MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Brzeziński patrzył dalej

Redakcja
Patrick Vaughan Fot. Paweł Stachnik
Patrick Vaughan Fot. Paweł Stachnik
Z PATRICKIEM VAUGHANEM, amerykańskim historykiem z Katedry Amerykanistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, autorem pierwszej biografii Zbigniewa Brzezińskiego, rozmawia Paweł Stachnik

Patrick Vaughan Fot. Paweł Stachnik

- Jak to się stało, że nikomu nieznany młody człowiek, o trudnym do wymówienia nazwisku, pochodzący z Polski, zrobił w USA tak wielką karierę naukową i polityczną?

- Rodzina Brzezińskich mieszkała w Kanadzie, gdzie ojciec Zbigniewa był przed wybuchem wojny polskim konsulem. Wydarzenia powojenne sprawiły, że Brzezińscy nie mogli wrócić do kraju. Ojciec dużo mówił w domu o sytuacji politycznej, więc Zbigniew od wczesnych lat orientował się w tych sprawach. Po konferencji w Teheranie piętnastoletni Brzeziński odszukał przedwojenną mapę Polski, dokładnie zaznaczył na niej właściwą, jego zdaniem, granicę ze Związkiem Radzieckim i wysłał Winstonowi Churchillowi. Dzięki ojcu, który był kiedyś konsulem w ZSRR, sporo wiedział o Rosji Sowieckiej. Gdy poszedł na studia, zajął się tym krajem w sposób naukowy. Jego praca magisterska na Uniwersytecie McGill w Montrealu wyrażała nowatorskie przekonanie, że Związek Sowiecki nie jest monolitem, ale wielonarodowym imperium rozsadzanym od wewnątrz konfliktami. Takie były jego naukowe początki. Później, gdy trafił na Uniwersytet Harvarda do tamtejszego ośrodka badań rosyjskich, stał się jednym z najlepszych amerykańskich specjalistów w tej dziedzinie. Na studiach doktoranckich zetknął się z największymi umysłami swojej generacji: Henrym Kissingerem, Samuelem Huntingtonem, Stanleyem Hoffmannem. Wśród sowietologów Brzeziński wyróżniał się wieloma nowatorskimi poglądami. Twierdził np., że ZSRR jest sztucznym imperium, Europa Wschodnia nie została zsowietyzowana, lecz ciągle należy do świata zachodniego, a tamtejsze kraje mają swoją własną historię, kulturę i języki. Były to bardzo odważne teorie, wśród amerykańskich specjalistów panowało bowiem głębokie przekonanie, że blok wschodni jest monolitem, w którym nie ma żadnych rys. Brzeziński napisał o tym książkę, w której twierdził, że wcześniej czy później ZSRR stanie przed tymi samymi problemami, przed jakimi stanęły kolonialne imperia brytyjskie i francuskie. Podobnie nowatorskie były jego poglądy na Chiny. W latach 50. wielu amerykańskich polityków z histerią mówiło o ścisłym sojuszu chińsko-radzieckim. Tymczasem Brzeziński twierdził, że sojusz ten jest sztuczny i nie potrwa długo. Takie właśnie poglądy uczyniły z niego czołowego amerykańskiego specjalistę od świata komunistycznego.

Gdy młody senator John Kennedy rozpoczynał wyścig do Białego Domu, poprosił 28-letniego naukowca Zbigniewa Brzezińskiego o radę, jak USA powinny zareagować na wydarzenia polskiego Października 1956 r. Była to kontrowersyjna decyzja, bo wielu prawicowców powtarzało, że "komuch to komuch", podczas gdy Brzeziński twierdził, że za żelazną kurtyną istnieje wielkie zróżnicowanie politycznych odcieni i postaw - a Ameryka powinna to spożytkować. Kennedy otrzymał zaskakujący zestaw odpowiedzi na swoje pytania, głoszących np., że polskie społeczeństwo jest antysowieckie, a jedynie złożony z komunistów rząd wspiera Moskwę; że trzeba położyć większy nacisk na kontakty z polskim Kościołem i rozwój społeczeństwa obywatelskiego. Takie pokojowe zaangażowanie może z czasem przyciągnąć Polskę bardziej ku Zachodowi, podczas gdy starszy model sztywnego, czysto retorycznego antykomunizmu doprowadziłby do utrwalenia status quo. Kennedy'emu bardzo się to spodobało, a Brzezińskiemu otworzyło drogę do polityki.
- Na początku lat 70. Brzeziński poparł w wyścigu wyborczym mało znanego gubernatora Georgii Jimmy'ego Cartera. Carter niespodziewanie wygrał wybory, a Brzeziński został jego doradcą do spraw bezpieczeństwa.

- W latach 60. opinia publiczna w USA podzieliła się na radykalną prawicę i radykalną lewicę. Republikanie stali się jeszcze bardziej konserwatywni. Natomiast Partia Demokratyczna stała się zupełnie inna niż była za czasów Harry'ego Trumana i Johna Kennedy'ego - nastąpiły w niej rozłamy, demokraci zwrócili się w stronę lewicy. Brzeziński - mimo że urodził się w Polsce, a większość życia spędził w Kanadzie - rozumiał zasady amerykańskiego życia politycznego lepiej niż większość Amerykanów. Dostrzegł, że żaden kandydat Partii Demokratycznej nie wygra wyborów, jeżeli będzie palił amerykańską flagę, protestował przeciw wojnie w Wietnamie i kontestował system. Potrzebny był kandydat z centrum: umiarkowany, a jednocześnie postępowy. Co więcej, Nixon zyskał wcześniej poparcie kluczowych stanów południowych. Demokraci potrzebowali kandydata, który odzyskałby te utracone głosy. Brzeziński postawił na zupełnie nieznanego gubernatora Georgii Jimmy'ego Cartera (w prasie pojawiały się tytuły: "Jimmy kto?").

Carter był dumny z tego, że pochodził z Południa. Sprzeciwiał się ciągle istniejącej tam segregacji rasowej oraz nierównościom społecznym - później, już jako prezydent, swoją walkę o prawa człowieka zastosował w wymiarze globalnym - odnosząc ją do ZSRR. Brzeziński uważał go za człowieka godnego zaufania, szanował wyznawane przez niego tradycyjne wartości. Postanowił wesprzeć go w kampanii wyborczej swoimi radami na temat polityki zagranicznej. Ich istotą było przekonanie, że USA powinny wzmocnić więzi trójstronne z Japonią i Europą Zachodnią, a koniec końców być może też z Chinami. Chodziło mu o odejście od promowanej przez Kissingera polityki détente z ZSRR [odprężenia - przyp. red.], która z konieczności odbywała się ponad głowami narodów Europy Wschodniej. Po zwycięstwie Cartera w wyborach Brzeziński został mianowany doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego.

- Nie był jednak zbyt dobrze oceniany na tym stanowisku.

- Powodów było kilka. Po pierwsze, Brzeziński, jako doradca, zastąpił Henry'ego Kissingera, który w latach 70. był prawdziwą gwiazdą i ulubieńcem mediów. Zbigniew Brzeziński natomiast nie potrafił zabiegać o względy dziennikarzy - wprost przeciwnie, gdy wyczuł, że rozmówca nie jest przygotowany lub zadał niewłaściwe jego zdaniem pytanie, potrafił być nieprzyjemny. Uważał, że dziennikarze powinni wiedzieć więcej o historii ZSRR, a nie opierać się na sentymentalnych mitach, które przeważały w latach 70. Wymagał też zrozumienia przemian postkolonialnego świata: komputeryzacji, nacjonalizmów, przeludnienia, nastrojów rewolucyjnych.

- W jaki sposób polityka Brzezińskiego wobec ZSRR różniła się od pomysłów Nixona i Kissingera?
- Pańscy czytelnicy mogą nie zdawać sobie z tego sprawy, ale w połowie lat 70. sowiecka dominacja Europy Wschodniej traktowana była w Stanach jako rzecz dokonana i nieodwracalna. Kissinger i Nixon tak właśnie to przedstawiali. Brzeziński nigdy tak nie uważał i chciał rzucić wyzwanie temu stanowi rzeczy. Carter był zasadniczo politykiem krajowym. Z tego względu polegał w znacznej mierze na zdaniu i poglądach Brzezińskiego dotyczących spraw Europy Wschodniej i ZSRR. Pomysłem Brzezińskiego było położenie nacisku na sprawy przestrzegania praw człowieka w bloku sowieckim. Zwrócił uwagę na tzw. trzeci koszyk helsińskiej Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, który notabene Kissinger kompletnie lekceważył. Brzeziński widział w tym sposobność do osłabienia związku krajów Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie rodziły się ruchy opozycyjne, z Moskwą. Domagał się prowadzenia twardej polityki względem ZSRR. Było to odmienne stanowisko od polityki détente propagowanej przez Nixona i Kissingera, która cieszyła się dużą popularnością w mass mediach. Stawiali oni na odprężenie w relacjach amerykańsko-radzieckich.

Podczas przyjazdu prezydenta Cartera do Polski w 1977 r. Brzeziński przygotował dla niego notatkę ze wskazówkami dotyczącymi zachowań ważnych dla Polaków, a jednocześnie niewygodnych dla rządu komunistycznego. Było to złożenie kwiatów pod pomnikiem warszawskiej Nike, spotkanie z prymasem Wyszyńskim oraz wypowiedzi na temat praw człowieka. Departament Stanu był temu przeciwny, ponieważ drażniłoby to Sowietów w trakcie rozmów o traktacie SALT. Z tego powodu większość amerykańskich mediów postrzegała Brzezińskiego jako "jastrzębia", burzącego wypracowane przez Nixona i Kissingera "odprężenie" w stosunkach z Moskwą. Oskarżano go nawet o wywoływanie nowej zimnej wojny. Ale Brzeziński był pewny swego: wierzył, że należy wywierać nacisk na ZSRR i historia przyznała mu rację. Wymagało to odwagi zarówno polskich obywateli protestujących przeciw systemowi, jak i odwagi Brzezińskiego postulującego niepopularne podówczas przekonania.

- Jako doradca Brzeziński zainicjował akcję udzielania pomocy afgańskim mudżahedinom w ich walce z ZSRR. Po 11 września 2001 r. pojawiły się zarzuty, że zamachy na WTC to właśnie efekt tej polityki.

- Trzeba pamiętać, jak świat wyglądał w 1979 r. ZSRR przejmował kontrolę nad kolejnymi krajami, w tym krajami afrykańskimi: Angolą i Etiopią. Brzeziński, jako człowiek dostrzegający długofalowe skutki wydarzeń, widział, że opanowanie Etiopii może być kolejnym punktem przybliżającym Sowietów do Bliskiego Wschodu i tamtejszych źródeł ropy. Z drugiej strony, Sowieci szli na południe zajmując Afganistan. To był długoterminowy, potencjalny plan dotarcia na południe, opanowując po kolei Afganistan, Pakistan i Iran. Brzeziński był zwolennikiem powstrzymywania Moskwy w tym pochodzie. Pamiętał sytuację z 1968 r., gdy Departament Stanu nie protestował przeciwko radzieckiej inwazji na Czechosłowację. Amerykański ambasador w Moskwie powiedział później, że jednym z sowieckich argumentów za przeprowadzeniem inwazji na Afganistan był fakt, że Waszyngton nie protestował przeciwko interwencji w Czechosłowacji... Stąd właśnie decyzja o wsparciu afgańskich bojowników.
Wbrew popularnemu przekonaniu, Brzeziński nie pojechał do Pakistanu i nie stworzył oddziałów mudżahedinów ot tak, z niczego. Wsparcie militarne, jakie popierał, to było mniejsze zło - pamiętajmy, że Związek Radziecki był agresorem i zniszczył tradycyjne afgańskie społeczeństwo. Moskwa była postrzegana jako niepokonany militarny gigant, a afgański ruch oporu wydawał się z góry przegrany. Zadaniem Brzezińskiego, jako doradcy Cartera, było też myślenie perspektywiczne o przyszłości interesów zachodnich w regionie i na świecie. Pamiętajmy też, że wciąż wzrastającej pomocy mudżahedinom udzielała także administracja Reagana, skoro więc obwiniamy Brzezińskiego, nie pomińmy Reagana. Myślę, że Zbig prowadził o wiele bardziej pragmatyczną politykę wobec Afganistanu niż np. George Bush. Gdy w lutym 1989 r. wojska radzieckie opuściły Afganistan, administracja Busha orzekła: w porządku, udało się. Brzeziński przestrzegał wtedy, że nie można tak sobie zostawić tego kraju, ponieważ jest to kluczowy region dla amerykańskiej polityki, nawet jeśli większość Amerykanów nie zdawała sobie z tego sprawy. Był jedną z pierwszych osób, która martwiła się tym stanem rzeczy; pisał o tym w swoich książkach ("Bezład: Polityka światowa na progu XXI wieku", "Wielka szachownica: Główne cele polityki amerykańskiej").

CV

Patrick Vaughan

Amerykański historyk, pracownik Instytutu Amerykanistyki i Studiów Polonijnych UJ. Specjalizuje się w amerykańskiej polityce okresu zimnej wojny i stosunkach transatlantyckich. W 2003 r. otrzymał Nagrodę Kazimierza Dziewanowskiego za upowszechnianie wiedzy o Polsce w USA. Mieszka w Krakowie.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski