Babcia Fauzija

Redakcja
Byłem Rosjaninem (6)

Krzysztof Dobosz

Krzysztof Dobosz

Byłem Rosjaninem (6)

Nie pozwoliłabym wyjść córce za prawosławnego Rosjanina, a tutaj coś całkiem niepojętego: Polak, katolik...

Ilekroć schylam się, by - polskim zwyczajem - pocałować moją teściową w rękę, trafiam na różaniec z sandałowego drewna, oplatający jej dłoń. Fauzija Chazijewna pięć razy dziennie rozściela na podłodze dywanik i zwrócona twarzą na południowy zachód, w stronę, gdzie znajduje się odległa o tysiące kilometrów Mekka, pogrąża się w modlitwie.
 Chłopską córkę z tatarskiej wioski pod Kazaniem dzieckiem jeszcze, w trzydziestych latach, przywieziono wraz z "rozkułaczoną" rodziną do Magnitogorska; Tatarzy kazańscy byli najliczniejszą grupą specpieresieleńców, budujących kombinat. Niemal tak stara jak miasto gazeta "Magnitogorskij Raboczij" wychodziła w tamtym czasie w dwóch językach - rosyjskim i tatarskim, przy czym dla pisanego języka tatarskiego używano łacińskiego alfabetu1/. Dziś ówcześni tatarscy "specjalni przesiedleńcy" i ich potomkowie stanowią drugą pod względem liczebności nację, zamieszkującą miasto nad rzeką Ural - w półmilionowym bez mała Magnitogorsku jest ich prawie trzydzieści tysięcy. W mieście działa tatarskie centrum kulturalne; meczet, który przez dziesięciolecia szykan i przymusowej ateizacji mieścił się w zwykłej chacie tatarskiego pasiołka, na peryferiach Magnitogorska, przeprowadził się do wynajętego budynku w centrum miasta; niebawem nad Uralem stanie okazała muzułmańska świątynia.
 Fauzija Chazijewna nigdy nie zapominała o codziennej, pięciokrotnej modlitwie, o rytualnych ablucjach. W ciągu swojego osiemdziesięcioletniego życia nie wypiła ani kropli alkoholu, nie tknęła kiełbasy (wieprzowina!). Nawet w czasach Wielkiej Ojczyźnianej, gdy przyszło jej pracować po szesnaście godzin na gorących wydziałach huty, a jedną zapłatą była miska zupy i kawałek chleba, rezygnowała z posiłku, jeśli w kapuśniaku odkryła przypadkiem kawałeczek świniny. Wyszła za mąż także za Tatara, inwalidę wojennego: w 1941 roku pod Leningradem rozerwał się nad nim niemiecki szrapnel; dwadzieścia siedem odłamków, których nie potrafili usunąć lekarze, nosił w ciele do końca życia. Odesłano go do Magnitogorska, po krótkim leczeniu skierowano do pracy na wydziale koksochemicznym. Metalurgiczny moloch potrzebował ludzi; od jego produkcji zależało "być albo nie być" radzieckiej broni pancernej.
 Wojna się skończyła, Fauzija Chazijewna oddała się całkowicie domowi i rodzinie. Urodziła i wychowała cztery córki. Trzy z nich ukończyły wyższe studia i są dzisiaj wysoko cenionymi w swoich dziedzinach specjalistkami, czwarta z powołania poświęciła się pielęgniarstwu.

\ \ \*

 Jesienią 1988 roku rozpocząłem pracę w Magnitogorsku, na największej polskiej budowie eksportowej. Byłem rzecznikiem prasowym dyrektora i redaktorem polskiej gazety zakładowej, a człowiekiem, z którym przyszło mi od początku współpracować, był Raif Szarafutdinow, dziennikarz, Tatar zafascynowany Polską. Znał nasz język, był doskonałym tłumaczem z polskiego i przez cały czas okazywał mi nieocenioną pomoc. Zarazem był moim nauczycielem rosyjskiego, cierpliwym, ale i wymagającym. To, że dzisiaj jestem dziennikarzem również rosyjskojęzycznym, w ogromnym stopniu jest jego zasługą.
 Zdarzało się, że podczas naszych niemal codziennych, kilkugodzinnych spotkań, nachodziły nań wspomnienia. Przewijała się w nich dziewczyna z Wilna, klub alpinistów, wspólne górskie wyprawy. Pozostała z tego romansu sympatia do wszystkiego, co polskie. Opowiadał mi, jak to wiele lat temu, kiedy Magnitogorsk był hermetycznie zamknięty dla cudzoziemców, w kioskach "Sojuzpieczati" można było kupić polską prasę. Nawet w sierpniu 1980 roku, kiedy radzieckie środki przekazu zachowywały milczenie na temat wydarzeń w Polsce, w kiosku leżała "Trybuna Ludu". Niewiele to, ale zawsze coś... Raif kupował gazetę, w redakcji otaczali go koledzy: "Powiedz, co się tam u nich dzieje?".
 1 listopada 1988 roku byłem na urodzinach żony Raifa, Faniji. Poznałem wówczas jego teściową, Fauziję Chazijewną i jej córki. Nie przeczuwałem wtedy, że wieczór ten zadecyduje o moich dalszych losach: w niespełna dwa lata później jedna z córek Fauziji Chazijewny, Gulfija, została moją żoną.

\ \ \*

 Fauzija Chazijewna przez rok z górą sprzeciwiała się małżeństwu córki z człowiekiem, który nie był Tatarem ani muzułmaninem. Nigdy nie pozwoliłaby jej wyjść za mąż za prawosławnego Rosjanina, a tutaj coś całkiem niepojętego: Polak, katolik. Co to za nacja, co za wiara? Ale Gulfija była nieustępliwa i matka w końcu musiała się poddać. W lipcowe, niedzielne popołudnie 1990 roku po raz pierwszy przekroczyłem próg jej domu. W kuchni małego mieszkania, tak zwanej chruszczowki, czuwała moja przyszła szwagierka, pielęgniarka Neila, trzymając na podorędziu strzykawki ze środkami nasercowymi i uspokajającymi. Okazały się niepotrzebne...
 Wręczywszy bukiet róż Gulfiji, zaś drugi jej matce skłoniłem się, pocałowałem w dłoń.
 - Fauzija Chazijewna, czy dacie mi swoją córkę Gulfiję za żonę?
 Patrzyła na mnie uważnie przez chwilę, potem spuściła głowę.
 Milczenie przedłużało się nieznośnie, ale ona zakończyła modlitwę i znów spojrzała mi w oczy:
 - Wierzysz w Boga? Będziesz dla niej dobrym mężem?
 Zaakceptowała mnie. Zaprosiła do stołu na skromny poczęstunek, a potem długo mówiła, jakiego chciałaby mieć zięcia. Opowiadała o zaletach, ale też uprzedzała o trudnym charakterze mojej przyszłej żony. Mówiła po rosyjsku źle, w jej ustach ten miękki, śpiewny język brzmiał ostro i chropowato; wtrącała jeszcze tatarskie słowa, nieprawidłowo stawiała udarienie, plątała końcówki słów. Gulfija w pośpiechu przekładała niezrozumiałe frazy na poprawny rosyjski.
 Dwa miesiące później, w magnitogorskim zagsie, _czyli urzędzie stanu cywilnego odbył się nasz ślub. Poprzedził go obrzęd, którego domagała się moja teściowa i w tym celu zaprosiła do domu mułłę.
 Poprosiłem duchownego o chwilę rozmowy w cztery oczy: niech pamięta, że jestem chrześcijaninem. Kiwnął ze zrozumieniem głową, w końcu nie pierwszy raz przychodziło mu żenić różnowierców; magnitogorska społeczność to osiemdziesiąt narodowości, wszystkie wyznania, a Bóg jest jeden.
 Włożyłem kwadratową _tiubitiejkę
- obowiązkowe nakrycie głowy podczas religijnych obrzędów - i usiedliśmy za stołem. Słuchałem niezrozumiałych psalmów i modlitw, to po arabsku, to po tatarsku, aż wreszcie padło pytanie po rosyjsku:
 - Czy chcesz tę kobietę za żonę?
 Ceremonia trwała niespełna godzinę, potem było skromne przyjęcie. Jedliśmy wołowy rosół z domowym makaronem i ziemniakami; płow - potrawę z ryżu, kurzego mięsa, marchewki, cebuli i suszonych owoców. Żadnej wieprzowiny, żadnego alkoholu - jedynym napojem była herbata, obowiązkowo z mlekiem.
 Ale młodsze tatarskie pokolenie nie miało nic przeciwko temu, by uroczystość kontynuować w słowiańskim stylu. Pojechaliśmy całą kompanią do naszego z Gulfiją domu, gdzie czekał już stół, zastawiony półmiskami z szynką, kiełbasą krakowską i baleronem. Polała się rosyjska "pszenicznaja" _i polska wyborowa, mołdawski koniak "białyj aist" i oczywiście "sowietskoje szampanskoje", bez którego żadna uroczystość, a zwłaszcza wesele obyć się nie może. Całe to dobro pochodziło z magazynów, sklepów i masarni polskiej budowy eksportowej. Przyjęcie było iście królewskie jak na jesień 1990 roku, kiedy to rosyjskie sklepy świeciły pustkami i przypominały nasze, polskie sprzed dziesięciu lat. Na dodatek wciąż jeszcze obowiązywał gorbaczowski suchoj zakon - wódka była _po tałonam - dwie butelki miesięcznie na dorosłego obywatela.

\ \ \*

 Synka, który urodził się dokładnie rok później, chciałem nazwać Aleksandrem. W Rosji będzie Saszą, w Polsce - jeśli kiedykolwiek zabiorę go do kraju - Olkiem. Gulfija nie sprzeciwiała się, za to babcia się zaperzyła:
 - Mój wnuk nie będzie nosił ruskiego imienia!
 Tłumaczę jej, że to nie ruskie, lecz międzynarodowe, a w ogóle to starożytne, że istnieje w świętym arabskim języku - Iskander. Nic nie pomaga.
 - Ruskie!
 Atmosfera robi się nerwowa; wyciągam swój polski kalendarz, rozpaczliwie wertuję. Babci nie pasuje nic. Imiona albo ruskie, albo jewrejskie, albo nie dają się wymówić. Staruszka ma łzy w oczach, we mnie się gotuje. Wreszcie dochodzę do 18 lipca: dzień świętego Kamila.
 - A Kamil się mamie podoba?
 - O, to-to! Piękne imię, tatarskie!
 I tym sposobem Sasza-Olek został Kamilem. W języku tatarskim wymawiając to imię akcentuje się drugą sylabę.

\ \ \*

 Rodilnyj dom, w którym przyszedł na świat Kamil, miał złą opinię. Mówiono, że zbudowany został na miejscu masowej mogiły z lat trzydziestych, jakich w Magnitogorsku dziesiątki, że jego fundamenty i ściany przesiąknięte są trupią zarazą, której zlikwidować się nie da i właściwie należałoby budynek rozebrać.
 Kiedy w upalny, wrześniowy dzień niosłem z porodówki na rękach małe zawiniątko do pobliskiego domu mojej teściowej, a obok szła szczęśliwa i dumna Gulfija, nie przeczuwałem, że wkrótce przyjdzie nam się rozstać na bardzo długo. Groźna infekcja, która dosięgła oboje jeszcze w roddomie, dała o sobie znać po dwóch tygodniach. Przez następne pół roku żonę i syna oglądałem tylko podczas codziennych wizyt w szpitalu.
 Organizm matki sprawił się szybko z chorobą, wszelako Gulfija nie chciała rozstać się z dzieckiem; pozostała w pediatrycznym szpitalu jako opiekunka małego. Tymczasem z Kamilem było z każdym dniem coraz gorzej.
 Ukrywaliśmy prawdę przed babcią Fauziją. Gulfija codziennie przybiegała ze szpitala na kilkanaście minut, zapewniała matkę, że z małym jest wszystko w porządku, musi jednak jeszcze pozostać w szpitalu, do pełnego wyzdrowienia. Babcia przyjmowała jej słowa za dobrą monetę, ale w głębi duszy nie wierzyła im ani na jotę. Starzała się gwałtownie, niemal z dnia na dzień. Odwiedzałem ją, wracając ze szpitala, przynosiłem wiadomości o Kamilu, ma się rozumieć dobre. Ale jej zaczerwienione od płaczu i bezsenności oczy mówiły, że ona wie. Uciekałem przed jej pytaniami, szybko wracałem do domu. Rzuciłem się w trudny, kapitalny remont mieszkania - dla nas t r o j g a. Byle nie myśleć, byle tylko zabić czas.
 Pewnego razu Fauzija Chazijewna dała Gulfiji szarą kopertę: wewnątrz było kilka kartek, własnoręcznie zapisała na nich wybrane wersety z Koranu. - Włóż to mu pod poduszkę - powiedziała córce. - I sama też się módl.
 Lekarze byli bezsilni wobec postępującej choroby. Dostępne na miejscu antybiotyki nie skutkowały, lekarstwa przychodziło sprowadzać z Polski. Szczęściem działał na miejscu "Realbud", funkcjonował most powietrzny Kraków - Magnitogorsk. Zamówione telegraficznie preparaty docierały na Ural trzeciego, najpóźniej czwartego dnia. Ale poprawę dawały tylko chwilową.
 Któregoś marcowego popołudnia, kiedy wszedłem - jak zwykle - tylnym, służbowym wejściem na oddział, gdzie leżał Kamil, pielęgniarka, która zawsze zatrzymywała mnie w korytarzu i wywoływała moją żonę, tym razem zaprowadziła mnie wprost do izolatki, gdzie dotychczas zabraniano mi wstępu. Spojrzałem na dziecko i zrozumiałem: wpuszczono mnie tutaj, bym się z nim pożegnał. Gulfija, siedząca dotąd przy łóżeczku, podniosła się z krzesła na mój widok. Jej czarne przed kilku dniami włosy były teraz niemal całkiem siwe, twarz przybrała ziemisty odcień, spojrzenie było martwe, bez wyrazu. Podeszła do mnie, stanęła obok w milczeniu - bo i o czym mogliśmy mówić? Ale w chwilę później podniosła na mnie wzrok i powiedziała:
 - Ochrzcij go!
 Wybiegłem na korytarz: wchodząc kilka minut wcześniej do szpitala widziałem młodego popa, który przychodził tutaj codziennie, by pocieszać rodziców i chrzcić chore dzieci. Ale _batiuszka _już poszedł. Wróciłem do izolatki, nalałem do filiżanki wody z kranu. Kamil leżał ciężko dysząc, nie zareagował nawet, kiedy polałem mu wodą główkę. "Ja ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego...".
 Pielęgniarka ujęła mnie pod rękę: - Nie możecie tu dłużej zostać... Rozstaliśmy się z żoną bez słów.
 Tego wieczoru nie wstąpiłem do babci Fauziji; kłamać nie mogłem, powiedzieć prawdy również. Bezsenną noc spędziłem w swoim pustym domu, który tak starannie przygotowywałem miesiącami dla naszej trójki.
 O świcie z ciężkim sercem pojechałem do szpitala. Bałem się tego, co usłyszę za chwilę, bałem się spotkania z żoną, choć właśnie w tej chwili byliśmy sobie najbardziej potrzebni. Drzwi służbowe dopiero co otwarto dla rannej zmiany; wspiąłem się powoli na pierwsze piętro. Dyżurująca nocą lekarka stała w korytarzu, rozmawiając o czymś żywo z kilkoma przybyłymi właśnie do pracy medyczkami. Ujrzała mnie, zrobiła dwa kroki w moją stronę.
 - Kamil? - nic więcej nie mogłem wykrztusić.
 Kamil żył. Przełom nastąpił nocą, pojawiła się ostrożna nadzieja, która krzepła z każdym dniem. Oboje z żoną odzyskiwaliśmy wiarę...

 1) Do 1927 roku język tatarski posługiwał się alfabetem arabskim; następnie - przez około 10 lat - alfabetem łacińskim. Pod koniec lat trzydziestych Tatarom narzucono jako obowiązującą cyrylicę, nieadekwatną zresztą do brzmienia języka, w związku z czym trzeba ją było uzupełnić dodatkowymi znakami. "Reforma" nie przyszła bez oporów; zwolennicy powrotu do starej pisowni, tzw. arabiści padali ofiarą szykan i politycznych represji.

Sprostowanie

 W poprzednim odcinku cyklu pt. "Biezdienieżie" uległ zniekształceniu fragment tekstu, który winien brzmieć: "Groźba wyłączenia prądu zawisła nawet nad Magnitogorskim Kombinatem Metalurgicznym, którego dyrekcja zareagowała w prosty sposób - przy podstacjach postawiono ochroniarzy, uzbrojonych w kałasznikowy..."

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie