Auschwitz, mój dom

Piotr Drabik
Rodzina Anny Odi wraz z innymi byłymi więźniami KL Auschwitz zamieszkała w budynkach, w których podczas okupacji znajdowała się administracja obozu
Rodzina Anny Odi wraz z innymi byłymi więźniami KL Auschwitz zamieszkała w budynkach, w których podczas okupacji znajdowała się administracja obozu Fot. Michał Gąciarz
Widok z okna naszego mieszkania wychodził prosto na szubienicę, na której został powieszony komendant Hoess, oraz na krematorium - wspomina Anna Odi, która wychowała się na terenie byłego obozu koncentracyjnego. Tu wciąż mieszka i tu pracuje.

Na wiosnę jest tutaj pięknie. Zwłaszcza gdy cały ogród wypełni się fiołkami - Anna Odi oprowadza nas po swoim podwórku z dzieciństwa. Mały park wypełniony drzewami, był dla niej i jej rówieśników całym światem. To tutaj urządzali wyścigi rowerowe, grali w piłkę i bawili się w piaskownicy ukrytej za drzewami. No tak, identycznie jak inne dzieci. Zimą, w byłym obozie, też nie było nudy.

Pamięta, jak zjeżdżała na sankach z górki po schronie, obok komendantury. Niezła frajda. W jej rodzinnym albumie, który właśnie otwiera, szczególne miejsce zajmuje zdjęcie małej dziewczynki z chustką na głowie, bujającą się na huśtawce koło domu. Szczególne, bo zdjęć tych ma niewiele, małą garstkę. Lubi do nich wracać.

Dzieciństwo na terenie byłego obozu Auschwitz spędzało około dwadzieściorga dzieci. Ich rodzice robili wszystko, aby nie dorastali z piętnem tego tragicznego miejsca. Wybudowali im prowizoryczny plac zabaw, a podczas świąt Bożego Narodzenia urządzali spotkanie ze Świętym Mikołajem.

- Każdy dorosły był wtedy za kogoś przebrany. A my dostaliśmy kubek kakao i pączka - wspomina Anna Odi. Jej najlepszą przyjaciółka z dzieciństwa była mieszkająca w sąsiedniej willi Hoessa Ania, potomkini prawowitych właścicieli budynku. - Razem z jej siostrą Krysią i kuzynem Przemkiem bawiliśmy się w ich ogrodzie. Tym samym, w którym kiedyś spędzały czas dzieci komendanta obozu - zauważa. I to zaledwie kilkanaście lat wcześniej, kiedy obok mordowano, głodzono, torturowano i zmuszano do niewolniczej pracy.

Odi opowiada, że dzieci Hoessa bawiły się zabawkami, które powstawały w obozowym warsztacie, a w ciepłe dni ochładzały się w przydomowym basenie. Czy to nie ironia losu, że po wojnie, w tym samym miejscu, dorastali potomkowie byłych więźniów obozu?

Ania często spędzała czas tam, gdzie podczas wojny znajdowała się scena plenerowa. - W niektóre niedziele, obozowa orkiestra była zmuszana tutaj do koncertów, które umilały czas esesmanom i ich rodzinom - zauważa. Dziś ten teren znajduje się za ogrodzeniem, czyli inaczej niż podczas jej dzieciństwa - mówi oprowadzając nas. - Rodzice ostrzegali nas, że mamy się trzymać z dala od grup turystycznych. Tak więc, kiedy tylko je dostrzegaliśmy, od razu uciekaliśmy - mówi po latach z uśmiechem.

Anna Odi dorastała w kręgu byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Stanowili oni większość osób, które zamieszkały w dawnych budynkach administracji byłego Konzentrationslager Auschwitz. -Byli jedną wielką rodziną. Nie brakowało wspólnych spotkań, podczas których po raz pierwszy docierały do mnie ich opowieści z czasów okupacji - wspomina. Nasiąkała nimi, stawały się dla niej czymś naturalnym.

Zresztą ta przeszłość wciąż jest z nią obecna. Na ścianach mieszkania Anny Odi, w którym siedzimy, wiszą choćby obrazy autorstwa Jerzego Adama Brandhubera. - To był nasz sąsiad i bardzo często gościł w naszym domu - tłumaczy Anna Odi. Malarz był również więźniem KL Auschwitz, a po wojnie rozpoczął pracę w tutejszym muzeum. - Tak tu żyliśmy. Blisko.

Kiedy mała Ania zaczęła zastanawiać się, że jej dom nieco odbiega od mieszkań jej koleżanek? - Gdy zaczęłam chodzić do podstawówki, dzieci ciągle mnie pytały, czy nie boję się mieszkać w takim miejscu, w którym pewnie straszy.

Zapytała wówczas mamę: - Mamo, mam się bać? Co tu się działo? Opowiem ci, kiedy dorośniesz - dowiedziałam się. - A bać trzeba się tylko złych ludzi - dodała mama.

Gdy była mała, rodzice niechętnie opowiadali o trudnej rzeczywistości wojennej. W kolejnych latach, stopniowo, odkrywali przed nią niełatwą przeszłość. Ich historię poznała dużo później. Historię, która zaprowadziła jej rodzinę na teren byłego obozu w Auschwitz.

Poznali się w 1945 roku. Ona - córka emigrantów, On - rodowity Ślązak. Obydwoje mieli za sobą pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych. Ale przed wybuchem wojny żyli w zupełnie innych światach. Mireille (zdrobniale nazywana Mirą) wychowała się w rodzinie polskich emigrantów we Francji. Ojczyznę przodków znała tylko z opowiadań, podobnie jak bliskich mieszkających w Warszawie. Jej marzeniem było spotkać ich osobiście. Spełniło się to w sierpniu 1939 roku, kiedy przyjechała do stolicy na zaproszenie wujostwa. Młoda dziewczyna szybko zaprzyjaźniła się z kuzynami, którzy chętnie spędzali z nią czas. Kilka tygodni później wybuchła wojna.

Mira nie tylko straciła możliwość powrotu do Francji, ale również wszelki kontakt z rodzicami. Musiała szybko odnaleźć się w realiach okupacji. Podobnie jak jej rówieśnicy, zaangażowała się w konspirację antyhitlerowską. Ich dywersja zakończyła się w 1941 roku, kiedy Mira została aresztowana i osadzona na 18 miesięcy w więzieniu na Pawiaku. Była bita, torturowana, przesłuchiwana. Z rąk katów chciał ją wykupić wujek, ale przez ciągłe wizyty u gestapowców sam został aresztowany. Do domu już nie wrócił, po tym jak trafił do obozów Auschwitz i Mauthausen. Mira do końca życia nie mogła uporać się z jego stratą, obwiniając się o jego śmierć.

Piekło obozów koncentracyjnych poznała także osobiście. Najpierw w Majdanku, potem Ravensbrücku i Buchenwaldzie. Zmuszano ją do niewolniczej pracy w oborach, szwalni oraz fabryce amunicji. Wszystko zmieniły zbliżające się oddziały Armii Czerwonej, które wymogły na hitlerowcach ewakuację obozów. Marsze śmierci były równie wyniszczające jak mordercza praca.

Mimo to Mirze wraz z przyjaciółką Oleńką udało się uciec spod czujnego oka esesmanów. Dziewczyny znalazły schronienie w niemieckiej rodzinie, która ukrywała ich przez miesiąc. Po wojnie Mira odnalazła tę niemiecką rodzinę i osobiście im podziękowała za uratowanie życia. Zanim to się stało, wraz z Oleńką trafiły na Górny Śląsk, skąd pochodziła dziewczyna. W międzyczasie do rodziny sąsiadów wrócił Józef, który również cudem uniknął śmierci.

W momencie wybuchu wojny, chłopak miał 16 lat. Razem z kolegami zaniżył wiek, aby dostać się do wojska. Anna Odi z dumą pokazuje zdjęcie ojca, Józefa, którego szczupła sylwetka tonie w za dużym o kilka rozmiarów mundurze. W szeregach Wojska Polskiego nie walczył długo. Najpierw dostał się do sowieckiej niewoli, a później Niemcy osadzili go w więzieniu w Mysłowicach. Po torturach i przesłuchaniach, trafił do KL Auschwitz.

W obozie został numerem 61615 z oznaczeniem „PPole”, czyli polski więzień polityczny. Tatuaż na lewej ręce to niejedyny ślad, jaki zostawił na nim obóz. Za próbę podzielenia się chlebem z kolegą Józef został brutalnie pobity przez esesmana. Ten uderzył go pejczem w tył głowy tak mocno, że blizna została do końca życia. Józef w Auschwitz pracował w różnych komandach, m.in. dezynfekował pasiaki obozowe i dobytek zostawiony przez ofiary Holokaustu. Polak ciągle był przesłuchiwany. Ostatni raz w styczniu 1945 roku, kiedy w bloku 11 gestapowcy skazali go na dalsze uwięzienie. Józef następnie trafił do obozu w Ebensee. Tutaj, prawie pół roku później, został wyzwolony przez aliantów.

Drogi Miry i Józefa przecięły się na najtrudniejszym zakręcie ich życia. Emigrantka wciąż liczyła, że dostanie się do Warszawy, a ze stolicy do Francji. Zorganizowanie wyjazdu okazało się niemożliwe. Młodzi ludzie nie wiedzieli, co dalej robić. - Pewnego dnia mój tata spotkał kolegę, z którym był w KL Auschwitz. Ten miał mu przekazać, że na terenach byłego obozu potrzebni są ochotnicy do ochrony tego terenu. W zamian za pracę można było otrzymać mieszkanie - opowiada Anna Odi.
Józef najpierw sam pojechał do Oświęcimia. Kiedy informacje kolegi się potwierdziły, wrócił na Górny Śląsk po swoją Mirę. - Na pewno w ich głowach rodziły się wątpliwości, ale w tym czasie zdobycie mieszkania graniczyło z cudem - zastanawia się ich córka.

Pierwszym wspólnym mieszkaniem były dwa pomieszczenia w dawnej wartowni w „bramie śmierci” w Brzezince. Podczas okupacji mijało ją tysiące Żydów czy Romów prowadzonych na śmierć w obozie Birkenau. W tym miejscu, w 1946 roku na świat przyszła ich najstarsza córka, Krystyna. Kilka miesięcy później, młoda rodzina otrzymuje większe mieszkanie na terenie dawnego obozu Auschwitz. Para rozpoczęła nowe życie w budynku obozowej administracji, najpierw na strychu, potem w większym lokum.

Ich rodzina powiększyła się z czasem o kolejne dwie dziewczynki, Ilonę i Annę. - Widok z okna naszego mieszkania wychodził wprost na szubienicę, na której został powieszony komendant obozu oraz na budynek pierwszego krematorium - wspomina po latach najmłodsza.

Na archiwalnych zdjęciach z egzekucji kata Oświęcimia Rudolfa Hoessa z 1947 roku doskonale widać na rogu ceglanego budynku okno, gdzie przez wiele lat mieszkali państwo Odi. Każdy to może sprawdzić.

Zaledwie kilkaset metrów dalej znajduje się historyczna wartownia, gdzie Józef i Mira świętowali swój ślub. - Kiedy wracali z urzędu stanu cywilnego, pracownicy tworzącego się muzeum i byli więźniowie zorganizowali im małe przyjęcie weselne. To było dla nich zupełne zaskoczenie. Dodatkowo przygrywała im orkiestra Wojska Polskiego, którego żołnierze wciąż stacjonowali na tym terenie - opowiada nam Anna.

Jej ojciec przez wiele lat ochraniał teren muzeum, a matka oprowadzała po byłym obozie grupy francuskojęzyczne. Gdy okazało się, że mała Ania nie może chodzić do przedszkola z powodów zdrowotnych, Mira chciała zrezygnować z etatu.

Dyrekcja muzeum zaproponowała wtedy inne rozwiązanie. - Pozwolono jej, abym razem z nią przychodziła do pracy. Byłam dzieckiem niezwykle spokojnym i grzecznym. Starałam się nikomu nie przeszkadzać. W zaciszu pokoju socjalnego codziennie przez kilka godzin rysowałam i malowałam - wspomina Anna Odi.

Jej mama często oprowadzała po muzeum wyższych urzędników państwowych i koronowane głowy, jak premiera Włoch Aldo Moro czy żonę szacha Iranu Farah Pahlawi. Wśród gości nie brakowało również dostojników kościelnych, którym często towarzyszył kardynał Karol Wojtyła. Gdy został papieżem, podczas pierwszej pielgrzymki do Polski w 1979 roku przyjechał również do Oświęcimia.

- Gdy wysiadał ze swojego samochodu przy bramie obozowej, zamiast podejść do dyrekcji muzeum, w geście przywitania wyciągnął ręce do mojej mamy i powiedział „Oto pani, która tyle moich grup oprowadziła”. To było totalne zaskoczenie - wspomina Anna Odi.

Jan Paweł II zaprosił później Mirę z rodziną do Watykanu, ale władze PRL nie chciały im wydać paszportów.

Anna nie poszła w ślady matki. Kiedy po skończeniu liceum rozpoczęła pracę w muzeum, obowiązkowo musiała zdać egzamin na przewodnika. Oprowadziła po byłym obozie zaledwie dziesięć grup turystycznych. - Nie potrafiłam opowiadać o tych wszystkich okropnościach. Nie przechodziło mi to przez gardło. Było to dla mnie zbyt osobiste - nie kryje i dodaje, że choć nie przeżyła obozowej traumy, tematyka obozów koncentracyjnych i zagłady jest dla niej wyjątkowa. Bliska i niezmiernie prywatna.

Dlatego nie planowała, by zająć się nią zawodowo. Po maturze chciała iść na studia prawnicze. Nie zdała wówczas egzaminów wstępnych. Czekając na poprawkę, zastanawiała się, co będzie robić w swoim życiu.

- Wtedy pierwszy dyrektor muzeum Kazimierz Smoleń zaproponował mojej mamie, bym podjęła pracę na miejscu - wyjaśnia Anna Odi.

I tak trafiła do archiwum, następnie do sekretariatu, aż w końcu do działu zbiorów, gdzie pracuje do dziś. Los tak chciał.

Każdego roku do Muzeum Auschwitz trafiają kolejne pamiątki po ocalonych. Pasiaki, listy, rysunki. Zanim znajdą się w gablotach, są sprawdzane i katalogowane właśnie przez Annę Odi. Przyznaje nieśmiało, że ma niezwykły talent do kojarzenia faktów, a jej praca często przypomina zajęcie detektywa.

- Czuję ogromną satysfakcję, kiedy uda mi się rozszyfrować kolejną zagadkę zaginionych i nieznanych pamiątek po ofiarach obozu - podkreśla.

Jeśli były więzień KL Auschwitz-Birkenau lub jego rodzina zdecyduje się oddać pamiątki, pracownicy jeżdżą po nie osobiście. Żadnych kurierów i pośredników. - Pamiętam, kiedyś trafiłam do Łodzi na spotkanie z byłą więźniarką Zofia Banaszczyk. Ocalona z Auschwitz była bardzo zaskoczona, gdy usłyszała, że mieszkam na terenie obozu. Odpowiedziała, że po wojnie nie odważyła się pojechać do Oświęcimia ani razu. Przekonałam ją i na trzy dni zamieszkała z córką, również byłą więźniarką obozu Auschwitz, w pokoju gościnnym obok mojego mieszkania. Byłam dla niej przewodniczką po terenie muzeum - wspomina Anna Odi.

Podkreśla, że po 70 latach od zlikwidowania fabryki śmierci wciąż jest wiele tajemniczych pytań, które wymagają odpowiedzi. Jednym z nich jest szkicownik pokazujący sceny z codziennego życia obozowego. Odnalazł go podczas jednej z wart Józef Odi.

- Pod belką w podłodze baraku, obok szpitala męskiego, trafił na papiery zawinięte w butelce - tłumaczy jego córka. Autora szkicownika z rysunkami, które są cennym świadectwem prawdziwego oblicza fabryki śmierci, do dziś nie udało się ustalić.

Na półkach mieszkania Anny Odi, w którym siedzimy, nie brakuje spisanych relacji byłych więźniów obozu. Do biblioteczki chce teraz dodać własną książkę, w której zamierza opowiedzieć losy własnej rodziny. Ma to być hołd złożony jej mamie i tacie, którzy zmarli przed laty. - Chcę ją zatytułować „Widok z okna”, ponieważ on jest punktem wyjścia do zrozumienia całej historii - mówi nam Anna Odi, spoglądając na podwórko z dzieciństwa.

***

Anna Odi urodziła się w 1956 roku, w Szpitalu Miejskim w Oświęcimiu. Jest trzecią córką Józefa i Mireille, byłych więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych, którzy tuż po wojnie zamieszkali na terenie KL Auschwitz-Birkenau. Tu spędziła lata dzieciństwa, dojrzewania, tu mieszka do dziś.
W 1975 roku rozpoczęła pracę w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau. Obecnie na stanowisku młodszego dokumentalisty w Dziale Zbiorów.

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Tak oto dowiaduję się o mojej rodzinie, jej losach i życiu

Dodaj ogłoszenie