Bohemian Rapsody

Redakcja
Będzie to ballada o ludziach niezwykłych, mocno kontrowersyjnych. U jednych wzbudzających uśmiech przyjaznego politowania, wywołujący odruch braterskiej życzliwości i wyrozumiałości. U innych powodujących skoki adrenaliny, wybuchy złości, skargi na losową niesprawiedliwość, która tak naprawdę wywołana bywa poczuciem własnego niespełnienia, najzwyczajniejszej bezinteresownej zawiści.

Daniel WEIMER

   Opowieść o ludziach, którzy choć żyli niespecjalnie długo, to jednak ponad miarę intensywnie. Obracających się w swoim hermetycznym, wyimaginowanym, czarownym świecie. Otoczonych sztuką, wytworami ludzkiego intelektu, ponad strawę codzienną przedkładających kontakt ze sztuką, z podobnymi im osobnikami. Zacietrzewionych w prowadzonych z pasją polemikach. I, nie ma co owijać w bawełnę, których nieodłącznym towarzyszem codziennej egzystencji był alkohol. Spożywany w najprzeróżniejszych konfiguracjach, miejscach i okolicznościach. Czasem w ilościach nadmiernych. Ale służący nie jako środek do klasycznego "nasmarowania się", lecz jako antidotum na niemożność pogodzenia się z tym nie zawsze najsprawiedliwszym ze światów, przyspieszający i wyostrzający bezpośredni kontakt ze wspomnianą sztuką. O ludziach, co nie ulega najmniejszej wątpliwości, bez których nasz Nowy Sącz o ileż byłby uboższy.
   Będzie to więc ballada o ludziach, nad którymi unosił się (czas przeszły jest w tym wypadku niestety okrutnie niezbędny) czarowny klimat artystycznej bohemy.
   Zenek Stramski, Zbyszek Grodkowski, Piotrek Sus, Staszek Wysowski, Artek Smoleń, Jacek Gernand. W takiej bodaj kolejności w latach 80. (z dwoma wyjątkami) opuszczali ten świat.
   Cofnijmy się więc w czasie i wspomnieniach o lat kilkanaście, umawiając się, że znajdujemy się w jednej z szacownych sądeckich instytucji, wokół której wartko toczyło się życie naddunajeckiej cyganerii...
   Wergiliuszem autora po owych wyznaczanych muzami ścieżkach będzie najwybitniejszy bodaj sądecki poeta, filmoznawca, człek dorastający u boku wspomnianych mistrzów, Marek Basiaga.

Zenek

Stramski:

aktor

   Któregoś dnia, na kilka lat przed śmiercią, nucąc pod nosem swój ukochany motyw muzyczny Maurice’a Jarra z "Doktora Żywago", zwrócił się do mnie Zenek z prośbą o finansowe wsparcie. Zbliżał się koniec roku, zatem czas, na który przypadały nie tylko święta, ale i urodziny oraz imieniny ongisiejszego aktora. Sięgnąłem do kieszeni, wygrzebując sporą część (połowę?) miesięcznej wypłaty. Zenek rzucił okiem na gotówkę, wybuchając: - Dworujesz sobie ze mnie? Co ja za to kupię? Kawałek chleba, wiaderko węgla i kilka świńskich ogonów na zupę? Taki właśnie był: pozornie pokorny, w gruncie rzeczy jednak doskonale znający, może nawet przeceniający swą wartość. Tworzący wokół siebie atmosferę wielkości, kreujący się na sądeckiego Oliviera, Gielguda, a przynajmniej Holoubka czy Łapickiego. Tymczasem dla nikogo nie było tajemnicą, że szczytowym aktorskim osiągnięciem Zenona Marii (tak jest!) była kreacja Gustawa w wystawianych na deskach rzeszowskiego teatru "Ślubach panieńskich" Fredry. Wystąpił również u Hoffmana na planie "Trędowatej". Z tym jednak zastrzeżeniem, że jego udział ograniczył się do "niemej" roli osobnika trzymającego konie na wodzy. Nie było jednak tak, jak tego niektórzy chcieli, że Zenek w teatrze wcielał się w postać "tego trzeciego od lewej halabardnika w czwartym rzędzie". Miał w sobie coś nieuchwytnego. Coś, co nakazywało uznanym w kraju artystom do nawiedzania go w jego sądeckiej gawrze, wspomagania finansowego i materialnego. Gościł więc Stramski tej klasy "komediantów", jak Jerzy Trela, przyjaciel z rzeszowskich czasów Zdzisław Kozień, Stanisław Jaskułka, Jan Prochyra czy August Kowalczyk. Ba, nad Dunajec zjechał, między innymi w celu spotkania się z Zenkiem, sam Milos Forman! Tuż po nakręceniu "Miłości blondynki", a przed swą emigracją do Stanów Zjednoczonych.
   Wydawało się, że przełomem w Zenkowym życiu było podpisanie kontraktu na występy w cieszyńskim "divadle". Wyjechał więc nasz bohater na zachód, gdzie rozpoczął nowe bytowanie. Poznał osobiście Helenę Vondraczkową, zakochał się, biedak, w innej artystce. Kiedy ta podała mu czarną polewkę, powrócił w swe rodzinne strony. Stroniąc od alkoholu nadal samotnie borykał się z codziennością. Był to już jednak inny Zenek. Taki bez iskry w spojrzeniu, niby pogodny, a jednak jakby czymś przygaszony. Może przewidywał nadciągający kres? Odszedł tak jak żył: nagle. Jego ciało znaleźli po dwóch dniach koledzy w jego mieszkaniu. Zmarł na zewnętrzny wylew...

Zbyszek

Grodkowski:

"pon sendzia"

   Bezwzględnie najbarwniejsza w tym różnokolorowym, tęczowym gronie postać. Ileż to anegdot narosło wobec "sędziego"... Ten zatwardziały stary kawaler swym nietuzinkowym postępowaniem aż prosił się o namalowanie swego wewnętrznego konterfektu. Z wykształcenia prawnik, z zawodu sędzia m. in. w sądzie limanowskim, z zamiłowania historyk, wielbiciel antyku i wielkich dziejowych przywódców (pies Zbyszka, kundel nad podziw pospolity, przy tym, w przeciwieństwie do swego pana, niebywale złośliwy, dumnie obnosił po podwórku imię Nabuchodonozora). Do jego ulubionych, wygłaszanych po paru "głębszych" kwestii należała następująca (tutaj Zbyszek przyjmował postać Napoleona, wspinając się na schodki z rękami splecionymi za sobą): - Aleksander Wielki nie żyje, Juliusz Cezar zasztyletowany, Bonaparte zmarł na wyspie, za Pana Wołodyjowskiego larum grają, a i ja nie najlepiej się czuję!
   Marek Basiaga: - Zbyszek zawsze będzie mi się kojarzył z eskapadą do jednego z warszawskich wydawnictw (Grodkowski był autorem naprawdę znakomitych, nigdy niestety nieopublikowanych powieści kryminalnych - przyp. d. w.). Po przyjeździe okazało się, że ulica, przy której miała owa oficyna funkcjonować, istnieje tylko w połowie. Numeracja kończyła się na 20, po czym następne cyferki biegły już od 50. A wydawnictwo miało adres: "jakaś tam" nr 34. Zdegustowani plątaliśmy się więc po stolicy, by natknąć się w pewnej chwili na znanego aktora Marka Kondrata. Ponieważ wszyscy cierpieliśmy na tzw. "syndrom dnia wczorajszego", szybciutko znaleźliśmy jakiś bar. Zbyszek zawładnął towarzystwem. Kondrat z otwartymi ustami słuchał jego wywodów. Lokal opuszczał w ciężkim szoku. Wziął sędziego za nieujawnionego dotąd geniusza z prowincji.
   Masa pysznych zdarzeń wiąże się z sędziowską praktyką Zbyszka w Limanowej. Oto dwa z nich.
   Grodkowski mocno skacowany przybywa na salę rozpraw, by rozsądzać spór o miedzę. Po kwadransie potrzeba fizyczna bierze górę. Zarządza więc półgodzinną przerwę, udając się do pobliskiego wyszynku na piwo. Zebrani na sali wstają. Nieobecność przedłuża się do dwóch godzin. Sędzia wraca wreszcie na salę. Towarzystwo, ku zdumieniu prawnika, wciąż tkwi w postawie pionowej. Kiedy ten ogłasza koniec przerwy, zwaśnieni kmiecie z ulgą opadają na siedzenia. Przez bite 120 minut stali na baczność. Nikt nie wydał przecież komendy: spocznij. A sąd to sąd. Porządek musi być.
   Zbyszek ma za zadanie określić stan umysłowy składającego zeznanie. Pyta więc innego świadka: - Jaki jest ten Kowalski? - Normalny - pada wyczerpująca odpowiedź. - To znaczy mądry? - E, nii. - To jaki, głupi? - Tyż nii. - To w końcu jaki? - A taki jak pon sendzia.
   Zbyszek zmarł po ciężkiej, wyczerpującej, długotrwałej chorobie. O jego odejściu nie wiedział dosłownie nikt z dawnych przyjaciół, znajomych. Spoczywa na heleńskim cmentarzu.

Piotrek

Sus:

120 kilo

dobroci

   Trudno było minąć go obojętnie. Bo już obiektywnych kłopotów nastręczało zwykłe ominięcie Piotra. Mierzył, bagatela 2 metry wzrostu, co przy wadze przekraczającej 120 kilo nadawało mu kształty atletycznego giganta. W tym wielkim ciele żył równie wielki duch. Duch do cna przesiąknięty dobrocią. Piekielnie utalentowany, o przenikliwym umyśle historyka, błyskotliwy. Przy tym potwornie zakompleksiony, złakniony miłości, czułości, ciepła. Garnący się do ludzi, najczęściej bezskutecznie szukający u nich zrozumienia, wsparcia. Może, właściwie na pewno, te chybione próby powodowały nawyki ucieczek w alkoholowe oddalenie. Nigdy jednak Piotr nie upijał się do cna. Miał nieprawdopodobnie silną głowę, co zważywszy na posturę, nie powinno specjalnie dziwić. W owych chwilach życiowego eskapizmu zapomnienie znajdował w książkach. Czytał dosłownie wszystko co mu w ręce wpadło. Od encyklopedii rozpoczynając, poprzez antysemickie powieści Feuchtwangera, na kryminałach (za najlepszy z nich niezmiennie uważał "Imię róży" Umberto Eco) kończąc. Po powrocie do rzeczywistości rzucał się w wir pracy zawodowej (prowadził maleńkie, prywatne archiwum), by zarobione dzięki niej pieniądze wydać wkrótce na kilkudniowe włóczęgi po ukochanych górach. Tam, na szlaku, w bezpośrednim kontakcie z naturą i Stwórcą odzyskiwał psychiczną równowagę, wewnętrzne ukojenie.
   Raz jedyny w życiu widziałem Piotra wściekłego. Z uwagi na swe wymiary i nieprawdopodobny, koszykarski rozmiar stopy "podolskiego złodzieja" obuwie obstalowywać sobie musiał w krośnieńskiej fabryce. Jakimś cudem udało mu się w "normalnym" sklepie zakupić natomiast pasujący nań jak ulał numer dżinsów. Trudno, doprawdy bardzo trudno, przychodzi teraz wyobrazić sobie ogrom szczęścia przez kilka dni malujący się na Piotrowym obliczu. Jakoż późnym wieczorem wracałem ostatnim autobusem z Krakowa. Już w Nowym Sączu, na rogu Grodzkiej i alei, mimo opustoszałych ulic, dostrzegłem spore zamieszanie. Jak oszalały z chodnika na chodnik olbrzymimi susami przemieszczał się człowiek-góra. Toż to Piotr! Oczy przekrwione, przerzedzony włos rozczochrany, broda w nieładzie, w ręku cegłówka. Odnosiło się wrażenie, że ludzi nie poznaje. Autentycznie przerażony, czym prędzej czmychnąłem do domu. Nazajutrz wyszło szydło z worka. Wychodzącemu z kasyna oficerskiego wielkoludowi banda gówniarzy podłożyła nogę. Piotr wyłożył się jak długi na chodnik. Bezcenne spodnie pękły na kolanie. Piotrek wpadł więc w akurat w tym wypadku w pełni wytłumaczalny szał.
   W któryś wakacyjny dzień zmroziła nas wszystkich wiadomość, że Piotr zmarł nagle na wylew krwi do mózgu. Ledwie dobił do czterdziestki. Niech to szlag trafi!

Staszek

Wysowski:

pierwszy

geniusz

   Staszek zawsze kojarzył mi się będzie z Literatem z "Wesela" Wyspiańskiego. Nieodmiennie witał się słowami z arcydzieła modernizmu: - Co tam, panie, w polityce? Bo też polityka była wielką życiową pasją "Wysola". Wizualnie i mentalnie będącego Piotrkowym przeciwieństwem. Niewysoki, korpulentny, żwawy. Przy tym zawsze pewny siebie, swych racji i głoszonych poglądów. Większość swego emeryckiego czasu spędzał w "empiku", gdzie przekopywał się przez sterty najprzeróżniejszych gazet. Później nabytą w nich wiedzą dzielił się z przygodnie spotkanymi osobami na piwie w "akwarium". Wzbudzał niekłamany podziw gawiedzi, chłonącej każde słowo mentora. Gdyby Staszek powiedział, że właśnie w rynku pojawił się cudownie wskrzeszony, usiłujący odzyskać władzę Stalin, tłum pewnie porzuciłby kufle i pospieszył z odsieczą ratuszowi.
   "Wysol" (na każdym kroku podkreślał ogromną miłość i szacunek żywiony do swej małżonki, która jako jedyna de facto potrafiła nad nim zapanować) zasłynął jako pierwszy sądeczanin, który publicznie sam ogłosił się geniuszem. Owo historyczne zdarzenie miało miejsce w "Imperialu". W pewnym momencie Staszek wstał znad stołu, wzniósł kielich, rzecząc: - Wypijmy za zdrowie geniusza, czyli moje osobiste. Po czym legł przytłoczony swą wielkością.
   Staszka po raz ostatni spotkałem na przystanku autobusowym w bardzo złym dla mnie okresie życia. Kiedy opowiedziałem mu swą historię, długo z niedowierzaniem kręcił głową, nie mogąc pojąć pewnych niuansów. Uścisnął mi grabę, pocieszając, że jeszcze wszystko się ułoży, że na dzisiaj świat się nie kończy. Dosłownie za klika dni dopadł go paskudny, rozległy zawał...

Artur

Smoleń:

dusza

niepokorna

   Najmłodszy w naszym gronie. Do bohemy doszlusował pod koniec lat 80. Nie zdążył więc jakoś wewnętrznie jej rozgryźć. Ale pasował do towarzystwa. Może dlatego, że był człowiekiem niepokornym. Takim, który zawsze na wszystko miał swe własne, odrębne zdanie. Nawet jeśli wydawało się ono niepopularne, nie wahał się go upubliczniać. Ludzie więc z niejakim trudem doń się przyzwyczajali. Ale lubili go, traktowali jak swego rodzaju maskotkę, beniaminka.
   Artur miał wprawdzie wykształcenie ścisłe (z wyróżnieniem ukończył Akademię Ekonomiczną w Krakowie), to jednak władała nim dusza humanisty. Uwielbiał czytać, lubił kino. Nade wszystko jednak pragnął swoje przemyślenia na papier przelewać. Zawsze marzył by zostać dziennikarzem. Cel swój zrealizował: przez kilka dobrych lat pracował jako redaktor w "Głosie ZNTK" i "Głosie Sądeckim". Są tacy, którzy twierdzą, że zabił go wyjazd za groszem do Stanów Zjednoczonych. Zaniedbał tam zdrowie, dały znać o sobie pierwsze symptomy trawiącej go choroby. Na swe nieszczęście zlekceważył je. Życie doczesne było ważniejsze od tego w zaświatach. Każdy dzień niósł z sobą tyle przecież nowych doznań i przeżyć. Któż by czas marnotrawił na jakieś idiotyczne leczenie. Istniał więc tak na 150, może nawet na 200 procent. W każdym razie stanowczo zbyt intensywnie.
   Zmarł bardzo młodo, w ogromnych cierpieniach. Strawiła go cukrzyca. Pozostawił zrozpaczonych rodziców, dla których, jako jedynak, był sensem życia. Cyganeria też o nim nie zapomni.

Jacek

Gernand:

Żak Bolo

   Kiedy przedstawił się jednemu z sądeckich prześmiewców jako Jacek Bolesław Gernand, ten natychmiast ochrzcił go z francuska: - Jesteś pan nie jakiś tam Jacek Bolesław, lecz Żak Bolo. I w ten sposób poczciwy Jacek przeistoczył się w arystokratycznego Żaka. Jacek, bo pozostańmy przy polskiej wersji imienia Gernanda, był typem samotnika. Zawsze chadzał własnymi ścieżkami, choć wcześniej czy później jego droga musiała się skrzyżować z traktem wydeptanym przez bohemę. Swój ciągnie wszak do swego. Ze Zbyszkiem Grodkowskim tworzył więc tandem "G-G", z Markiem Basiagą zaciekle kłócił się o każdy szczegół filmowy, u Staszka Pażuchy, który trochę niezasłużenie dopiero po raz pierwszy pojawia się w niniejszym tekście, z lubością smakował domowego wina, toczył szachowe pojedynki z domorosłymi arcymistrzami. I tak żył z dnia na dzień. W otoczeniu osób mu życzliwych, nie skąpiących dobrego słowa i duchowego wsparcia. Pod koniec swych dni nagle jakby zdał sobie sprawę, że na tym najlepszym ze światów pozostał jako jeden z ostatnich sobie podobnych. Spokorniał, złagodniał, "sporządniał". Owszem, wpadał jeszcze do "Civitas Christiana", by przejrzeć codzienną prasę, ale czynił to już niejako z przyzwyczajenia. A przecież wielu wciąż stał przed oczami jako nezrównany kawalarz, dusza towarzystwa, niekoronowany król sądeckiej gastronomii.
   Jacek umierał w pełni świadomy. Zator dróg tętniczych, zdaniem niektórych, spowodowany był nagłym rzuceniem palenia papierosów. Może... Tak czy owak, na cmentarz odprowadzaliśmy go jako jednego z epigonów sądeckiej cyganerii.

x x x

   Pointą do snutej opowieści niech będzie przypomnienie zdarzenia, w którym uczestniczyli wszyscy niemal jej bohaterowie. Rzecz miała miejsce na początku stanu wojennego. We wspomnianej na wstępie szacownej instytucji nasi bohaterowie frustrację wydarzeniami w Polsce koili winem mszalnym. W pewnym momencie Piotrek Sus złapał za stojącą w kącie dyżurną gaśnicę pianową, przez okno "otwierając ogień" do przechadzającego się Jagiellońską patrolu ZOMO. Mundurowi zjawili się na miejscu zbrodni za chwil parę. Całe towarzystwo pakowało się już do "kabaryny", by odbyć kurs do izdebki, kiedy Piotr skonstatował nagle, że jako oficera nie może go aresztować funkcjonariusz niższy stopniem. Zażądał więc przybycia co najmniej porucznika. Sierżancina nie stracił rezonu: - Pan tu poczeka, zaraz przyprowadzę starszego. Jak obiecał, takoż wykonał. Wezwany porucznik w majestacie prawa nałożył areszt na "Małego". Ten wykorzystał ostatnią szansę, skrył się za murkiem otaczającym podwórzowe kontenery na śmieci. Głowa sterczała mu wszak nad górną jego warstwą. Z tego wszystkiego zapomniał bowiem o swych dwóch metrach, nie przykucnął. A w izdebce towarzyszem niedoli "cyganerii" okazał się jegomość z Łącka, z którym chłopcy nazajutrz udali się leczyć kaca śliwowicą. Kiedy towarzystwo opuszczało krainę jabłoni, gospodarz wyciągnął na pożegnanie rękę. - Panowie pozwolą, że się przedstawię. Nazywam się Klasyk.
   Kudy mu tam, biedakowi, do "naszych" sądeckich klasyków, którym ściskał prawicę...

Marek Basiaga,

jego brat Tadeusz,

Rysiek Pietrzkiewicz,

Robert Deptuła,

Staszek Pażucha,

Tadziu Duda,

Leszek Migrała

- to kolejni sądeccy

"cyganie",

którzy już dzisiaj

mają zapewnione

miejsce w panteonie

miejskich

nietuzinkowych

postaci.

Oby długo nikt

nie miał okazji

do snucia o nich

podobnej do tej,

właśnie kończącej się

ballady.

"Bohema: środowisko

artystyczne,

preferujące swobodne,

eskcentryczne formy

zachowania się,

wyróżniające się

swobodnym

i ekstrawaganckim

stylem bycia"

("Słownik

współczesnego

języka polskiego",

pod redakcją

Bogusława Dunaja,

Warszawa, 1996 r.,

str. 68).

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie