Andrzej Jakóbiec nie żyje

Andrzej Jakóbiec nie żyje

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

andtif.jpg
Andrzej Jakóbiec, trębacz, wokalista, lider zespołu Old Metropolitan Band, zmarł nagle w sobotę. We wrześniu skończył 62 lata.
andtif.jpg

Urwana fraza trąbki

   Był, i pozostanie, jednym z legendarnych muzyków jazzowych Krakowa. Tę legendę tworzył od lat 60., kiedy to trafił do - od lat nieistniejącego - Jazz Klubu Helikon. Był tam barmanem, wykidajłą, sprzątaczką, a i sracz dziadkiem... - jak wyliczał bez ogródek, gdy rozmawialiśmy dwa lata temu, przy okazji 35-lecia zespołu Old Metropolitan Band. Bo Andrzej, poza tym, że był świetnym muzykiem, był i uroczym, pełnym dowcipu człowiekiem. Tak w życiu, jak i w muzyce, którą uprawiał z "Oldami". Dawał temu wyraz, aranżując muzykę, w konferansjerce, jak i w pisanych do rozmaitych melodii tekstach. By przywołać choćby ten: Niech żyje nam towarzysz Stalin, co usta słodsze ma od malin...
   Do muzyki ciągnęło go już jako nastolatka; zafascynowany Louisem Armstrongiem grywał na gitarze, na perkusji, aż wreszcie przehandlował rower i zdobył wymarzoną trąbkę.
   Ale dopiero w 1968 r.
zaczęło się granie na poważnie; powstał Old Metropolitan Band, zespół, który szybko zaczął zdobywać kolejne trofea: na wrocławskim Jazzie nad Odrą, na Międzynarodowym Festiwalu Jazzowym w Doetincham w Holandii, na Międzynarodowym Festiwalu Jazzu Amatorskiego w Zurychu, w czechosłowackim Prerov, w San Sebastian.

   Zespół szybko też nagrał płytę w prestiżowej serii Polskich Nagrań "Polish Jazz", krążek nosił tytuł "Time machine" - jak i otwierająca go kompozycja lidera. Album zawierał międzywojenne szlagiery Henryka Warsa, polskie melodie ludowe i "Arię Skołuby" Moniuszki, i utwory stricte jazzowe. Tak będzie i na kolejnych płytach - tych wydawanych w Niemczech, gdzie "Oldy" często występowały, i na kompakcie "Jambulaya", który zespół wydał na swe 30-lecie - z najpopularniejszymi swymi przebojami. Bo w tej muzyce splatały się dźwięki Nowego Orleanu z muzyką Podhala, szlagiery Ordonki z ludową piosenką "Dwa serduszka, cztery oczy" i romansem "Oczy czarne". A wszystko scalał swą trąbką, swym śpiewem i poczuciem humoru Andrzej Jakóbiec. "Element zabawy jest ważny" - tłumaczył mi dwa lata temu, przywołując Armstronga, który również bawił się jazzem, żartował z publicznością. "Ja to robię bardziej podświadomie, na estradzie jestem jak w domu, gdybym zachowywał się inaczej, byłoby to sztuczne" - wyjaśniał.
   Do legendy już przeszło wspomnienie, jak na świnoujskiej FAMIE krakowscy muzycy w rytm "Down By The Riversade" poprowadzili Chór Politechniki Szczecińskiej w głąb Bałtyku... Bo Jakóbiec z OMB wpisał się i w dzieje kultury środowiska akademickiego, by przywołać Studenckie Festiwale Piosenki, na których często zespół występował, a to grając festiwalowy sygnał, a to akompaniując śpiewającym. Pamiętam, jak istotnie wpłynął na kształt piosenki Renaty Kretówny "Ekscentrycy".
   Od 12 lat Andrzej Jakóbiec miał też swój klub jazzowy Kornet, gdzie "Oldy" stale grały. Jeszcze w piątek bawiły muzyką słuchaczy... Tam też rozbrzmiewał evergreen Armstronga "What A Wonderful World", który Andrzej opatrzył tekstem: Czasu snuje się nić/ jakże pięknie jest żyć/ i uśmiechu jest wart/ ten nasz cudowny świat.
   Gdy na początku 2004 r. zmarł Jerzy Skarżyński, wybitny scenograf, ale też znawca i miłośnik jazzu, poprosiłem Andrzeja Jakóbca, by jego "Oldy" pożegnały na cmentarzu tego nestora krakowskich jazzfanów. Teraz zagrają liderowi i przyjacielowi. Przyjdą też i inni jazzmani. Bo przecież całe życie Andrzeja wypełniała muzyka, zatem trudno, by opuszczał "ten nasz cudowny świat" bez niej...
WACŁAW KRUPIŃSKI

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo