Bez Boga ludzie usiłują ratować się "na skróty"

Redakcja
Bóg też bywa bezdomny, gdy człowiek wyprasza Go ze swego wnętrza przez uwikłanie w rozmaite dramaty i trudne sytuacje. A że pustkę po Bogu znosić trudno, ludzie usiłują ratować się "na skróty".

Siostra Mirosława nie lubi telefonów od dziennikarzy. Pytają o różne dworcowe historie, szukają sensacji: Ilu bezdomnych zamarzło? Na bocznicy czy pod mostem? Ile zmaltretowanych kobiet przemoc wyrzuciła wczoraj z mieszkania? Czy dom przy Malborskiej napełnia się zimą bezdomnymi? "A czy wy, tam w redakcji, macie trochę miejsca dla nich?" - odpowiada wtedy siostra pytaniem na pytanie.- "Bo nasze przytulisko jest pełne cały rok...".

Siostra od dawna już wie, bo doświadczyła przez lata pracy, że - jak mówił poeta - teoria jest szara, a wiecznie zielone jest tylko drzewo życia. Dawniej sama wyruszała na dworce i Planty, by łowić dzieci Brata Alberta, świętego włóczykijów. Dziś już nie te siły i nie to zdrowie, by nocą szukać ich ze świecą, zastąpiły ją w tym młodsze siostry. Sama jednak po dawnemu pracuje dzień i noc dla "przegranych".

Z im większą odrazą świat traktuje nieszczęśnice i pijaczki, dziewczyny spite, brudne, krwawiące, porzucone przy melinie, tym siostra Mirosława litościwiej je przygarnia. I w rozmowach z urzędami, z prasą, ze studentami socjologii, odwiedzającymi przytulisko przy Malborskiej, cierpliwie tłumaczy, że bezdomność ma swoje przyczyny. Trzeba je znać i w porę zapobiegać złu.

Nie wystarczą prasowe alarmy, statystyki zamarzniętych, społeczne przerażenie skutkami patologii. "Dzisiejszemu człowiekowi - mówi albertynka - powinno się równolegle udzielać pomocy materialnej, psychicznej i duchowej. Dzisiaj trzeba być z człowiekiem, mieć dla niego czas, wysłuchać go i przyjąć takim, jakim jest, oraz wskazać drogę godnego życia, objawioną w Ewangelii".

Dom na Malborskiej

Czym właściwie jest dom przy Malborskiej? Na pewno, wbrew nazwie ulicy, nie kojarzy się z krzyżackim zamkiem. Jest ciepły, nawet w barwie ścian. Jest miejscem, które daje poczucie bezpieczeństwa i przyjaźni. Tu można w ciszy, spokoju i życzliwości pobyć przez czas potrzebny do odzyskania równowagi. Tu, w klimacie "przytulenia w przytulisku", można się ogrzać z tego całego zimna świata, które sprawia, że człowiek kostnieje, otrząsnąć z balastu, zagoić rany odrzucenia przez rodzinę, przez społeczność, w której nagle zabrakło miejsca.

Obszerny dom, czas wypełniony do maksimum modlitwą i pracą, precyzyjny regulamin dnia. I terapia. Siostra Mirosława słucha, słucha, słucha historii o wszystkich bólach świata. I uczy studentów:

"Na socjologii przerabiacie na pewno szereg lektur i co jedna, to mądrzejsza. Ale ja chciałabym, abyście już nie książkowo, ale w praktyce zobaczyli «strategię» wychodzenia z bezdomności. Przynajmniej wy nie «globalizujcie», że bezdomni to pijacy, kobiety upadłe, jednym słowem - patologia. Tu trzeba mówić o każdym pojedynczym człowieku, z każdym rozmawiać indywidualnie i wspólnie szukać dróg wyjścia, bo każdy nosi w sobie inną przyczynę bezdomności".

Pierwsza z nich to według siostry Mirosławy odrzucenie Boga. Bóg też bywa bezdomny, gdy człowiek wyprasza Go ze swego wnętrza przez uwikłanie w rozmaite dramaty i trudne sytuacje. A że pustkę po Bogu znosić trudno, ludzie usiłują ratować się "na skróty", stosując różnego rodzaju "pomagacze": narkotyki, seks, alkohol. "Proszę siostry - tłumaczą podopieczne - ja tylko chciałam o wszystkim zapomnieć. Piłam, żeby nie poznano po mnie, jak mi źle, chciałam normalnie pracować, zdobyć się na uśmiech...".

"I tak się właśnie zakłada maski na trudną prawdę - mówi albertynka - Taka maska dobrze się trzyma po drinku, po tzw. lekkich narkotykach. Ale ja je traktuję na równi z ciężkimi, bo wszystkie prowadzą do uzależnień, do stopniowania dawek. I kiedy słyszę o tym, że dziewczyna marihuanę czymś tam jeszcze popija, to zaraz wiem, że coś tu nie gra w rodzinie. Nie ma w niej pokoju, nie ma więzi. Dom niby jest: adres, meble, ale co z tego, kiedy człowiek czuje się bezdomny, bo rodzice wychodzą rano, przychodzą wieczorem".

Wtedy sprowadza się do domu szemrane towarzystwo lub patrzy bez ograniczeń w telewizor. W efekcie dzieci formują się same, oglądając różnego typu horrory lub pornografię. A nadworni psychologowie mediów twierdzą usłużnie, że nic w tym złego, brak dowodów, by to miało wpływ na psychikę.
Laleczka Czaki

"Otóż mam dowód! - woła siostra Mirosława. - Mam dowód w dziewczynie, która jest po ciężkiej operacji kręgosłupa po serii wyskoków, ucieczek i różnych sensacyjnych wyczynów. Obdarzona niesamowitą inteligencją, ale tak beznadziejnie wisząca w przestrzeni, bez podłoża, na sznurze utkanym z przedziwnego zlepka swoistych filozofii, niszczących ją totalnie".

Z rozmów z nią wynikło, że będąc sama w domu oglądała na okrągło Laleczkę Czaki. "A cóż to takiego?" - Mirosława próbowała się douczyć i zapytała zaprzyjaźnionych studentów. "To siostra takie filmy ogląda?!" - zgorszyli się popisowo. Wyjaśnili, zdziwieni, że tym telewizyjnym "dziełem" rządzi jakiś okropny przymus zemsty. Spytała więc nastolatkę o szczegóły.

- Ta laleczka brutalnie zabija wszystkich swoich wrogów, rozpruwa brzuchy, wyciąga bebechy...Wie siostra, jakie to fajne? - zawołało dziewczę.

- Wiesz - powiedziała Mirosława z pozornym spokojem, który miał ukryć jej przerażenie - ja ci tu chyba zaraz zemdleję. Bo jak to jest fajne, to brak mi siły i słów, i krążenie mi zamiera...

Inna znów dziewczyna wpadła w alkoholizm pod wpływem reklamy ukazującej piękną panią w pieniącej się wannie. Obok stał kieliszek i wino, pani delektowała się każdym łykiem...
Nieodporność zupełna. Bezdomność Boga w człowieku. Brak odpowiedzialności u tych, co programują czas wolny.

Brak wyobraźni czy zła wola? Bo przecież młodzież jest bezbronna wobec propagowanych wzorców sukcesu i bogactwa, których dogonić, dosięgnąć nie sposób. Życie jest monotonne, wymaga trudu. Kto spada z telewizyjnych obłoków i nie potrafi z tą monotonią żyć - bierze narkotyk, wódkę, by zmienić sposób myślenia, by utożsamić się z ukazywanym "szpanem", uciec w blask ekranu. W blask, który oślepia.

Siostra Mirosława marzy o tym, by utworzono w Krakowie ośrodek do badania uszkodzeń podświadomości, z jakimi ona w przytulisku ma do czynienia na co dzień. Żeby można tam było wysyłać młodych ludzi, porażonych bezdomnością Boga w sobie. Na diagnozowanie i terapię. Bo to już lawina, która się toczy siłą bezwładu. Bo to już zupełna matnia, bez wiedzy dokąd iść i po co. Bo nikt i nic nie stawia tamy, nie buduje blokad, by zło uchwycić, zanim się dokona.

Niebezpieczne znajomości

"O ile byłoby łatwiej - wzdycha siostra - uchwycić ten dzień, tydzień, miesiąc pozostający pod władzą przyczyny, niż szukać ratunku dopiero wtedy, gdy ofiary od lat tkwią w skutkach, czasem już nie do uratowania". Ostatnio, w rozmowie, zaskoczyło siostrę absolutne novum: oto zdarza się, że dziewczęta wyruszają w Polskę w poszukiwaniu znajomych z Internetu.

"Tyle już lat pracuję, a ciągle jeszcze sama jestem studentką. Chyba muszę poznać bliżej to cudo, choć po co mi to, już je poznałam po skutkach!" - śmieje się siostra. "I uważam - dodaje - że jeśli wchodzą w grę takie jak Internet wynalazki, to jak bardzo trzeba uświadamiać młodym dobre i złe rzeczy z nimi związane. Dla mnie najgorsze jest w tej chwili, że zupełnie zamazuje się obraz dobra i zła. Zupełnie. Mówię do dziewczyny: «Nie bałaś się umawiać z człowiekiem, którego w ogóle nie znasz? To matka płacze, zostawiłaś ją na święta, a ty jeździsz za chłopakami...»".

Siostra energicznym ruchem odrzuca welon nasuwający się na twarz: "Wprawdzie po Internecie nie wiedziałam jak pracować (tu filuterny uśmiech), więc zdałam się na intuicję. Postawiłam małej surowe warunki. Do umówionego chłopaka, mimo że opłacony sylwester - nie pojedziesz. Nasz dom takie ma wymagania. Tu się zostaje i przerabia swoje zagubienie. Tak, by się odnaleźć. Wlazłaś w chaszcze - szukaj ścieżki. Do domu, do mamy. Musisz się tym sporo natrudzić!".

No więc... dobrze. Warunki na pewno miała tutaj gorsze. Spała na korytarzu. Przyjęła pracochłonne dyżury. Wspaniale spędziła święta, piękna, zdolna i pełna młodzieńczej radości prowadziła sylwestra w przytulisku. Przyszła po jakimś czasie:

- Siostro, ja jednak muszę się zobaczyć z tym chłopakiem.
- No to idź - usłyszała. - Ale bez złudzeń...

Wróciła prędzej, niż było umówione.

- On wcale nie myśli o małżeństwie! On mnie potrzebował tylko dla seksu.

Była tu krótko, bo siostrze udało się ją przekonać, że ma wrócić do domu. Powiedziała znamienne słowa: "Chyba rzeczywiście Pan Bóg istnieje, skoro znalazł mi to przytulisko, najlepsze miejsce, jakie mogło mnie spotkać".

Co grozi narkomankom Internetu, wyruszającym za przygodą w swoją prawdziwą bezdomność? Porzucenie szkoły lub studiów, przygodny seks, aborcja lub dziecko, które już od poczęcia jest bezdomne? "No to ja dziękuję za nasze rodziny, jeśli będą się kojarzyć przez internetowe «czaty»" - wybucha siostra. Przecież do małżeństwa w jakiś sposób się rośnie, dorasta...

Nowe czasy, prócz Internetu, wyprodukowały jeszcze jedną formę bezdomności, która ociera się już o przytulisko na Malborskiej falą nowych nieszczęść. To bankructwa firm, kredyty, konieczność spłacania krociowych odsetek... Bywa, że trzeba żebrać o łaski lombardu. Albo za bezcen sprzedawać mieszkanie, by spłacić rosnące długi. "Siostro, czy nie za dużo już zmartwień na jedną głowę?".

Dzwon na Anioł Pański. Już południe. Za drzwiami sali, w której rozmawiamy, odgłosy codziennego życia. Telefony. Dzwonki. Albetrynki codziennie rozdają masę paczek z żywnością dla głodnych rodzin z terenu. Ile wokoło biedy! Ojciec chory, matka ma małą rentę, pięć osób w domu. Albo: on w mamrze, ona z zapaleniem płuc, troje drobnych dzieci baraszkujących po niej. Albo jeszcze inaczej: staruszka, która w aptece odlicza grosiki na najtańsze lekarstwo i nie pogardzi bochenkiem chleba, darowanym przez Brata Alberta.

Do tego własne problemy przytuliska. Co dzień nowe. Przyjęcia, rozstania, powroty. Ten sam scenariusz: dać nowo przybyłej wodę i mydło, czyste ubranie, jedzenie i łóżko. Niech się wyśpi, niech powie po przebudzeniu, jak niedawno pewna kobieta: "Siostro, czy ja w niebie jestem, czy jeszcze na ziemi? Pierwszy raz od lat widzę sufit nad głową!".

I nie wolno tracić otuchy, wiary w działanie Boga w ludzkich duszach. Nawet wtedy, gdy trzeba uznać z pokorą, że nie wszystko się udało. Że są i takie podopieczne, które nie były w stanie wypowiedzieć sobie tej strasznej walki, podjąć morderczej pracy nad sobą. "Bo to, czego tutaj każda z nich doświadcza, to jest heroizm - przekonuje siostra Mirosława. Heroizm bohaterek, które walczą o coś największego, co może istnieć w człowieku: o odzyskanie własnej godności".
Sito, które odrzuca zło

Kiedyś pewna narkomanka, w przypływie wdzięczności powiedziała coś, co tak przejęło Mirosławę, że zapisała to sobie w notesie. "Siostro, w Bogu i Jego sługach leży ogrom niewykorzystanej przez świat mocy serca i miłości". Takie słowa zobowiązują.
Dziś był telefon w sprawie alkoholiczki z pięciorgiem dzieci. To już patologia. Bezdomność jako owoc konkubinatu, wolnych związków.

Tę "normalkę" siostra zna na wylot, przejrzała jej mechanizmy. Zwykle bywa tak, że po jakimś czasie mężczyźni uwalniają się od kłopotu, wyrzucając kobiety na ulicę. Bywa i odwrotnie, gdy na bruku ląduje pijak, przed którym teściowa zamknęła drzwi.

Siostra nie może spokojnie patrzeć na tłumy młodych mężczyzn czekających pod dworcem na albertyńskie zupki. Biernie korzystają z pomocy i nie zrobią najmniejszego kroku, żeby zmienić sytuację: "A poszukaj jeden z drugim, gdzie masz żonę i dzieci, zatroszcz się o nie!".

Sama kiedyś jednego z nich przekonała, że picie z bólu po rozstaniu z rodziną nic nie da, najlepiej po prostu wrócić. Pisała z nim wspólnie listy przebłagalne, broniła przed rozpaczą.
"Nie zniosę już tego denaturatu, który pijesz - mówiła - to picie sięga dna!". A wreszcie, już nie wiedząc, czym go ratować, powiedziała tak z serca, po prostu, coś, co zleciało z nieba. I tym go uwiodła: "Takie masz piękne, niebieskie oczy! Ludzie mówią: oczy niebieskie - życie królewskie! A coś ty zrobił ze swoim życiem? Z dobrem, które w nim było?".
To zdanie najsilniej na niego podziałało. Wrócił, dzieci go poznały. Odbudował szczęście domu. Nie pije.

To był jej pierwszy "klient", dzięki któremu zrozumiała sens powrotu do przytulisk pierwotnych, prowadzonych według charyzmatu świętego Brata Alberta.

Bo czym one właściwie są? Sitem, które odsącza zło. Siecią, która wyławia z topieli.

Ewa Owsiany**

Źródło: Życie Duchowe

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie