reklama

Ameryka, Ameryka, Ameryka...

RedakcjaZaktualizowano 
Andrzej Kozioł

   Na początku była UNRA. Wielkie puszki pomarańczowego soku. Corned beef i jakieś rybne konserwy, też w puszkach, ale płaskich, tradycyjnie owalnych. Puszkowa fasolka w słodkawym pomidorowym sosie. Dropsy - każdy cukierek innego koloru. I czekolada, której nie umiałem jeść. Po prostu nie znosiłem jej smaku, a rodzice, wyposzczeni przez okupację, nafaszerowani wspomnieniami o Piaseckim i Wedlu, kiwali z niedowierzaniem głowami - jak można nie lubić czekolady! Nie lubiłem - ani nadziewanej, ani tym bardziej brązowych, litych, tłusto połyskujących tabliczek.
   W ten sposób - egzotycznym wówczas jadłem - syte, bogate Stany wchodziły do naszych domów, biednych, pookupacyjnych, nieco pustawych. Ciocia UNRA była prawdziwą ciotką z Ameryki, pojawiającą się z pełną prezentów wielką torbą.
   
   Ciotka UNRA z wujem US-em
   przyjechali autobusem
   
- śpiewano na krakowskich ulicach, a po ulicach Łomży, w różowym ceglanym pyle jeździły wielkie, pełne gruzu ciężarówki. Na każdej czerwienią, bielą i granatem, pasami i gwiazdami pyszniła się wymalowana amerykańska flaga.
   Łomżyński dom pełen był Ameryki, na starych gdańskich meblach szkliły się brokatem, fioletowiały fiołkami, żółciły się małymi kaczuszkami świąteczne kartki od Pitera Kozloskiego. Za dawnych, jeszcze carskich czasów dziadek wyprawił za ocean Piotrka Kozłowskiego - totumfackiego? kolegę? znajomego? - nie wiadomo kogo. Może Piotr Kozłowski zamieszany był w jakieś sprawki, na które niezbyt chętnym okiem spoglądała Ochrana, może po prostu chciał się wyrwać z biedy - nie wiadomo. Jedno było pewne - dziadek wykupił mu szyfkartę i dlatego Piotr Kozłowski - Piter Kozloski, jak się podpisywał wielkimi, niezgrabnymi literami - odczuwał głęboką wdzięczność.
   Wdzięczność Kozloskiego, starannie ukryta, spoczywała w skrzyni starego tapczanu. Nieco pomięte, zalatujące naftaliną, leżały tam cuda - kapelusze i kapelusiki, w których nikt - a już zwłaszcza babcia - zazwyczaj ubrana na czarno, w staroświeckich złotych okularach na mięsistym nosie - nie pojawiłby się na ulicy. Malutkie kapelusze, kapeluszątka, płaskie niczym naleśniki i różowe jak wielkanocne cukrowe świnki. Kapelusze z żółtej słomki. Z czarnego i czerwonego filcu. Kapelusze ozdobione małymi ptaszkami z prawdziwych piór i girlandami sztucznych owoców. Kapelusze, kapelusze, kapelusze...
   Od Pitera Kozloskiego nadchodziły też listy. Zaadresowane solennie, starannie: Jaśnie Wielimożna Pani Dziedziczka Zofia Bielicka, miasto Łomża, Polska, Europa. Pod adresem Piter gryzmolił: Może być do Magistratu Wysłać umyślnego, to dostanie napiwo.
   Wewnątrz koperty (znaczki były moim wakacyjnym łupem, odklejałem je nad buchająca z czajnika parą, aby starannie umieścić w zeszycie udającym klaser) czasem trafiały się zielone papierki, które babcia czym prędzej ukrywała, bo posiadanie dewiz, zwłaszcza dolarów, mogło sprowadzić kłopoty. Od czasu do czasu przychodziły też fotografie - malutkie, amatorskie. Piter Kozlowski - trochę podobny do łysego szympansa w szerokich, białych spodniach - z uwagą, ale pogodnie patrzył w obiektyw. Często towarzyszyła mu zażywna jejmość, której obecność skrupulatnie odnotowywał na odwrocie: Pani Pierzinska i ja. Tilko źle wyszło, bo apparat mały bil - "No! - ostrzegawczo podnosiła głos babcia, kiedy dopadał nas atak śmiechu. - Może ona nazywa się Pierzyńska? A tak w ogóle to nie wolno śmiać się z nazwisk!" Myśl, że zażywna kobieta, cała w bielach, rzeczywiście pękata jak pierzyna, może nazywać się Pierzyńska, zmuszała nas do jeszcze większego - wręcz bolesnego - śmiechu.
   W paczkach od Pitera Kozlowskiego oprócz kapeluszy przychodziły puszki pełne ciemnego wonnego kakao, w niczym nieprzypominającego sprzedawanego w sklepach i oficjalnie zwanego "owsianym". ("Prawdziwe, holenderskie - wzdychała babcia - jak przed wojną"). Piter Kozloski przysyłał torby z ryżem, na każdej szeroko uśmiechał się uncle Ben, Murzyn poczciwy jak wuj Tom, staroświecki i zacny. Piter Kozloski przysyłał przedziwną herbatę w małych torebkach z porowatego papieru. Herbata - chociaż wygodna, wystarczyło zanurzyć we wrzątku torebkę - nie zasługiwała na entuzjazm babci. W domu stały jeszcze stare samowary, wprawdzie nikt już ich nie używał, ale parzenie herbaty stanowiło jeszcze pewien rytuał.
   Taka była pierwsza Ameryka - kolorowa i bogata, ale jednocześnie wypełniona krzątaniną. Wawrzek Kiełbasa - postać z innej, podtarnowskiej bajki, dziewięćdziesięcioletni Wawrzek Kiełbasa, który w chwilach dobrego humoru lubił się chwalić swą pamięcią, deklamując szkolne wierszyki i wykrzykując komendy z austriackiego wojska - opowiadał o amerykańskich stalowniach. O zionących ogniem piecach, o taczkach po brzegi wypełnionych złomem. "Prawie pół tony ważyły takie taczki" - mówił Wawrzek, mały, ale krzepki jak dębowy pniak. Po okolicznych wsiach chętnie opowiadano o Ameryce, o dolarach, ciężko zarobionych dolarach, które później można było zamienić w coś, co jest najważniejsze - w morgi.
   Druga Ameryka rodziła się w naszych głowach, snuła się z lektury przedwojennych książek, zaczytanych do luźnych kartek. W tej Ameryce ciągle przez prerie wędrowały bizony, westmani z powieści Karola Maya raczyli się przy ogniskach bizonią pieczenią, ogniem pluły winchestery i colty. Pomiędzy drzewami lasu, w gęstej trawie prerii pomykali Indianie - niewidoczni dla niedoświadczonego oka, czerwonoskórzy dżentelmeni, którzy mówili mało, ale na ich słowie można było polegać jak na naszym Zawiszy. Każdy z nas - nawet zaspany grubas w grubych okularach - chciał być po trosze Londonowskim poszukiwaczem złota, po trosze Old Surehandem Maya, przede wszystkim jednak Indianinem - wyniosłym, szlachetnym, niewidocznym jak wąż w trawie, silnym jak bawół, szybkim jak antylopa.
   Trzecia Ameryka pojawiała się w gazetach. Chudy wuj Sam w paskowanym i gwiaździstym cylindrze wyciągał kościste, pazerne ręce. Grubi milionerzy palili grube cygara i nie rozstawali się z pękatymi jak ich brzuchy worami. Żeby nie było wątpliwości, co kryją wory, na każdym z nich rysownik umieszczał znak dolara, dwukrotnie przekreślone "S". W pierwszomajowych pochodach, oprócz krzepkiej młodzieży w sportowych strojach i zielonych koszulkach z emblematami ZMP, oprócz hutników, kolejarzy, tramwajarzy, oprócz anonimowego tłumu, uczestniczył Truman - amerykański prezydent. Wieziono jego kukłę, tak jak podczas rzymskich pochodów prowadzono wodzów zwyciężonych plemion. Z wielkich portretów, tak wielkich, że od piwnic pod dachy zasłaniały fasady wysokich domów, na Trumana spoglądał uśmiechnięty Stalin i miejscowi przywódcy - Bierut, o którego dzieciństwie czytaliśmy w szkole wzruszające opowiastki, Rokossowski, marszałek Polski i Związku Radzieckiego, z piersią pokrytą medalami niczym pancernik łuskami. Bierut nie uśmiechał się, a marszałek najwyraźniej zezował i dlatego babcia zawsze nazywała go "kosookim diabłem".
   Trumanowi towarzyszył Churchill, do niedawna premier sojuszniczego brytyjskiego rządu, teraz po Trumanie wróg numer dwa lepszej, naszej części świata. Sir Winstona o wiele łatwiej rysowało się i modelowało z masy papierowej - wystarczyło, że ktoś był gruby, z głową nakrytą melonikiem, a w jego ustach tkwiło potężne cygaro i wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Cygara były symbolem zła, palił je brytyjski premier, palili amerykańscy milionerzy, którzy byli podżegaczami wojennymi, a w starej, często wówczas śpiewanej pieśni "Gdy naród do boju" _panowie w stolicy kurzyli cygara. _Trzeba było lat, aby cygara zostały zrehabilitowane, a stało się to za sprawą Fidela Castro, brodatego przywódcy kubańskiej rewolucji.
   Kiedyś do Krakowa przywędrowała wielka wystawa "Oto Ameryka". Eksponowana w Muzeum Narodowym nieopodal Błoń, przyciągała tłumy. Nie tylko zorganizowane wycieczki, ale także mnóstwo ludzi, którzy przychodzili z własnej woli. Po wystawie oprowadzali elokwentni młodzieńcy w czerwonych krawatach. My, dzieciaki ze Zwierzyńca, przede wszystkim pożeraliśmy wzrokiem zabawki. Plastykowe (plastyk, znienawidzony dzisiaj, wtedy był dla nas cudownym tworzywem, cząstką innego świata) samolociki, czołgi, wojenne okręty. Plastykowe pistolety-zabawki. Dowody na militarystyczne, agresywne wychowanie naszych amerykańskich rówieśników. Na wielkich reprodukcjach starych fotografii spoceni Murzyni harowali na bawełnianych polach. W gablocie leżała, zupełnie jak pomiędzy szybami rzadko mytego okna, garstka zasuszonych much. Muchy, roznosicielki groźnej choroby, przywieziono wprost z Korei, gdzie Amerykanie wypuszczali je nad wrogim terytorium. Wykresy dowodziły, że w XIX wieku Polaków traktowano w USA o wiele gorzej niż Rosjan, nie mówiąc o Niemcach. Przewodnicy chętnie zatrzymywali się przed zdjęciami rzeźb Henry’ego Moora. Poprawiając czerwone krawaty, wyjaśniali, że tak wygląda amerykańska, zdegradowana sztuka. "Czy to coś przedstawia?" - pytali, a ponieważ nikt się nie odzywał, odpowiadali sami sobie: "Nic".

Flesz - nowi marszałkowie Sejmu i Senatu, sukces opozycji

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3