Bezpiecznie jak w Nowym Jorku

Redakcja
Jak to się robi w Ameryce (1)

ZBIGNIEW BARTUŚ

ZBIGNIEW BARTUŚ

Jak to się robi w Ameryce (1)

Ciągną tu pielgrzymki z całego świata. Ministrowie sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, politycy wyspecjalizowani w kwestiach bezpieczeństwa, burmistrzowie, szefowie policji... Wszyscy chcą wiedzieć, "jak Giuliani to zrobił".

 "Przedwczoraj na rogu mojego domu zasztyletowano człowieka. Leżał na chodniku dwie godziny, bo nikt nie wezwał policji. To już trzeci trup w okolicy w ciągu dwóch miesięcy. Wieczorem nikt normalny z mieszkania nie wychodzi, chyba samobójca. W ciemnych zaułkach ulicy bezwstydne kobiety zaczepiają przechodniów. Fabryki rozpusty, a są ich tu dziesiątki, jak nie setki, pracują na całego. Strzelaniny, bomby, narkotyki, gangi. Policja jest bezradna" - list tej treści nadszedł dziewięć lat temu od dalekiej ciotki Naszki, która miała (nie)przyjemność mieszkać pośrodku Manhattanu, w starym budynku nieopodal skrzyżowania Siódmej Alei ze słynącą z przybytków rozpusty Ulicą 42. Teoretycznie nie była to zła dzielnica. Kamienicę ciotki dzieliło parę kroków od monumentalnego Empire State Building czy Times Square, na którym nowojorczycy witają Nowy Rok. Siódma Aleja krzyżuje się tu z Broadwayem, słynącym na całym świecie z najlepszych teatrów. Ale rejon ten nie cieszył się dobrą sławą - przynajmniej od lat 30., gdy okoliczne apartamenty upatrzyli sobie na siedziby słynni gangsterzy i gdy szefowie półświatka zaczęli inwestować grube pieniądze w kolejne - jak to się u nas teraz nazywa - "salony masażu" i "agencje towarzyskie", a w następnych latach - w kina i księgarnie "dla dorosłych". Wojny policji z porno- -biznesem w latach 60., 70. i 80. nie przyniosły efektów. - To było największe siedlisko i jedna z głównych wylęgarni patologii i wszelkiej przestępczości - mówi Eric Hatzimemos z Biura Burmistrza Nowego Jorku ds. Zwalczania Przestępczości.
 Hatzimemos od kilku lat pracuje dla Rudolpha W. Giulianiego, którego nowa strategia bezpieczeństwa wzbudziła w połowie lat 90. wielkie kontrowersje, a którego efekty pracy są dziś chwalone niemal przez wszystkich. Nawet przez wspomnianą ciotkę Naszkę, zdeklarowaną antyrepublikankę. Ciotka miała dość życia "ze zbrodnią za płotem" i wyprowadziła się na północ, do New Haven (kilkanaście stacji koleją). Po raz pierwszy wpadła na stare śmieci latem tego roku, po siedmiu latach przerwy - po wielu namowach najbliższych przyjaciół. Wybrała się z prawnuczką na Disneyowską "Piękną i bestię" wystawianą w Lunt-Fontanne Theatre na rogu Broadwayu i 46. ulicy.
 Przeżyła szok. Dwa najbardziej rzucające się dziś w oczy obiekty w niedawnej dzielnicy zbrodni i rozpusty to wielki sklep Disneya z niezliczoną ilością kaczorów Donaldów, psów Pluto i Myszek Miki oraz konkurujący z nim wielopiętrowy dom towarowy oferujący króliki Bugsy, ptaśki Tweety, kaczory Duffy i inne stwory z kreskówek Warner Bros. Dookoła lśnią nowe siedziby największych wydawnictw, agencji prasowych i koncernów medialnych (Reuters, Bertelsmann, MTV...), wszystko poprzetykane dziesiątkami sklepów z elektroniką. Od ulicy 41. po 52. zachęcają widzów błyszczące neony i wielkie afisze przeżywających renesans (8 milionów widzów rocznie) teatrów Broadwayu i Off-u. Po wieczornym spektaklu można spokojnie zjeść kolację w dobrej restauracji - być może jeszcze niedawno w tym właśnie miejscu stała tania knajpka, w której bywał bohater "Nocnego kowboja"? - i wypić lampkę wina. A potem bezpiecznie, pod okiem celowo niedyskretnie obserwujących wszystko policjantów, spacerować po okolicy...
 Nikogo nie zaczepiają wyuzdane niewiasty, porno-biznesu nie widać wcale; jeśli ktoś bardzo chce, może wypatrzy (bodaj) dwa niedobitki dawnych salonów przy 42. Z witrynami obłożonymi szczelnie kartonem, zachęcają klientów cherlawymi reklamkami powieszonymi w ciemnym przejściu... Przytłoczone całkowicie neonami restauracji, sklepów, biurowców. Normalnym życiem. Na ulicach o każdej porze dnia i nocy tłum nowojorczyków i turystów z całego świata. Z małymi dziećmi, na luzie.
 - Jeszcze parę lat temu wszystko to nie byłoby możliwe. Ważne firmy nie pojawiłyby się tutaj, gdyby nie poczuły, że Nowy Jork przemienił się w najbezpieczniejsze duże miasto w USA - podkreśla Cary Tamler z Biura Burmistrza.
 Gdziekolwiek spytać - w sklepie, restauracji, koncernie czy u pucybuta - wszędzie odpowiedź jest taka sama: odrodzenie i ekonomiczny _boom _zawdzięcza miasto odmienionej policji.

Pod ostrzałem

 Kiedy w 1993 roku nowo wybrany burmistrz Giuliani ogłosił plan przemienienia Nowego Jorku w najbezpieczniejsze miasto w Stanach, mieszkańcy przyjęli to z dużą nadzieją, ale większość obserwatorów stukała się w głowę. Ów znamienny stukot nie ucichł nawet wtedy, gdy - widząc wyraźne symptomy poprawy bezpieczeństwa - w 1995 roku koncern Walta Disneya zaczął inwestować w "dzielnicy zbrodni i rozpusty" (najpierw w teatr, w którym wystawił "Króla Lwa", a potem w salon z zabawkami). Niewielki postęp w zwalczaniu zbrodni wydawał się ekspertom możliwy, ale słowa Giulianiego - i mianowanego przezeń w kwietniu 1996 r. szefa nowojorskiej policji Howarda Safira - o wielkiej rewolucji, wydawały się tanim chwytem propagandowym.
 Po trzech latach miasto mogło się jednak pochwalić blisko 40-procentowym spadkiem ciężkiej przestępczości. Dziś spadek ten sięga już 68 proc. Liczbę zabójstw udało się zmniejszyć do 667 (najmniejsza w trzydziestoleciu); na początku lat 90. odnotowywano ponad 2000 zabójstw rocznie. - Dzięki naszym wynikom całe Stany mogą się cieszyć znacznym spadkiem przestępczości - podkreśla Howard Safir. Nazajutrz po tej wypowiedzi, 8 sierpnia, Safir zrezygnował z pracy w policji, przyjmując lukratywną funkcję konsultanta w firmie mającej 1,7 mld dol. przychodów rocznie. Odszedł w chwale, choć część obrońców praw człowieka ma na ten temat inne zdanie.
 W ciągu ostatnich pięciu lat polityka Giulianiego była szeroko omawiana w światowych mediach (również na naszych łamach); jego strategie (1994 Strategic Policy Statement, 1997
Goal Oriented Neighborhood Policing) stały się wzorcem dla programów bezpieczeństwa publicznego wielu miast na całym świecie. Giuliani został pupilem polityków prawicy i centroprawicy. Równocześnie lewicowcy z lubością nagłaśniali wszelkie wpadki nowojorskiej policji, twierdząc, że "do tego właśnie prowadzi prawicowy zamordyzm".
 Liberalny a niezwykle wpływowy i opiniotwórczy "New York Times" sugerował wielokrotnie, że Giuliani buduje w Nowym Jorku coś na kształt państwa policyjnego. - Atakowały nas media i dziesiątki organizacji praw człowieka - wspomina Cary Tamler z Biura Burmistrza koordynującego pracę policji. - Zarzucano nam brutalność. Naruszanie wolności obywatelskich. Rasizm. Wokół każdego przypadku patologii w nowojorskiej policji, np. brutalnego pobicia Afroamerykanina, urządzano spektakl, w którym policjanci odgrywali rolę już nawet nie oskarżonych, ale od razu skazanych. Więc ja ze sporą satysfakcją czytam tych kilka ciepłych zdań na temat efektów naszej pracy, jakie pomieścił dziś (_3 sierpnia br. - przyp. ZB) "New York Times" w swym dodatku miejskim.
 Wyżsi rangą policjanci w Nowym Jorku żartują, że Giuliani zawdzięcza sukces prostemu zabiegowi administracyjnemu, a właściwie... statystycznemu.
- Zamiast rozliczać szefów poszczególnych komórek z liczby zatrzymanych i aresztowanych, Giuliani kazał oceniać ich za ogólny spadek przestępczości w ich rejonach - mówi jeden z dowódców policji mundurowej na Manhattanie. - _To się niektórym wydało niesprawiedliwe: mówili, że policja nie ma bezpośredniego wpływu na liczbę przestępstw, a jedynie na liczbę wykrytych i ujętych sprawców. Kto tak myślał - musiał odejść. Przyszli nowi, dynamiczniejsi. Ci zaczęli główkować: jak tu naprawdę zmniejszyć przestępczość?
 - Fundamentem sukcesu stało się - słynne już w świecie - założenie, że energia policjantów winna być skierowana na zwalczanie drobnej przestępczości - podkreśla Eric Hatzimemos. - To ta właśnie, pozornie mało uciążliwa, przestępczość - prostytucja, graffiti, drobne kradzieże w sklepach i na ulicach, prowadzenie auta po pijanemu, a nawet przechodzenie przez ulicę w niebezpiecznych miejscach - tworzy idealny klimat dla wzrostu ciężkiej przestępczości. Dla gangów, handlarzy narkotyków, morderców z bronią w ręku.
 To ona doprowadziła do degradacji Nowego Jorku. To przez nią w mieście było tak niebezpiecznie. Bo ludzka wrażliwość dla występku i zbrodni stępiła się. Bo zbyt dużo było tolerancji dla wykroczeń przeciwko prawu. Powiedzieliśmy: zero tolerancji dla tych, co łamią prawo. Jakiekolwiek prawo. Ścigajmy malarzy graffiti, pijanych kierowców i ludzi zaśmiecających miasto z takim samym samozaparciem i taką samą surowością, jak wcześniej ścigaliśmy handlarzy narkotyków. Niech nieuchronność kary za złamanie prawa stanie się faktem. Wtedy prawo będzie prawem.
 - Wcześniej policja skupiała się niemal wyłącznie na ciężkich zbrodniach - _przypomina Cary Tamler. - _Drobne przestępstwa były w praktyce ignorowane. Jakieś graffiti? Publiczne picie piwa? Wybicie szyby na klatce schodowej? Wszystko to nie było godne uwagi normalnego policjanta. Sprawców nawet nie próbowano ścigać.
 - Szybko przekonaliśmy się, że zwalczając intensywnie drobną przestępczość, osiągamy znaczny spadek liczby ciężkich przestępstw - _kontynuuje Hatzimemos. - _Wprowadziliśmy więc komputerowy program monitoringu drobnej przestępczości w poszczególnych dzielnicach - umieszczaliśmy w bazie danych dosłownie wszystkie przypadki łamania prawa. W miejsca, gdzie dochodziło doń najczęściej, wysyłaliśmy kolejnego aktywnego policjanta (trzeba było wcześniej zreorganizować pracę Departamentu Policji, aby efektywność wykorzystania czasu funkcjonariuszy i ruchliwość patroli była znacznie większa). Mieszkańcy szybko przekonali się, że każdy przypadek złamania prawa jest traktowany poważnie. Policjant zdobywał zaufanie, wciągał do współpracy przedstawicieli lokalnej społeczności.
 W ciągu siedmiu lat liczba policjantów wzrosła z 32 do blisko 40 tysięcy. Dzięki temu udało się obstawić i spacyfikować najniebezpieczniejsze dzielnice. Giuliani ma na to pieniądze. W bezpieczniejszym mieście rosną ceny nieruchomości, rozwija się biznes. Miasto, mimo stałego obniżania podatków, zarabia krocie. Wydaje je nie tylko na policję, ale - ostatnio przede wszystkim - na edukację dzieci.
 Policji nowojorskiej wielokrotnie zarzucano stosowanie brutalnej przemocy, politykę zastraszania społeczeństwa - nie tylko przestępców, ale wręcz wszystkich - w imię sztywnego egzekwowania prawa. Sam Giuliani był i jest oskarżany o stosowanie kryteriów rasistowskich. Mówiono o "hipokryzji władzy", gdy na okładce ostatniej strategii dla miasta ukazało się zdjęcie burmistrza w otoczeniu rozradowanych czarnych dzieci. Sprzeciw wywołały niektóre drastyczne rozwiązania prawne zastosowane w Nowym Jorku, m.in. przepis pozwalający na konfiskowanie samochodów pijanym kierowcom. W najświeższym raporcie "Działalność policji i prawa obywatelskie w Nowym Jorku", przygotowanym przez Komisję Stanów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka, wiele zachowań i praktyk nowojorskich policjantów poddanych zostało druzgocącej krytyce.
 W odpowiedzi ludzie Giulianiego zmieszali raport z błotem, udowadniając - za pomocą konkretnych danych - że jest on "niemerytoryczny, pełen uprzedzeń" i "jako dokument rządowy budzi zażenowanie". - Na początku urzędowania burmistrza, w latach 1993-95, zwiększyła się liczba skarg na brutalność policji, ale od tego czasu lawinowo maleje - komentuje Cary Tamler. - W zeszłym roku mieliśmy mniej niż 4 tys. skarg. W 7,5-milionowym mieście, do którego przyjeżdża codziennie kilka milionów gości... nowojorscy policjanci używają broni rzadziej niż funkcjonariusze w jakimkolwiek innym dużym mieście. Od 1990 roku liczba tego typu przypadków spadła o połowę przy wzroście rzeszy uzbrojonych policjantów o 38 procent...

Jak obywatel z policjantem

 Krytykujący Giulianiego obrońcy praw człowieka często przeciwstawiają metody stosowane przez nowojorską policję działaniom stróżów prawa z leżącego na drugim wybrzeżu San Diego. Mówią w tym kontekście o... policji obywatelskiej.
 - W ciągu ostatnich pięciu lat nastąpił wielki przewrót w myśleniu społeczeństwa o sprawach bezpieczeństwa publicznego - wyjaśnia Misty Medina z Wydziału Prewencji Policji w San Diego. - Przeciętni ludzie przestali tolerować patologiczne zjawiska w swoim otoczeniu, np. prostytucję. Kiedyś przechodzili obok niej obojętnie. Zaczęli sobie zdawać sprawę, że takie zjawiska stwarzają warunki dla rozwoju przestępczości. Że ich obojętność dodaje skrzydeł bandytom. Więc lokalne społeczności - aktywnie jak nigdy - włączyły się w zwalczanie patologii na swym terenie. U nas, na każdym osiedlu, ok. 50-osobowe grupy mieszkańców spotykają się z przedstawicielami policji kilka razy w miesiącu, by porozmawiać o najważniejszych problemach. W ponadmilionowym mieście każde osiedle żyje innymi problemami, policjanci muszą więc być bardzo elastyczni i dobrze zorientowani w lokalnej problematyce.
 Stróże prawa w przygranicznym San Diego, tętniącym życiem 24 godziny na dobę, najeżdżanym codziennie przez dziesiątki tysięcy turystów i robotników, nie mają lekko. W samym tylko śródmieściu (jeden z ośmiu rejonów miasta) przebywa na stałe 70 tysięcy ludzi mówiących 33 językami. I właśnie w tymże śródmieściu policjanci odnotowali największy w tym stuleciu sukces w zwalczaniu przestępczości. - Spadek we wszystkich grupach przestępstw jest kilkudziesięcioprocentowy - Fiona Greenhalgh z policyjnego Wydziału Analiz Kryminalistycznych pokazuje raporty z ostatnich lat. - W zeszłym roku w całym mieście, szturmowanym przez rzesze nielegalnych imigrantów, leżącym na szlaku gangów narkotykowych, mieliśmy 45 zabójstw. W tym roku mamy 20. Dla porównania, w sąsiadującej z nami, znacznie mniejszej, meksykańskiej Tijuanie w ciągu sześciu miesięcy zanotowano ponad 200 morderstw...
 - Ten sukces to efekt nie tylko nadzwyczajnej aktywności policji, ale przede wszystkim tego, że udało nam się wciągnąć do współpracy lokalne społeczności - komentuje Misty Medina.
 W tej chwili o bezpieczeństwo publiczne w San Diego dbają nie tylko 2 tysiące policjantów, ale i ok. tysiąc wolontariuszy (część z nich zatrudniają prywatne firmy) i drugie tyle cywilów na osiedlach. Funkcjonariusze działają też w szkołach (zwłaszcza zagrożonych narkomanią i działalnością gangów), a także przy dzielnicowych centrach usług socjalnych. Te ostatnie są - teoretycznie - odpowiednikiem polskich ośrodków pomocy społecznej, ale w rzeczywistości... Ich działalność nie polega na wypłacaniu zasiłków (- Do tego wystarczy jedna kasjerka - komentuje sierżant Albert Guaderrama, dzielnicowy z niebezpiecznego niegdyś rejonu Golden Hill), ale na "dawaniu wędki". Rodziny zagrożone degradacją społeczną stają się obiektem zainteresowania ośrodka i otaczane są z miejsca wszechstronną opieką wykwalifikowanych pracowników: kiedy przeszkodą w rozwoju jest brak wykształcenia, oferuje się im kursy gwarantujące znalezienie zatrudnienia, kiedy problemem jest alkoholizm bądź przemoc w rodzinie, wkraczają specjaliści w tej dziedzinie. - To nie jest jakiś zamordyzm - śmieje się Salam Hasenin, kierownik ośrodka w Golden Hill. - To jest tylko stała, delikatna, ale jednak zdecydowana presja lokalnej społeczności: "jesteś na bakier z prawem, rodziną, pracą, społeczeństwem - zmień się, my damy ci szansę".
 W San Diego około 150 przeróżnych organizacji non-profit _pomaga "ludziomna bakier" _- i ich rodzinom -znaleźć swoje miejsce w społeczeństwie. Jedną z takich organizacji jest - założona przez Czarnych - Urban League wspierająca b. więźniów, imigrantów, mniejszości. Obrazki z jej siedziby, dobrze wyposażonej dzięki darowiznom (m.in. działających w mieście japońskich firm elektronicznych), wprawiłyby większość Polaków w osłupienie. Obok salki językowej, w której kubańska lektorka uczy angielskiego opatulone w chusty Somalijki, szóstka czarnych mężczyzn, którzy właśnie opuścili więzienie, poznaje tajniki sieci komputerowych.
 - Kto powiedział, że facet, który wyszedł z więzienia, musi wykonywać jakieś podłe prace? A dlaczego, jeśli jest wystarczająco pojętny, nie miałby zostać administratorem sieci informatycznej? Mamy na rynku pracy duże zapotrzebowanie na administratorów i w ogóle informatyków. Więc ich szkolimy. Ci, którzy dają nam pieniądze, nigdy nie pozwoliliby na szkolenie ludzi w zawodach bezużytecznych czy inne nieskuteczne__działania - podkreśla Al Hawkes, zarządzający ośrodkiem UL.
 Dzielnicowe centra usług socjalnych współpracują z wszelkimi podobnymi organizacjami. Mają stamtąd aktualne informacje. Dzięki temu łatwiej o diagnozę sytuacji w poszczególnych rejonach i szybką, skuteczną pomoc lub interwencję.
 - To jest klucz do całej sprawy. Im mniej jest wokół nas "ludzi na bakier", tym my wszyscy jesteśmy bezpieczniejsi - komentuje Fiona Greenhalgh. Ona prywatnie także woli uczestniczyć nawet w setkach programów prewencyjnych niż ścigać z bronią bandytów.
 - To dobre dla Hollywood - wskazuje w kierunku pobliskiego Los Angeles. - A my tu ostro pracujemy na święty spokój.

Bezpieczeństwo, czyli dobry biznes

 - Metody nowojorskie? - Walter F. Derrick, zastępca szefa policji w Atlancie, waha się, czy można tak określić to, co robią w swoim mieście. - Owszem: przestaliśmy tolerować drobne przestępstwa. Owszem: poprzez przykręcenie śruby drobnicy, zanotowaliśmy znaczny spadek ciężkiej przestępczości i wielki wzrost wykrywalności sprawców. Ale robimy to po swojemu.
 Program policji w Atlancie to coś między metodami rodem z Manhattanu a "obywatelską strategią" policji w San Diego. Efekt: 40-procentowy spadek przestępczości w ciągu ośmiu lat.
 - Jest pewien stereotyp nowojorskiej policji. Że niby w Atlancie i San Diego współpracują z obywatelami, a u nas jest polityka strachu. Bzdura - złości się Cary Tamler z Biura Burmistrza Giulianiego. - Ja powtarzam: cały nasz sukces polega na tym, że my współpracujemy z lokalnymi społecznościami.
 Jeszcze w latach 80. policja próbowała usunąć seks-biznes z okolic Times Square - bezskutecznie, bo zaangażowanie okolicznych mieszkańców w tę akcję było nikłe. Władze miejskie załamywały ręce - potencjalnie najlepsza dzielnica schodziła na psy, oblepiona przez prostytutki obojga płci i baronów półświatka. Zamykane w wyniku zmasowanych akcji policyjnych "salony masażu" i "agencje" przemieniły się w doskonale prosperujące kina, teatry i księgarnie porno. Coraz mocniejsze narkotyki, które można było dostać na każdym kroku, sprawiły, że niemal codziennie na rogu ulicy, klatce schodowej, korytarzu, podwórku znajdowano trupa.
 Przełom nastąpił w roku 1994, kiedy coraz liczniejsze ekipy policyjne, doskonale zorientowane w terenie, nawiązały ścisłą współpracę z grupami sąsiedzkimi. W rejonie 42. ulicy, między Dziewiątą i Siódmą Aleją, mieszkańcy wielokrotnie demonstrowali, zniechęcając potencjalnych klientów przybytków rozpusty. Zmobilizowani przez nich policjanci nękali i prostytutki, i ich szefów, i korzystających z usług. Społeczne patrole pospołu z policją - zgodnie z hasłem Giulianiego - "zaczęły odzyskiwać swoje dzielnice, ulice i kamienice". Szybko dołączyli do nich okoliczni biznesmeni: wynajęli kilkudziesięciu ochroniarzy patrolujących okolicę i - dodatkowo - drugie tyle sprzątaczy dbających o to, by niedawny rynsztok USA stał się bodaj najczystszym miejscem na Manhattanie...
 Zniechęceni szefowie
porno-biznesu zaczęli się wynosić z wyspy. Ozdrowieńczą emigrację przyspieszyła Rada Nowego Jorku, uchwalając, że wszelkie miejsca rozpusty nie mogą się znajdować bliżej niż 150 metrów od kościołów, szkół i... budynków mieszkalnych. Na wręcz przesadnie zurbanizowanym Manhattanie oznacza to: nigdzie. Obrońcy wolności odwołali się do sądu. Bezskutecznie. Rozpoczęła się wielka eksmisja. Rejon Times Square awansował do pierwszej piątki najbardziej pożądanych - i najdroższych - miejsc świata. Wiele starych kamienic wyburzono, część zawaliła się sama. W ich miejscu zaczęła powstawać całkiem nowa rzeczywistość.
 Zwiększył się ruch turystyczny na Manhattanie, coraz więcej firm pragnie tu zainwestować. Ceny nieruchomości poszybowały w górę. Jeszcze szybciej rosną zyski tych, którzy zdecydowali się tu ulokować biznes. Wszyscy oni błogosławią Giulianiego. Utożsamiany często z wpływowymi organizacjami żydowskimi "New York Times" często krytykował burmistrza; ale niemal sto procent nowojorskich Żydów - od biznesmenów, ludzi show-biznesu, prawników po sklepikarzy - popiera Giulianiego. Dzięki poprawie bezpieczeństwa przeżywają hossę.
 - W zeszłym roku wypadliśmy z pierwszej setki niebezpiecznych miast USA, przestępczość na głowę mamy mniejszą niż prowincjonalne ośrodki. To czuć na każdym kroku - podkreśla Cary Tamler.
 Do Nowego Jorku ciągną pielgrzymki z całego świata. Ministrowie sprawiedliwości i spraw wewnętrznych, politycy wyspecjalizowani w kwestiach bezpieczeństwa, burmistrzowie, szefowie policji... Wszyscy chcą wiedzieć, "jak Giuliani to zrobił". - Gościliśmy tu niedawno wojewodę od was... - wspomina Cary Tamler. (- Marka Kempskiego ze Śląska - podpowiadam). - Był wyraźnie zafascynowany działaniami burmistrza Giulianiego. Mówił, że chce je powtórzyć na Śląsku, gdzie podobno sytuacja jest podobna, jak u nas kilka lat temu. Mówił o problemach. Ponoć polskie prawo nie zezwala na niektóre posunięcia. Wspominał o staraniach grupy polityków, by zaostrzyć kodeks karny (_chodzi o projekt Lecha Kaczyńskiego, który już po wyjeździe Kempskiego ze Stanów został ministrem sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka - przyp. ZB). Chcę jednak z całą mocą podkreślić, że jakkolwiek odpowiednie regulacje prawne są bardzo ważne, w Nowym Jorku nie osiągnęlibyśmy sukcesu, gdyby nie zmiany w mentalności społeczeństwa i - związane z nimi - ożywienie lokalnych społeczności, ich ścisła współpraca z policją.
 
- My mieliśmy kiedyś ORMO... - żartuję, wybuchając śmiechem. - Starszemu pokoleniu kojarzy się ze służalczością wobec podłej władzy, donosicielstwem, postawą wręcz aspołeczną.
 
- Rozumiem, że pewne normalne w demokracji inicjatywy obywatelskie zostały u was wypaczone i skompromitowane przez komunistów, ale... - Cary Tamler poważnieje. - _Nie ma rady. Musicie do nich wrócić. Inaczej możecie w nieskończoność zaostrzać przepisy, a i tak nie osiągnięcie sukcesu.

ZBIGNIEW BARTUŚ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie