Blizny i peruki

Redakcja
-Jest płyn, który marszczy twarz, ale i taki, który odmładza. Czemu go nie używamy na co dzień? Bo jednak nie jest obojętny dla skóry. Janka Nowickiego odmładzałam do filmu o Edycie Stein... - mówi Krystyna Zięć, zajmująca się charakteryzacją. I od razu wyjaśnia, że to ciężka praca, acz teraz zdecydowanie łatwiejsza; firmy specjalizujące się w robieniu kosmetyków do charakteryzacji mają wszystko - płyny do postarzania skóry i odmładzania, ciałka do blizn, żył na rękach, ran ciętych; samych rodzajów krwi jest 15 - ta, co się leje, co zakrzepła, inna, gdy rana jest stara... Bo kamera wszystko wyłapie. - Materiały są rewelacyjne, i to takie, które nie szkodzą skórze twarzy. Trzeba tylko pomysłu - dodaje pani Krystyna.

Zza kulis sceny

   W tymże filmie Marty Meszaros robiła też Janowi Nowickiemu dużą szramę na policzku idącą poprzez oko. W filmie to musi być majstersztyk, taśma jest czuła ogromnie. A pracując przy tym filmie, długo budziła Polka nieufność Włochów i Francuzów, którzy nie wierzyli, że jedna osoba potrafi wszystko. I przekonywała ich do siebie. Bo polski charakteryzator, w przeciwieństwie do tych z Zachodu, robi wszystko: blizny, rany postrzałowe, peruki, brody, czesze, maluje, musi znać się na charakteryzacji z epoki...
   I tego uczyło, istniejące do 1981 roku w Warszawie, 5-letnie Technikum Charakteryzacji Filmowo-Telewizyjnej. A potem miała Krystyna Zięć praktykę w Teatrze im. J. Słowackiego, i była krótko w Bagateli (- Teatr jest nieciekawy, tam aktorzy charakteryzują się głównie sami...), aż trafiła do krakowskiego Ośrodka TVP, gdzie pracowała do 1996 r. To były czasy wielkich spektakli Teatru Telewizji, zatem poznała niemal wszystkich aktorów Krakowa, wielu spoza - Olbrychskiego, Szapołowską, Łomnickiego...
   Charakteryzator, jak podkreśla, musi być i psychologiem, by wejść we wnętrze aktora, i oczywiście kochać teatr. Pojawia się bowiem już na etapie czytania tekstu, by ze scenariusza wyłowić to, co istotne, a potem po rozmowach z reżyserem, kostiumologiem, scenografem, ostatecznie pracować z samym aktorem. Opowieści z planu mogłaby pani Krystyna snuć wiele - te zabawne, i te jak z horroru, gdy np. Janowi Fryczowi jako Edypowi musiała wykłuć oczy i zalać je krwią. Albo gdy podczas kręcenia w plenerze Makbeta grająca jedną z Wiedźm Bożena Adamek szła z bielmem na oczach (nałożone jak szkła kontaktowe) faktycznie nie widząc i pozostawiona na chwilę przez obsługę wpadła do jeziora. A było minus 5 stopni.
   - Jak się kocha ten zawód, to wiele wyobraźnia podpowiada, a przede wszystkim chce się tak zmienić aktora, by on się świetnie czuł w tej nowej skórze - dodaje pani Krystyna. Oczywiście wyobraźnia i najlepsze środki to ledwo początek. Reszta to kwestia zdolności charakteryzatora. Bo trzeba nie tylko precyzyjnie wiedzieć, ile nałożyć owego roztworu do postarzania skóry (w zależności, jak bardzo mam być stara), ale i później, gdy on zaschnie i ją pomarszczy, trzeba jeszcze dysponując zestawem palet, umiejętnie ją domalować. A kolejnego dnia trzeba idealnie odtworzyć ów stan, do czego służą tzw. script, panie, które dokumentują plan zdjęciowo, a i na monitorze sprawdza się ostatnie zdjęcia z poprzedniego dnia, by np. blizna była idealnie tak samo głęboka.
   Wiele satysfakcji dały też pani Krystynie przed laty spektakle Andrzeja Maja, w których m.in. Anna Dymna, Tadeusz Huk i Jerzy Trela recytowali wiersze i do każdego z nich aktor musiał mieć na twarzy i szyi wymalowaną postać, o jakiej mówił poeta. Malowało się je godzinami.
   Żmudna jest praca przy perukach. Muszą być to prawdziwe włosy, które na specjalnej siateczce szydełkiem tka się, biorąc po dwa, trzy włosy. Trwa to miesiąc. Wąsy i brody także robi się z normalnych włosów, tylko wcześniej trzeba je specjalnie tresować.
   Lubiła pani Krystyna pracę epokową, czyli dostosowanie aktora do danej epoki; tak było np. z Jerzym Antczakiem i Jadwigą Barańską przy Damie Kameliowej.
   W ostatnich latach, poza współpracą z telewizją i filmem, Krystyna Zięć prowadzi profesjonalne studio makijażu i charakteryzacji. Przychodzą panie przed ślubem, ale też panowie w czasie karnawału chcący się przerobić na Drakulę albo... Oto dwaj 30-latkowie zechcieli być staruszkami. Mając postarzone twarze, ręce, ponakładane na nich żyły, tupeciki na głowie, we flanelowych koszulach, z laskami zasiedli w lokalu, grając w szachy. A wokół znajomi. I nie zostali rozpoznani nawet przez żony. Wrócili zachwyceni. - Oni mieli pomysł, ja go zrealizowałam - mówi pani Krystyna i czuje się, że i jej ta maskarada przyniosła wiele radości.
WACŁAW KRUPIŃSKI

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie