. Ale gdy go pytają, dlaczego on ciągle tu, odpowiada z dumą: „Nigdzie nie pojadę. Raz już umierałem w Niemczech.

OKSANA DUDAR

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3