18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Bez grzechu czytać cudze listy

Redakcja
Fot. ANNA KACZMARZ
Fot. ANNA KACZMARZ
PROF. ZDZISŁAW PIETRZYK, dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej

Fot. ANNA KACZMARZ

Dużo Pan czyta?

- Dużo, ale zdecydowanie mniej, niż bym chciał. Mam pewne braki w najnowszej literaturze pięknej. Odrabiam je podczas wakacji albo w pociągu relacji Kraków-Warszawa i Warszawa-Kraków. Na szczęście często podróżuję.
Co Pan ostatnio czytał dla przyjemności?
- Powróciłem do "Ogniem i mieczem" Sienkiewicza, ale z pewną skazą badawczą. Zauważyłem, że powieść zacząłem traktować jak tekst źródłowy, czyli sprawdzam nazwy czy daty w słownikach, leksykonach. Sprawia mi to wielką przyjemność i wzbudza coraz większy podziw dla Henryka Sienkiewicza.
Kiedy zrozumiał Pan, że bibliotekarz to zawód dla Pana?
- Po koniec studiów. Mój profesor Wacław Urban, pod kierunkiem którego robiłem magisterium z historii w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Kielcach, powiedział, że z moim temperamentem bardziej nadaję się do biblioteki niż do szkoły. I miał rację, choć po kilkunastu latach pracy w bibliotece zająłem się także dydaktyką. Mam na swoim koncie kilkudziesięciu magistrów, dwóch doktorów, a trzeci będzie się bronił lada dzień.
Z wielu statystyk wynika, że zawód bibliotekarza należy do spokojnych, a bibliotekarze są grupą zawodową rzadko narażoną na stresy.
- Gdy wybierałem swoją zawodową drogę, też tak myślałem. Postanowiłem pracować w bibliotece, by spokojnie żyć. Jednak w ciągu 30 lat mojej pracy, biblioteka bardzo się zmieniła. Dawniej podstawowym narzędziem był dla nas ołówek, teraz już od wielu lat nowoczesne technologie: komputery, a w nich programy, które obsługują wiele czynności - od momentu zamówienia książki, aż do wydania jej czytelnikowi i przypominania mu, że ma ją zwrócić. Nawet mamy programy naliczania kar za przetrzymanie książki. A do tego zarządzanie i kierowanie biblioteką Jagiellońską zawsze było dość dużym wyzwaniem, bo spełniamy rolę biblioteki narodowej, natomiast finansowani jesteśmy wyłącznie jako biblioteka uniwersytecka. I to jest problem, a więc źródło stresu dla każdego zarządzającego.
Na czym polega funkcja biblioteki narodowej?
- Przechowujemy jeden egzemplarz każdego druku wydanego w Polsce, bez względu na jego wartość. Tylko dwie biblioteki w Polsce mają taki ustawowy obowiązek - obok nas jeszcze Biblioteka Narodowa w Warszawie. Rocznie są to ogromne ilości. W roku 2006 było to 131 tys. tzw. jednostek bibliotecznych; w 2007 - 133 tys., a w 2008 - 139 tys. Wydawnictwa magazynujemy w nowym skrzydle, oddanym do użytku w 2001 roku, które błyskawicznie się zapełnia. Jeżeli nakłady będą wzrastać, miejsca starczy tylko na 5-10 lat.
Z biblioteki korzystają różni ludzie...
- ... wpisuje się do nas rocznie 30 tys. osób, z których prawie wszyscy są zainteresowani nauką i badaniami. Ale zdarzają się wśród nich przeróżne oryginały. Czasem dochodzi do bardzo groźnych sytuacji.
Na przykład jakich?
- Jeden z czytelników został oskarżony o próbę gwałtu na czytelniczce. Sytuacja niczym z powieści, bo nikomu nie przyszłoby do głowy takie zachowanie w bibliotece. Pewnie dlatego nasze regulaminy stają się coraz bardziej rygorystyczne. Musimy zapewnić bezpieczeństwo naszym czytelnikom i naszym zbiorom; chronić przed szaleńcami. Wielkie skarby, poczynając od rękopisu Mikołaja Kopernika, poprzez utwory Chopina, Mozarta, Bacha, Beethovena, mamy zdigitalizowane i czytelnik tylko w wyjątkowych okolicznościach i w wyjątkowym uzasadnieniu może dostać je do ręki. Zdarzyło nam się, że nawet przy takich wyjątkowych okazjach, wyjątkowi goście zachowywali się całkowicie nieodpowiednio. Np. naukowiec polecony przez dyplomatę na pokazie specjalnym jednego z dzieł Mozarta, potrafił chwycić utwór i prosić, by go z tym autografem sfotografować. Potraktował rękopis jako turystyczny gadżet.
W latach 70., biuro polityczne KC PZPR nakazało dyrektorowi Biblioteki Jagiellońskiej wydanie autografów Mozarta i Beethovena, które stały się prezentem Edwarda Gierka dla Ericha Honeckera. Czy rządy wolnej Polski robią podobne prezenty zagranicznym dyplomatom?
- Tak. Już za czasów, gdy byłem wicedyrektorem do spraw zbiorów specjalnych, w 2001 roku, na polecenie ówczesnego rządu, wydaliśmy Biblię Lutra, pochodzącą ze zbiorów Berlinki. Był to prezent dla kanclerza Gerharda Schroedera.
Walczył Pan o zatrzymanie Biblii Lutra?
- Te sprawy są ponad nami. Zbiór berliński jest własnością skarbu państwa, a my go tylko przechowujemy. Mamy wszelkie prawa do dysponowania nim na terenie biblioteki, ale właścicielem jest skarb państwa. Robimy wszystko, by zbiór ten był właściwie przechowywany, konserwowany, opracowywany i udostępniany. Dwa lata temu powstał katalog Piotra Tylusa rękopisów starofrancuskich, opracowywane są rękopisy tybetańskie. Jesteśmy animatorami, zachęcamy środowiska naukowe, by chciały opracować poszczególne działy. Bo bez poznania dokładnej zawartości zbiorów nie można prowadzić poważnych badań naukowych.
Czy marzył Pan o kierowaniu tak ważną biblioteką w kraju?
- Nie. Takie myśli nigdy mi nie przychodziły do głowy. Chciałem po prostu spokojnie pracować w zaciszu biblioteki. Zacząłem od Oddziału Magazynów i Wypożyczalni, by w maju 1981 roku trafić do Oddziału Rękopisów w Jagiellonce, gdzie spędziłem 18 lat. Dzięki temu poznałem wspaniałych ludzi i wspaniałe zbiory. Podobało mi się, że można pracować z autografami wybitnych ludzi. Fascynowało, że można czytać cudze listy - bez grzechu. Pracując przy rękopisach czy starych drukach, trzeba codziennie się uczyć, poznawać coś nowego i mieć zakorzenioną w sobie ciekawość świata. Identyfikacja, rozszyfrowywanie podpisów na listach jest niezwykle fascynująca. To takie badawcze i śledcze sudoku.
Jakie było Pańskie najciekawsze odkrycie tego typu?
- Gdy udało mi się znaleźć potwierdzenie, że królewicz Władysław Zygmunt Waza, późniejszy Władysław IV, w czasach swej podróży na zachód Europy w latach 1624-1625, używał nazwiska Snopkowski, czyli jechał incognito jako polski szlachcic, gdyż podróżowanie w królewskim orszaku było uciążliwe. To odkrycie to oczywiście drobiazg, nie zmienia nic w historii, niemniej bardzo cieszy.
Czy przeglądaniu papierów, dokumentów mogą towarzyszyć emocje?
- Jak najbardziej. Pamiętam, jak w rękopisach mieliśmy depozyt. Nie był, jak inne, zapakowany w papier, ale w metalową, zalutowaną skrzynkę. Nie wiedzieliśmy, co tam jest. Gdy tylko upłynął termin depozytu i skrzynka przechodziła na własność Biblioteki Jagiellońskiej, z wielkimi nadziejami otworzyłem ją, niczym puszkę do konserw. Myślałem, że są tam niezwykłe skarby, tymczasem okazało się, że były to zaproszenia na rauty, menu z rautów, plan stołu, gdzie kto siedział, wizytówki. Byłem zawiedziony. Ale gdy emocje opadły, po uporządkowaniu tych papierów stało się jasne, że to wyśmienity zbiór, pokazujący życie codzienne sfer dyplomatyczno-ministerialnych przedwojennej Polski. Teraz bardzo często jest pokazywany na wystawach.
A co najbardziej cieszy Pana jako dyrektora?
- Przede wszystkim pozyskanie nowych cennych eksponatów. Ostatnio udało nam się wzbogacić o archiwum rodzinne Pawlikowskich, spuściznę rękopiśmienną Wiktora Weintrauba, papiery Eugeniusza Kwiatkowskiego i wiele innych drobniejszych oraz cenne depozyty, składające się ze starych druków. Staramy się także, aby biblioteka jak najlepiej wyglądała. Właśnie kończy się remont. Od 18 maja jest czynna czytelnia główna. Zabrakło nam niestety pieniędzy na odnowienie starych mebli, z lat 30. fascynuje też codzienna praca nad utrzymaniem funkcjonalności biblioteki, aby czytelnicy nie czekali długo w kolejkach. Teraz można już książkę zamówić przez internet i pozycja będzie na czytelnika czekać. W najbliższym czasie uruchomimy jeszcze Jagiellońską Bibliotekę Cyfrową, czyli część zbiorów zostanie udostępniona w internecie. Ciągle pozyskujemy nowe bazy danych, w tym dla nauk humanistycznych.
W lipcu minie 30 lat, od kiedy pracuje Pan w Bibliotece Jagiellońskiej. Jak Pan ocenia ten czas?
- Jestem zadowolony. Bardzo mi odpowiada ten rodzaj pracy. Mam nadzieję, że jeszcze wiele uda mi się zrobić dla Biblioteki Jagiellońskiej. A później przyjdą młodsi, którzy będą mieli nowe wyzwania. Niczego, co zrobiłem w życiu, nie żałuję.
Jaki był najbardziej radosny i tragiczny moment w Pańskim życiu zawodowym?
- I radosny i tragiczny był jeden moment: gdy w 1999 roku, w smutnych okolicznościach dla Biblioteki Jagiellońskiej, zostałem wicedyrektorem do spraw zbiorów specjalnych. Dla mnie był to gorzki uśmiech losu. Zostałem mianowany po największej kradzieży w historii naszej placówki, gdzie łupem złodziei padło 59 bardzo cennych pozycji, z których zaledwie 21 udało się odzyskać. Z pozostałymi do dziś nie wiemy, co się dzieje; sprawa nadal jest nie rozwiązana, a my nie potrafimy sobie wyobrazić, jak z dobrze zabezpieczonych magazynów złodzieje wynieśli cenne eksponaty. Przez trzy pierwsze lata byłem gończym psem, który jeździł po Europie wraz z profesorami Pirożyńskim i Szczurem, tropiąc skradzione eksponaty. Nie było to łatwe, towarzyszył temu stres i pośpiech, np. Komedie Plauta udało się przechwycić na godzinę przed aukcją.
Jakie uczucia towarzyszyły tym podróżom?
- Nieraz mocniej nam biły serca, gdy okazało się, że znaleźliśmy nasze dzieła. Inkunabuł Bessariona wyceniony przez antykwariusza niemieckiego Reissa na 60 tys. marek, sprzedany za ponad 700 tys., znalazł się w Londynie. Przyjeżdżamy z prof. Pirożyńskim na identyfikację i oglądamy inkunabuł. Reiss twierdzi, że to nie jest nasz egzemplarz. Mamy ze sobą zeskanowane kopie. Pierwszy dowód zgadza się. Drugi, zgadza się. Po trzecim dowodzie właściciel antykwariatu Bernard Quaritch LTD Lord Parmoor mówi: "Nie mam żadnej wątpliwości, to z waszej biblioteki". Radość nas ogarnia ogromna, a jednocześnie rozpacz, bo nie możemy zabrać odnalezionego inkunabułu do teczki, tylko musimy rozpocząć długą procedurę: najpierw obiekt zostaje zajęty przez Scotland Yard, potem podczas procesu sądowego musimy udowodnić, że inkunabuł jest naszą własnością, itd.
A gdy obiekt wraca....
- ... kładziemy go na to samo miejsce. Bo miejsce zawsze jest i czeka puste.
Rozmawiała Agnieszka Malatyńska-Stankiewicz

Prof. dr hab. Zdzisław Pietrzyk

Absolwent Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Kielcach, doktorat obronił na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, w 1989 roku, habilitację zaś uzyskał na Wydziale Historycznym dziesięć lat później. Tytuł profesora otrzymał trzy lata temu. Prowadzi badania w zakresie historii kultury XVI-XIX wieku, historii Kościoła i radykalnej reformacji oraz edytorstwa źródeł. Jest autorem 250 publikacji, w tym m.in.: "Listy Władysława Sikorskiego do Władysława L. Jaworskiego i Prezydium Naczelnego Komitetu Narodowego (1914-1919)", "Wykształceni synowie chłopscy w Małopolsce w epoce późnego Odrodzenia", "Zawsze byłem Żydem dla Polaków i Polakiem dla Żydów. Listy Marka Wajsbluma do Stanisława Kota z lat 1927-1961", "W kręgu Strasburga. Z peregrynacji młodzieży z Rzeczypospolitej polsko-litewskiej w latach 1538-1621". Prowadzi zajęcia w Instytucie Informacji Naukowej i Bibliotekoznawstwa UJ.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie