Amatorzy bożej zorzy

Redakcja
Co to jest boża zorza? To samo co: braja, brzózka, chaberek, szemergia, deptanka, kieratówka, olaboga, paryjówka, samżona, smród, strychówka, surówka, majzer, zestodólska - w zależności od regionu. Nazwy bardziej ogólnopolskie to: deszczówka, jagodzianka, siedem kwiatów, nafta, czar PGR-u, krzakówka, księżycówka, łzy sołtysa, leśny lub chiński koniak... czyli po prostu bimber.

   Produkować go lub, mówiąc fachowo, pędzić, można wszędzie, z pomocą mało wyszukanej aparatury i praktycznie niemal ze wszystkiego, pod warunkiem wszelako, iż robi się to nielegalnie, co oczywiście jest karalne. Jeśli produkt pędzony jest legalnie, za stosownym zezwoleniem, pod względem nazewnictwa traci cały swój romantyzm i tylko jedno nosi imię - spirytusu, lub - po ochrzczeniu wodą - wódki.
   Podstawowym komponentem bimbru, podobnie jak spirytusu, jest alkohol etylowy - choć czasem "bukietu" dopełniają w nim rozmaite jadowite świństwa - zatem różnica pomiędzy bimbrem a spirytusem nie wyraża się we właściwościach fizycznych; jest rezultatem procedury prawnej, a nie chemicznej.
   Początki produkcji i konsumpcji alkoholu kryją się w mrokach przeszłości. Jak wiemy z przekazu biblijnego, doświadczenia te przeprowadzał już praojciec Noe. Nie musiał jednakowoż przed nikim się tłumaczyć i zabiegać o jakiekolwiek zezwolenia. Z czasem jednak upodobanie ludzkości do alkoholu skłoniło władzę do zawłaszczenia sobie praw do jego wytwarzania, rozmaicie się wyrażające; poprzez monopolizowanie produkcji, zbytu, opodatkowanie, przywileje, reglamentację aż do prohibicji włącznie.
   Na początku był przywilej propinacji (z greckiego: pineia-pić), czyli uprawnienie do wyrobu i sprzedaży trunków, należące do panującego (ius regale); na ziemiach polskich stopniowo coraz bardziej rozszerzane poprzez nadania na rzecz rycerstwa i duchowieństwa, a w końcu na każdego praktycznie mieszkańca kraju, co potwierdził swoim statutem król Jan Olbracht w roku 1546. Prawo "warzenia trunków" przyznawano za odpłatnością nawet chłopom. Z czasem ograniczono zakres podmiotowy tego uprawnienia, pozwalając jedynie dziedzicom ciągnąć z niego korzyści. Przywilej propinacyjny funkcjonował praktycznie do roku 1910 (w Galicji), obejmując prawo produkcji napojów wyskokowych, ich wyszynku oraz prawo przymuszania włościan do picia w pańskiej karczmie, lub praktykowania tzw. narzutów - wyznaczania normy trunków, które powinien wypić każdy włościanin, jego żona i dzieci w ciągu roku, na chrzcinach, weselu czy pogrzebie. Władza centralna także miała z tego profit, pobierając podatek, w Polsce przedrozbiorowej nazywany czopowym lub szelężnym.
   Od początku XIX stulecia technologia wyrobu spirytusu stawała się coraz doskonalsza - gdy wprowadzono aparat Pistoriusa, a potem aparaty kolumnowe i zaczęto używać jako surowca ziemniaków - było go więc coraz więcej. W roku 1836 Galicja miała blisko 5 tysięcy gorzelni. W Królestwie Polskim w połowie stulecia na 4,7 miliona mieszkańców produkowano rocznie 48 milionów litrów czystego spirytusu, 1/3 ogólnej produkcji Rosji. W powiecie wieluńskim, liczącym w 1844 r. 142 525 dusz, było 135 gorzelni. Statystyczny mieszkaniec wypijał tam 48 litrów wódki rocznie. Z drugiej strony podatek od trunków był niski, nikt więc nie był specjalnie zainteresowany w potajemnym konkurowaniu z oficjalnymi producentami. Za kwaterkę wódki płaciło się 1 grosz. Nie mogąc dalej obniżać ceny z braku drobniejszej monety zaczęto, by zwabić klientelę, dodawać bezpłatnie do gorzałki rozmaite zakąski lub wprowadzano zryczałtowaną opłatę tylko za wejście do karczmy. Za półtorej kopiejki można było siedzieć tam i żłopać jak długo miało się chęć i siły.
Skutkiem tego gigantycznego opilstwa była degradacja fizyczna i moralna społeczeństwa. Władze interesował jednak tylko jeden z jej aspektów. Namiestnik Królestwa Polskiego w raporcie z roku 1844 alarmował zwierzchność w Petersburgu o fatalnym stanie zdrowia rekruta. I w tym samym roku car wydał ukaz, który ograniczał m.in. liczbę szynków i moc sprzedawanej w nich wódki do 47 procent, zezwalał na wyrób spirytualiów tylko przez 7 zimowych miesięcy w roku. W rezultacie w okresie od 1869 do 1900 r. spożycie spadło z 19,8 do 4,9 litra na głowę. Odnotowano natomiast wzrost przemytu alkoholu z Galicji i zaboru pruskiego.
   Zwieńczeniem stopniowego ograniczania swobody propinacyjnej było wprowadzenie w Rosji od 1 stycznia 1896 roku monopolu spirytusowego, którego ojcem był minister finansów, hrabia Witte. Państwo zastrzegało sobie wyłączność na sprzedaż wódki i wyrobów wódczanych. Gorzelnie płaciły akcyzę i zbywały spirytus państwu po cenach ustalonych przez ministerstwo. Zakazano sprzedaży trunków w budynkach zajętych przez instytucje naukowe, dobroczynne, koszary i więzienia, oraz w budynkach położonych w określonej odległości od świątyń chrześcijańskich, wzdłuż linii kolejowych, w pobliżu fabryk amunicji i materiałów wybuchowych. Sprzedawać alkoholu nie mogły osoby pozbawione praw, pozostające pod nadzorem policji i będące w śledztwie czy skazane za pewne przestępstwa. Zakazano sprzedaży wódki nieletnim - ale tylko do picia na miejscu - i osobom w sposób widoczny pijanym. Ponadto nie wolno było pozwolić kupującemu pić aż do utraty przytomności, a gdyż już to jednak nastąpiło, nie można go było zostawić bez opieki.
   Te pierwsze rygory spowodowały pojawienie się zjawiska nielegalnego gorzelnictwa, na razie tylko przemysłowego. Nie był to problem dla władz najważniejszy, zresztą zabezpieczyła się ona surowym ustawodawstwem. Komu udowodniono pędzenie nielegalne, bez zezwolenia, tego bezlitośnie doszczętnie rujnowano finansowo; premiowano za to wykrycie potajemnej gorzelni; 1/3 bardzo wysokiej kary płaconej przez jej właściciela otrzymywał ten, kto na niego doniósł.
   Nielegalne gorzelnictwo, zarówno na skalę przemysłową, jak i domowym sposobem i rozkwit kontrabandy nastąpił dopiero w okresie I wojny światowej. Z chwilą jej wybuchu władze rosyjskie najpierw zakazały sprzedaży spirytusu, a potem również i jego produkcji. Zniszczono gotowe jego zapasy, jak i wyroby wódczane w gorzelniach, zakładach rektyfikacyjnych, fabrykach wódek; zniszczono nawet skażony spirytus w składach denaturatów. Przed ewakuacją z terenów Kongresówki Rosjanie zarekwirowali wszystko co miedziane w instalacjach gorzelniczych. Następujący za nimi Niemcy dopełnili dzieła zniszczenia. Przemysł spirytusowy został praktycznie zlikwidowany.
   Władze okupacyjne, austriackie i niemieckie, zniosły rychło surowe rosyjskie restrykcje, ale nie do końca. Drastycznie ograniczyły produkcję, podobnie jak i w swoich dzielnicach zaborczych, praktycznie tylko na cele wojskowe, oszczędzając ze względów aprowizacyjnych gorzelniany surowiec, zboże i ziemniaki. Pijących nie rozpieszczano, na terenach zajętych przez Austriaków zastrzeżono, że sprzedaż wódki konsumentom odbywać się może tylko za złoto. Niemal więc natychmiast pojawiły się potajemne, małe i większe gorzelnie przerabiające na spirytus zboże, mąkę, cukier, melasę, buraki, owoce itp. Ich liczbę szacowano na dziesiątki tysięcy, a walka z nimi prowadzona była, gdy cały wysiłek państwa szedł na podtrzymanie machiny wojennej, niemrawo i z marnymi efektami.
Władze niepodległej Polski w styczniu 1919 roku wprowadziły monopol spirytusowy i zabrały się energicznie za zwalczanie nielegalnego gorzelnictwa. Pędzenie spirytusu sposobem domowym pozostawało nadal w myśl obowiązującej nadal, rosyjskiej ustawy akcyzowej, tylko przestępstwem skarbowym zagrożone niewielkimi sankcjami, karano natomiast i to surowo, potajemny wyrób na skale przemysłową. To był istotny problem dla ubogich finansów powstającego z ruin młodego państwa. W 1 tylko roku po wojnie wykryto na terenie byłej Kongresówki 5 tysięcy nielegalnych gorzelni; szacowano iż jest to ok. 20 procent faktycznie istniejących. W 1919 r. wyprodukowały one w samej tylko Kongresówce 20 mln litrów czystego spirytusu, wobec 3 mln wyprodukowanych legalnie. Na ziemiach objętych granicami odrodzonej Polski produkowano przed wojną 260 mln litrów spirytusu, w 1919 zaledwie 14 mln (województwa wschodnie i w województwo śląskie nie miało wtedy w ogóle żadnej czynnej gorzelni). 2/3 ogólnej wartości produktu stanowił czysty zysk producenta. Opłaciło się więc ryzykować nawet 5 latami więzienia. Trudnili się pędzeniem ludzie różnych profesji. W latach 1922-23 skazano 824 osoby: ziemian i włościan, robotników rolnych i oficjalistów, przedsiębiorców i urzędników, rzemieślników, ekspedientów, nawet duchownych i przedstawicieli wolnych zawodów.
   W 1920 roku, w związku z fatalną sytuacją aprowizacyjną zaostrzono przepisy, uznając nielegalne gorzelnictwo za pokrewną lub posiłkową formę lichwy wojennej. Pędzenie bez zezwolenia w celach zarobkowych, ze zboża, jego przetworów, ziemniaków i cukru było zbrodnią zagrożoną karą do 15 lat więzienia. Sytuacja na rynku spirytusowym, ustabilizowała się jako tako dopiero w połowie lat 20. W 1924 uchwalono, uchylając dotychczasowe przepisy, ustawę o monopolu spirytusowym, w której nie zapomniano też o drobnych, domowych bimbrownikach. Zabroniono wyrobu, sprzedaży i nabywania pod jakąkolwiek nazwą przyrządów do pędzenia spirytusu w małych ilościach, a także udzielania wskazówek o wyrobie takich przyrządów i sposobie ich użytkowania. Okiełznanie bimbrownictwa wydawało się bliskie i realne, ale, niestety, nadciągnął wielki kryzys, a z nim dziesiątki problemów, które spowodowały, iż pędzenie samogonu okazało się kusząco korzystne. Rosła rozpiętość między cenami artykułów przemysłowych i rolnych, spadała siła nabywcza społeczeństwa i popyt na napoje alkoholowe. Oczywiście, te legalne, bo chętka do wypicia, wobec trosk i zmartwień, raczej rosła. Przed kryzysem równowartość 1 litra wódki wynosiła 14 kg żyta, w czasie kryzysu 30-35 kg. Koszt produkcji samogonu w zależności od ceny drożdży i mąki wynosił od 65 groszy do 1 złotówki, od 15 do 25 procent ceny "monopolówki". Pośrednik płacił 2 zł za litr, konsument 3 złote. Można było żyć, nawet dobrze zarabiać.
   Najwięcej fabryczek samogonu policja wykrywała na Kresach Wschodnich, na Wileńszczyźnie, Polesiu i Wołyniu, w trudno dostępnych terenach. Oddalenie od dróg, gęste lasy, bagna, rozlewiska rzek ułatwiały zadanie producentom księżycówki. Na obfitującym w jeziora Polesiu instalowano bimbrownie na łodziach ukrytych w sitowiu. W razie niebezpieczeństwa zatapiano je czasowo wyjmując uszczelniony kołek z dna. Po nalocie policji "gondolę" podnoszono i przedsiębiorstwo uruchamiano ponownie. Po lasach pałętały się "lotne gorzelnie" na chłopskich wozach, ciągle zmieniając miejsce postoju, a w drodze pędząc samogon. Czasem były to całe tabory; w jednym z nich, w pobliżu granicy sowieckiej, skonfiskowano aż 8 tysięcy litrów bimbru. W miejscowości Kołodenka pod Równem tajną gorzelnię zmontowano na strzelnicy wojskowej, pod wałem tuż przy tarczach ostrzeliwanych z broni maszynowej, gwarantując producentom pełną ochronę przed wścibstwem policji. Często znajdywano sprzęt gorzelniczy na cmentarzach, w zapuszczonych grobowcach. W 1935 roku w Nowym Sączu odkryto gorzelnię w domu przedpogrzebowym. Jej "dyrektorem" był miejscowy grabarz.
Nielegalni gorzelnicy cieszyli się wielką estymą i poważaniem w lokalnych społecznościach. Na Wołyniu wielką sławę zyskała niejaka Helena Bulbina z Rzytynia, której wytoczono aż 18 spraw sądowych za konkurowanie z monopolem. Najsłynniejszym organizatorem lotnych gorzelni na kresach był Uszer Ponimański z Tuczyna. Swoim pracownikom płacił 10-złotową dniówkę, a w razie wpadki w tej samej wysokości "sitzgeld", odszkodowanie za areszt, od dnia zatrzymania. Odbiorcami tych potentatów była szeroko rozgałęziona i doskonale zorganizowana sieć hurtowych odbiorców, właścicieli podrzędnych piwiarni i szynków. Indywidualni klienci kupowali większe ilości samogonu na jarmarkach przy okazji uroczystości rodzinnych, ślubów, chrzcin. Dostarczano produkt na targ najprzedziwniejszymi sposobami. W 1956 roku w Białostockiem milicja nakryła furmankę, której woźnica bimbrownik sprzedawał swój produkt z wydrążonego dyszla zakończonego kurkiem. Niewiele tego było, raptem 10 litrów, ale podróż do miasteczka i tak mu się sowicie opłacała.
   Potajemne gorzelnictwo miało potężnego konkurenta w postaci kontrabandy, szczególnie na pograniczu niemieckim i czeskim. Ale o przemytnikach alkoholu i przemycie w ogóle - za tydzień.
Opracował: Jan RogóŻ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.