Apoloniusz Tajner: Już potrafimy bawić się w Jamesa Bonda

Przemysław Franczak
Przemysław Franczak
Apoloniusz Tajner (na pierwszym planie) jest bardzo zadowolony z pracy Stefana Horngachera (z prawej). Zawodnicy (z lewej Klemens Murańka) też bardzo chwalą austriackiego szkoleniowca
Apoloniusz Tajner (na pierwszym planie) jest bardzo zadowolony z pracy Stefana Horngachera (z prawej). Zawodnicy (z lewej Klemens Murańka) też bardzo chwalą austriackiego szkoleniowca Michał Gąciarz
- Sam jestem ciekaw, jak skoczkowie wypadną w pierwszych zawodach. Jednak prawdopodobieństwo, że będzie dobrze, jest większe niż to, że zaliczymy falstart - uważa Apoloniusz Tajner. Prezes PZN przyznaje, że nakłady finansowe na kadrę są o wiele większe niż w poprzednich latach.

Klimat wokół reprezentacji skoczków narciarskich jest tak dobry, że my ten Puchar Świata chyba weźmiemy szturmem.
(śmiech) No, z takimi opiniami trzeba przyhamować, ale...

...wygląda to dobrze?
Nawet bardzo dobrze.

Rok temu i dwa lata temu, też tak to wyglądało, a potem zderzaliśmy się z rzeczywistością, kryzysem. Mimo wszystko nie ma Pan obaw, że coś może pójść nie tak?
Zawsze takie ryzyko istnieje, ale sytuacja jest teraz zupełnie inna. Rok temu w reprezentacjach działo się źle, a my - jako zarząd - zbyt późno zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak, nie było już czasu na reakcję. W kadrach nie było dobrej atmosfery, współpracy i to ostatecznie rozbiło zawodników. A teraz mamy nową rzeczywistość. Mamy przede wszystkim trenera Stefana Horngachera, mamy Adama Małysza w roli koordynatora, mamy dobrze przygotowanych i zmobilizowanych zawodników. Cała grupa weszła na wyższy poziom. Sam jestem ciekaw, jak wypadną w pierwszych zawodach. Jednak prawdopodobieństwo, że będzie dobrze, jest większe niż to, że zaliczymy falstart.

Można postawić tezę, że - przynajmniej od strony organizacyjnej - w końcu zbliżyliśmy się do narciarskich potęg w skokach?
Tak, zdecydowanie tak. Jesteśmy nawet nie tyle bliżej, co obok nich. Mamy trenera od spraw technicznych - Michala Doleżala, kogoś takiego wcześniej w kadrze nie było. A wcześniej pojawiały się sygnały, że coś sprzętowo nie pasuje, że z czymś jesteśmy spóźnieni. W kwestii nowinek technicznych pomaga nam też Austriak Mathias Prodinger, były skoczek, który ma nowatorskie podejście. Trening motoryczny opracowuje Harald Pernitsch, też Austriak.

Krótko mówiąc, nakłady na skoki są większe niż poprzednio.
O, dużo większe. Ale warto inwestować. Sam Horngacher przywiózł ze sobą sporo nowinek technicznych.

Odsłonił niemiecko-austriackie tajemnice?
Niemcy z nich słyną (Horngacher pracował tam 10 lat - red.). Przy niemieckim ministerstwie sportu działa taka specjalna komórka, jak w filmach o Bondzie, w której pracowano nad różnymi nowościami i gadżetami na rzecz agenta 007. To samo mają Niemcy, tylko pracują na rzecz swojego sportu - rozpracowują techniczne problemy pod kątem nowości i prób wyprzedzenia konkurencji. Horngacher przyszedł do nas ze sporą wiedzą. I również własnymi pomysłami, których tam nie zrealizował. Zobaczymy jak to wyjdzie, ale początki są obiecujące.

Przykłady?
Efektem jego działań były już lepsze prędkości najazdowe naszych zawodników. Z tym zawsze mieliśmy problem, a teraz już nie odstajemy. Taki Maciek Kot to w ogóle osiąga teraz niesamowite prędkości na progu. Na letnich mistrzostwach Polski startował osiem belek niżej niż pozostali, bo taki poziom prezentował, a na progu wolniejszy był nieznacznie, najwyżej o kilometr na godzinę. Zresztą potem i tak skakał najdalej.

Ale o co chodzi z tą prędkością? Horngacher przywiózł magiczny smar do nart?
(śmiech) Akurat smary mieliśmy najlepsze z najlepszych. To zasługa zastosowania dużej liczby kamer i rozmieszczenia ich wzdłuż rozbiegu oraz zeskoku. Dopiero szczegółowa analiza, również takich drobiazgów, jak zachowują się narty w torach, pozwoliła dokonać odpowiednich korekt w pozycji najazdowej. To był taki wspólny pomysł Horngachera, Doleżala i Małysza. Oddaliśmy im do pomocy jednego technika i jednego informatyka, bo to przecież komputerowo trzeba było opracować. Dzięki takim rzeczom zawodnicy przekonali się do różnych zmian i to dało bardzo dobre efekty. Do tego doszła wiara, że ten sezon zakończy się sukcesami - zbiorowo i indywidualnie. To wytworzyło dobrą atmosferę, która budowała się kilka miesięcy.

Jaka jest tajemnica świetnych relacji Horngachera z zawodnikami?
Ma predyspozycje do bycia psychologiem. Bardzo dużo z zawodnikami rozmawia o ich problemach, w przypadku tych młodszych spotyka się z ich rodzicami. No i być może najważniejsze - to człowiek z zewnątrz. Łukasz Kruczek po kilku latach nie mógł już takich rozmów przeprowadzać. Po ośmiu latach relacje, takie międzyludzkie, z jednymi były bardzo dobre, a z innymi trochę się popsuły. Ludzi w sztabach i grupach szkoleniowych jest dużo. Gdy do Predazzo pojechały trzy grupy, to było w sumie 40 osób. Utrzymanie wszystkich w dobrych relacjach wymaga sporych umiejętności. A Stefan to z jednej strony osoba nowa, ale równocześnie wszyscy znakomicie wspominali go z okresu, gdy dziesięć lat temu pracował w Polsce z naszymi juniorami. W tamtej grupie byli Żyła, Stoch i Wojtek Topór, który teraz jest w sztabie trenerskim. Horngacher przyjaźnił się też zawsze z Małyszem, więc tym łatwiej wprowadził swoje pomysły. Z każdym dniem w ekipie wrastała wiara, że to działa. A przy tych psychologicznych zdolnościach i wiedzy, którą posiada, jest też dość twardy i trzyma dyscyplinę, bo to też się rozlazło się w ciągu ostatniego roku.

Mimo wszystko zaskoczył Pana, że tak szybko to posklejał?
Nie, bo wiedzieliśmy, kogo zatrudniamy. Widać po nim, że myśli o dalszej karierze trenerskiej i pracuje na sukces. Nic nie zaniedbuje. Cieszę się też bardzo, że w tym wszystkim znalazło się też miejsce dla Adama, czy też inaczej - on mógł się poświęcić pracy w PZN. W zasadzie aktywnie działał już od wiosny, choć wtedy sam nie wiedział, jak to będzie z jego planami rajdowymi. Ostatecznie teraz jest z nami i jest bardzo aktywny. On jest takim łącznikiem między grupami, a przy okazji zajmuje się też kombinacją norweską. Taki lotny dyrektor, opiekun tych grup. Tego nam brakowało.

Na Puchary Świata będzie jeździł?
Na niektóre. Czasem pojedzie na Puchar Kontynentalny, czasem na zawody FIS, na kombinację. Po to, żeby mieć we wszystkim orientację. Adam bardzo nam pomaga. Dzisiaj ma trochę inną świadomość. Gdy był zawodnikiem, to inaczej patrzył na pewne sprawy, a gdy zaczął jeździć w rajdach i musiał wszystko organizować, to zobaczył jak to wygląda w praktyce. Sportowcy mają mają mniej zrozumienia dla różnych problemów, a on pełni teraz taką rolę łącznika. Świetnie się z nim współpracuje. Wspólnie szukamy rozwiązań, wyjść z różnych sytuacji.

No to jakie są prognozy na ten sezon? Ogranicza nas tylko niebo?
Potencjał zawsze był duży. W zeszłym roku pojawiła się cała masa różnych przeszkód, teraz to wszystko jest usunięte. Kamil Stoch to będzie nasz fighter, nasz lider. Natomiast jestem trochę zdezorientowany, w pozytywnym sensie, poziomem Maćka Kota - lato miał fenomenalne i nawet jeśli będzie teraz skakał słabiej, to zimą i tak powinien być w czołówce. Treningi na śniegu w Lillehammer potwierdziły, że jest w formie. Bardzo blisko jest Piotrek Żyła, który zmienił się bardzo, no i nie zapominajmy o Dawidzie Kubackim. A mamy jeszcze innych. Razem z kadrą B to jest czternaście nazwisk. I wszyscy mogą myśleć o zdobywaniu punktów w PŚ.

W skokach mamy zatem renesans, a w biegach? Justyna Kowalczyk, która skoncentruje się na startach w technice klasycznej, jest w stanie wrócić na podium Pucharu Świata?
Tak, przede wszystkim dlatego, że była cały czas zdrowa, że przepracowała solidnie okres przygotowawczy i wyeliminowała ciężki trening do stylu dowolnego. Bardzo dobrze, że skupiła się na „klasyku” i że ma rozsądnie ułożony plan startowy. Ma odpowiednich serwismenów, nawet podjęliśmy współpracę z fińskim specjalistą, który będzie pomagał jej w skandynawskiej części PŚ i podczas mistrzostw świata w Lahti. Stamtąd zresztą pochodzi i najlepiej wie, jaka jest struktura śniegu, jakich smarów używać, itp.

Nasze biegi to ciągle tylko Justyna, bo Sylwii Jaśkowiec na trasach w tym sezonie nie zobaczymy. Będziemy w stanie w ogóle wystawić w Lahti sztafetę?
Faktycznie, ze względu na kontuzję Sylwii wszystko nam się trochę posypało. Niedawno miała kolejną operację kolana i jeśli nic się nie wydarzy, to w lutym-marcu powinna zacząć znowu stawać na nartach. Ona już jednak może myśleć o przygotowaniach pod kątem igrzysk, na których mogłaby wystartować z Justyną w sprincie drużynowym. A teraz? Mamy Martynę Galewicz, która trenuje solidnie, jest Ula Łętocha, jeszcze bardzo młoda zawodniczka i Kornelia Kubińska, która po urodzeniu dziecka podjęła treningi. Jest Ewelina Marcisz, która też zmagała się z kontuzjami. Zobaczymy po startach i wynikach, czy sztafeta w Lahti będzie miała sens. Jeżeli nie - szkoda narażać Justynę na dodatkowy bieg.

Po urlopie macierzyńskim wraca Marit Bjoergen. Będzie nadal dokonywać cudów? A może Norwegowie wyhamują po ostatnich aferach?
Za mało mamy informacji na temat Marit. Na pewno gdy ma się tyle lat treningu za sobą, to łatwiej wrócić do formy, ale klimat wokół ich kadry faktycznie jest ciężki. Norwegowie pewnie przyhamują w wielu działaniach, bo będą pod szczególną obserwacją. Wszyscy wszystkich zaczynają pilnować. To sytuacja na korzyść Justyny. Norwegowie nie będą mogli tak otwarcie stosować różnego rodzaju zabiegów - niby dozwolonych, ale jednak nieakceptowanych przez świat narciarski. Zobaczymy, co będzie. Tak czy inaczej sezon zapowiada się interesująco.

Uwaga, zimowy sezon czas zacząć!
Kamil Stoch, Maciej Kot, Dawid Kubacki, Piotr Żyła, Klemens Murańka, Stefan Hula oraz Aleksander Zniszczoł - to skład naszej reprezentacji na pierwsze zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich w tym sezonie. W środę polska ekipa poleciała do Finlandii. W czwartek cała siódemka wystartuje w kwalifikacjach na skoczni w Ruce - początek o godz. 18. Jutro i w sobotę konkursy indywidualne. W leżącym tuż obok Kuusamo zostanie również zainaugurowany PŚ w biegach narciarskich. W programie jest sprint techniką klasyczną (sobota) i 10 km tym samym stylem (niedziela). Na starcie pojawi się Justyna Kowalczyk, która w Finlandii trenuje już od kilku tygodni.

Sportowy24.pl w Małopolsce

Najnowsze informacje o epidemii koronawirusa

Wideo

Materiał oryginalny: Apoloniusz Tajner: Już potrafimy bawić się w Jamesa Bonda - Gazeta Krakowska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3