Badacz drugiego dna

Redakcja
Wielka wystawa Tadeusza Makowskiego w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie

JERZY MADEYSKI

JERZY MADEYSKI

Wielka wystawa Tadeusza Makowskiego w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie

Ona była wysoka i szczupła poza granice wychudzenia, zawsze w niemodnej już od ćwierćwiecza sukni z la belle epoque, noszonej na przekór szalonym latom dwudziestym. On był długi i kościsty, w rembrandtowskim berecie na głowie i z ogromną kokardą w miejscu krawata.
   Ona malowała liryczne portrety o zamglonych oczach i blade kwiaty w wazonach. On - sceny rodzajowe, pejzaże, kwiaty i dzieci. Niezwykłe i urokliwe w swych spiczastych kapturkach, zwrócone frontalnie do widza, ciche, lecz jednocześnie ciekawe świata i jego bogactw, których zapewne nigdy nie będą mogły skosztować.
   Ją straszne zwidy dręczyły i urojenia. Wyobraziła sobie, że w mrocznych lochach jej domu miażdżą co noc w piekielnej jakiejś machinie psy, zwożone w tym celu z całego Paryża. On uznał nędzę i abnegację za niezbędny warunek powstania wielkiej sztuki, wierząc niezachwianie, że za cenę rezygnacji z wszelkich uroków życia, z majątku, kobiet, miłości, a nawet dobrej kuchni zostanie wielkim artystą, a biedne dzieci malował dlatego, że sam był jednym z nich, innych nie znał i czuł się nimi aż po kres swoich dni.
   Przez lata całe i dziesięciolecia nawet mieszkali opodal siebie w la ville lumiere, lecz się nie spotykali, więc nikt nie przekazał potomnym ich dialogu. O sztuce, o ideałach, o sobie i swej drodze do wielkości. A szkoda, bo taka rozmowa mogłaby wyjaśnić wiele tajemnic ich życia i sztuki. Ona nazywała się Olga Boznańska. On - Józef Tadeusz Makowski.
O latach młodzieńczych Makowskiego wiemy niewiele ponad to, co sam zechciał o sobie powiedzieć i co przetrwało w skąpych urzędowych notatkach oraz spisanych na ogół po jego śmierci wspomnieniach. Znacznie więcej wiemy o Krakowie tamtych lat, o atmosferze zatem, w jakiej Makowski dojrzewał, o czynnikach, które kształtowały jego osobowość i wpłynęły na jego późniejsze decyzje.
   Wiemy zatem, że Józef Tadeusz Makowski, syn Stanisława i Petroneli, urodził się 29 stycznia 1882 r. w Oświęcimiu, a szkołę powszechną ukończył w Wilamowicach. W latach 1894-1902 uczęszczał do Gimnazjum św. Anny, do sławnych "szkół Nowodworskich" o dewizie semper in altum, w których nauki pobierali bracia Sobiescy z całą plejadą dawnych znakomitości, co świadczy o ambicjach jego rodziców oraz ich aspiracjach: wszak Gimnazjum św. Anny było i pozostało szkołą elitarną w pełnym tego słowa znaczeniu.
   Ojciec dostrzegł ścisły umysł syna i widział w nim przyszłego matematyka. Rozwijane przez gimnazjum zainteresowania humanistyczne jednak przeważały: Makowski wybrał filozofię oraz filologię polską i klasyczną, podobnie jak przed nim uczynił to Wyspiański. Ojciec się opierał, lecz głos matki, rzecz jasna, przeważył. Makowski został studentem UJ. Rok później wstąpił na ASP. Był zdolny i pilny, o czym świadczą noty - same "dobre" i "bardzo dobre".
   Równie chwalebnie przebiegały jego studia, co potwierdzają materiały źródłowe Akademii: 1903-05 r. szkoła Unierzyskiego; 1905-06 II semestr - szkoła Stanisławskiego, nagroda za kompozycję pejzażową i srebrny medal za pejzaż; 1906-07 - I semestr tamże, nagroda konkursowa za prace wakacyjne; II semestr - medal srebrny; 1907-08 - I semestr szkoła wakacyjna; II semestr - medal srebrny; 1907-09 - I semestr tamże.
   ASP skończył z wyróżnieniem i srebrnym medalem za projekt dekoracji ściennej. W międzyczasie dwukrotnie wyjeżdżał do Włoch, a jesienią 1908 r. przez Monachium na jeden rok udał się do Paryża, gdzie pozostał do śmierci. Paryż mu wystarczał.
Co wiemy jeszcze o krakowskich latach Makowskiego? Wiemy, że kochał się na zabój w pięknej Irenie Solskiej i "ciągle chodził do teatru, gdy ona grała" na galerię II piętra, czyli najtańsze miejsca i że rysował ją w strojnej krynolinie jako infantkę; że projektował dekoracje teatralne ku jej czci. Rysował karykatury kolegów, profesorów, a nawet samego Franza Józefa, interesował się gotykiem... Z pobudek romantycznych tylko czy może fascynował go genialny system konstrukcyjny tego stylu, który odnalazł później w równie jak gotyk precyzyjnym i równie z ducha francuskiego racjonalizmu zrodzonym kubizmie? To kusząca, lecz trudna do udowodnienia hipoteza.
   Z drugiej strony pasjonowała go sztuka ludowa. I dzieci, a ściślej - dziecięcy teatr, dla którego wykonywał projekty kostiumów i dekoracji. Nie on jeden zresztą. We wstępie do jego wystawy z 1936 r. (przeniesionej do Warszawy z Biennale Sztuki w Wenecji, gdzie była pokazana w odrębnej sali, a to ogromne wyróżnienie) Jerzy Sienkiewicz napisał:
   Znamiennie i jasno... tłumaczy się świat dziecka, dominujący w sztuce Makowskiego i nadający jej szczególnie silne piętno sentymentu. Niewątpliwie nawiązuje tutaj do atmosfery Krakowa, gdzie artysta... zetknął się z hasłami otwierającymi nasz wiek pod znakiem Stulecia Dziecka. St. Wyspiański, W. Wojtkiewicz, J. Rembowski, później V. Hofman pracami tymi zaznaczyli tę ważką pozycję w malarstwie polskim. Makowski poszedł dalej. Świat dziecka nie był dla niego decorum malarskim, zabawką lub marionetką w fantastycznej bajce dla starszych. Świat ten miał dlań autonomiczną odrębność, rządzony był przez psyche dziecięcą. Prawa te Makowski respektował przez całe życie, a jego dobre serce ułatwiło mu wejście do nie tak łatwo dostępnego królestwa poezji dziwnej...
Wiemy jeszcze, że jak wielu artystów jego doby, by wspomnieć tylko Malczewskiego - lubił się przebierać i że zjawił się w kostiumie trubadura na balu Zielonego Balonika. W białej, papierowej krezie i z wypożyczoną z rekwizytorni mandoliną w ręce. A trubadur był, jak wiadomo, nie tylko poetą, lecz również Don Juanem, Casanową i rycerzem na dodatek, co można, a nawet należy pozostawić bez komentarza, który mógłby nas zaprowadzić na manowce.
   Tak czy owak, z tych wiadomości wyłania się inny Makowski. Nader odległy od wizerunku ascety, jakim jest we fryburskim witrażu Mehoffera oraz podobnych mu w tonie wspomnień, w których występuje jako młodzieniec wyjątkowo nieśmiały, sentymentalny samotnik,który dla sztukiodrzucił bezwzględnie pieniądze, karierę, kobiety, dobrobyt, a nawet sławę - o którą nie dbał i nic dla niej nie robił.
   Wręcz przeciwnie. Był normalnym, wesołym chłopcem, który lubił korzystać z uroków życia i wiedział, gdzie ich szukać. Wszak Zielony Balonik miał wyrobioną renomę i skromni anachoreci raczej nie odwiedzali tej jaskini, bądź raczej - Jamy zła i wyuzdanej rozpusty, o której Boy pisał: Kompanija wesoła/Ozbira sie do goła/Potem jakieś śtucne tańce/Wyprawujom te pohańce/Wstyd mówić - jakieś macice... i dalej w tym tonie o balii pełnej araku i totalnym zgorszeniu.
   Przesada? Zapewne niemała, lecz właśnie tak cnotliwy Kraków postrzegał ówczesną cyganerię, do której Makowski przystał chętnie i bez oporów jakiejkolwiek natury.
   Bo też dziwnym miastem był ów Kraków sprzed wieku. Małym i zaściankowym, lecz jednocześnie europejskim. Zwłaszcza w kwestiach filozofii i sztuki oraz myśli o niej. Właśnie do Krakowa przecież przybył z Berlina sławny Przybyszewski, tu działał Miriam Przesmycki oraz cała plejada literatów i malarzy z "Le paon blanc", czyli "U Turula". Tu świetnie rozwijał się symbolizm i tu przecież powstał wielki ruch Młodej Polski, wykraczający swym szerokim programem daleko poza granice art nouveau. I znacznie głębszy w swoich założeniach filozoficznych zarazem.
   Kraków był też, bardziej
od prowincjonalnej Warszawy i stołecznego Lwowa nawet, au courrant światowych nowinek. W każdym niemal kiosku można było kupić nie tylko "Tygodnik Ilustrowany", lecz również "Biesiadę Literacką", a później "Chimerę" z reprodukcjami dzieł wybitnych artystów, wykonanymi zrazu w technice drzeworytu sztorcowego, a potem, od ok. 1905 r. - kliszy siatkowej. Kioski i księgarnie zaopatrywane były na bieżąco w prasę europejską i zagraniczne wydawnictwa artystyczne. Słowem - Europa co się zowie.
   Wydaje się nawet, że Wiedeń, Monachium, Rzym i Paryż były wówczas bliżej niż dziś. Nie było przecież artysty, który by ich nie odwiedził. Nie jako turysta, lecz dla pogłębienia studiów i rozszerzenia horyzontów. Ta atmosfera musiała działać na młodego Makowskiego. Również atmosfera findesieclowego erotyzmu, unosząca się nad bohemą na przekór zgorszeniu pruderyjnych filistrów. Czy Makowski jej ulegał? Zapewne tak, sądząc z malowanych z niejakim zainteresowaniem aktów o bujnych kształtach, jakimi pyszni się jego ubóstwiana Irena Solska przedstawiona pod postacią hożej pegazicy z potężnym zadem i takimiż piersiami w witrażu michalikowej Jamy.
   Coś zatem musiało jednak być na rzeczy. Tym bardziej że on sam napisał w którymś ze swoich listów: za mało się poprawiłem, a Malina, córka moja, też schudła, a nie ma przecież skutku bez przyczyny. I dalej: urosło mi coś na kształt brody, na szczęście niedługa, bo byłaby podobna do koziej..., bo poczucie humoru i autokrytycyzmu również go nie opuszczało. A jest ono dla artysty darem bezcennym, gdyż chroni go przed niszczącym sztukę samouwielbieniem i śmiesznością.
Mało wiadomo o tajemniczej kuzynce, ponad to, co przetrwało w rzewnych krakowskich opowieściach. Mieszkała ponoć tuż po wojnie na osiedlu Oficerskim przy ul. Bandurskiego chyba, w mieszkaniu pełnym wczesnych, sygnowanych jeszcze "Józef Makowski" obrazów późniejszego Mistrza i stosów jego ołówkowych rysunków, które sprzedawała za grosze nielicznym chętnym, bo wtedy para butów z UNRR-y bądź też zgoła pudło pełne puszek z "krwawą kobasicą" albo też "horse meat" miały wartość większą od jakichś tam bladych obrazeczków z wiechciem anemicznych kwiatów lub grupką dzieci o okrągłych jak paciorki oczach. A takie właśnie cudeńka kupował u niej Jurek Panek i niósł do swej dziupli w dalekim Bieżanowie, a później pokazywał zaufanym, mówiąc: - Klawe, co? Nie gadaj, a ta kobita, wiesz, jak mówiła o Makowskim, to takie jej się rozmarzone oczy robiły...
   Pomiędzy błyskotliwe paradoksy zatem można włożyć opinię Leona Martina, francuskiego przyjaciela Makowskiego, widzącego w nim "człowieka bez biografii". Miał ją artysta, i to zgoła bogatą, nie inną od pozostałych. Tyle że jego biografia artystyczna przyćmiła zwyczajny, ludzki życiorys i zepchnęła go w cień, bo też jego sztuka była znacznie od życia bogatsza. I bardziej frapująca, jak to przed wojną mawiano, bardziej uderzająca i godna większej uwagi od jakichś tam romansów.
Niewielu twórców przeszło tyle i tak różnych etapów, i tyle meandrów swej sztuki, co ukazuje w całym ich bogactwie wielka wystawa w Gmachu Głównym Muzeum Narodowego.
   Był więc okres ciemny, utrzymany w muzealnych, "monachijskich sosach" i czas fascynacji bladym malarstwem nabistów oraz Puvis de Chavannes’a. Był czas srebrzystego kubizmu i czas futurystycznej fascynacji ruchem, ba, nawet czas spieczonych różów flamandzkiego malarstwa doby baroku, czas rzeźbiarskiego modelunku i impresjonistycznego rozedrgania, chociaż Makowski wyżej sobie cenił konkretność konstrukcji niż wibrację świateł. I był czas mehofferowskiej japońszczyzny i nagle zogromniałych roślinek wielkiego jak górski masyw malarza maleńkich obrazów, Stanisławskiego.
   Był realizm, symbolizm i groteska, które lepiej oddają naturę człowieka i wszystko inne do wyboru i - dosłownie - koloru, bo również gamę barwną Makowski zmieniał często i chętnie, podróżując od jednego bieguna swej palety aż po jej drugi krajec, od pastelowo bladych tonacji aż po głęboką mięsistość stłumionych kontrastów barw dopełniających. Jest muzyka tonów i dobitny rytm. Rytm pulsuje w kratach okna "Sabotiera" przemianowanego przez nas na "Szewca" i rzędach wiszących na ścianie sabotów. Ostry, synkopowany rytm bucha z kapitalnego "Jazzu" z grupą rozszalałych Murzynów.
   A` propos, gdzie mianowicie abnegat Makowski zetknął się z jazzem? W zaciszu swojej pracowni czy na jour fixach u pp. Władysławostwa Mickiewiczów, gdzie chadzał, by dyskutować o sztuce, Bogu i ojczyźnie, jak przystało na męczennika swego powołania? Takimi drobiazgami nikt jakoś głowy sobie nie zaprząta.
Jest w obrazach Makowskiego wszystko, poza pompą, pozą oraz chęcią schlebiania modelowi. Chyba że był nim on sam w swych idealizowanych wyraźnie autoportretach, co jest jednak cechą ludzką i przez to nam bliską.
   Cóż zatem, poza rytmem, łączy ów przedziwny galimatias stylów i kierunków o biegunowo często rozbieżnej materii poszukiwań i stosunku do rzeczywistości? Ano, łączy je właśnie poszukiwanie. Pełne pasji sprawdzanie wszystkich dostępnych i godnych prawdziwego artysty metod wypowiedzi tak, by znaleźć własną i do nikogo niepodobną, lecz zgodną z aktualnymi tendencjami sztuki, bo Makowski nie zamknął się nigdy w wieży z kości słoniowej. Był i chciał być artystą swoich czasów. Artystą europejskim w pełnym tego słowa znaczeniu, bo taką właśnie atmosferą nasiąknął w niemal rodzinnym Krakowie i jej duch zawiódł go do stolicy sztuki. Po to, by ją kształtować, by wziąć udział w największej przygodzie malarskiej wszystkich wieków, jaką była awangarda paryska lat 20.
   Z benedyktyńską cierpliwością więc, lecz również pasją odkrywcy badał, punkt po punkcie i interpretował wszystkie elementy obrazu: jego konstrukcję, stosunek rysunku do plamy barwnej, układy przestrzenne (na wystawie znajduje się przedziwny pejzaż z dziećmi w pierwszym planie i pociągiem w planie ostatnim, z króliczkiem o rozmiarach sporego wołu i domkiem, w którym zmieściłyby się, przy pewnej dozie uporu i samopoświęcenia, głowy dzieci, z ich ramionami być może), bada barwę oraz jej stosunek do światła.
   Ze szczególną jednak uwagą bada ludzką twarz i oczy, będące w jego obrazach prawdziwym odbiciem duszy. Na ogół są dziecinne, krągłe jak guziki i otwarte szeroko w cichym zachwycie nad rozmaitością świata, a może zdumieniu tylko? Bywają jednak również inne: asymetryczne jak w "Dziewczynce w białym kapeluszu" i zezowate jak u Baby Jagi albo innej Jędzy, zdarzają się oczy próżne i zadufane w sobie, oczy kokietujące i zdolne rzucać złe uroki. Naiwny świat dziecka odsłania swoje drugie i trzecie dno. Niekiedy brudne i zamulone miazmatami złych myśli i intencji.
   Makowski, autor seraficznych wierszy, potrafił ukazać swe drugie oblicze - zgryźliwą twarz Mistrza Hieronymusa, pogromcy zła i ludzkich słabości.
   Więc jednak...
O Tadeuszu Makowskim pisaliśmy niedawno z okazji obchodzonego w 2002 r. "Roku Makowskiego". Obecna, największa ze wszystkich dotychczasowych wystawa artysty, zmusza jednak do powtórnego spojrzenia na jego twórczość i osobę: bezdyskusyjne jest, że Makowski był malarzem większym niż to się wydawało nawet jego najzagorzalszym wielbicielom i apologetom.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie