Burmistrz między słupkami

Redakcja
"Dziennik Polski" rozmawia z Markiem Czeczótką, burmistrzem Limanowej, przed laty bramkarzem piłkarskiej drużyny Limanovii

Czym się różni walka na piłkarskim boisku od batalii o stanowisko w magistracie?

- W piłce nożnej przeważnie jest tak, że jeśli twoja drużyna jest lepsza, to wygrywa. W rywalizacji politycznej różnie z tym bywa. Nie zawsze ten, kto ma dla ludzi najciekawsze propozycje, zostaje doceniony. Bywa, że decydują układy.
Kiedy wybierany był Pan na burmistrza odegrały one jakąś rolę?
- Nie, zapewniam pana, że nie. Po prostu ludzie obdarzyli mnie zaufaniem. Ale mieliśmy rozmawiać nie o polityce, a o sporcie.
W wieku dwunastu lat po raz pierwszy zjawił się Pan na treningu Limanovii. Nie było nic lepszego do roboty?
- A żeby pan wiedział. W 1961 roku dla chłopca w tym wieku jedynym właściwie sposobem na nudę były sportowe treningi. Pozostawało co prawda jeszcze kino, ale wyświetlali w nim przeważnie filmy dla dorosłych. W zimie z zapamiętaniem biegałem więc na nartach, a na wiosnę zgłosiłem się na zajęcia piłkarzy Limanovii. Musiałem chyba coś sobą reprezentować, bowiem już po dwóch latach zadebiutowałem w oficjalnym meczu klasy A seniorów. Teraz tak sobie myślę, że zdarzył się jednak taki konkretny dzień, który zdecydował, że zostałem piłkarzem. Otóż jako małoletni kibic pojechałem z mamą do Rabki na mecz Limanovii z Orkanem Raba Wyżna, na mecz decydujący o awansie do klasy A. W rzutach karnych wygrała moja drużyna. Wkrótce zostałem jej zawodnikiem.
Pamięta Pan swój debiut?
- Pewnie się pan zdziwi, ale - nie. Wiem tylko, że wystąpiłem w A-klasie, a w owych czasach awansowało się z niej już do III ligi. Klasa rozgrywkowa była więc wysoka.
Proszę wymienić kilka nazwisk, które kojarzą się Panu z tamtą drużyną.
- Przede wszystkim Jurek Ligęza, - nauczyciel wychowania fizycznego w mojej szkole, później trener w Limanovii. To on dostrzegł u mnie talent, postawił na bramce. A z innych piłkarzy: Heniu Szewczyk, Jasiek Mrowca, Wojtek Ślęzak, Kazek Kaim.
O miejsce w bramce przyszło Panu rywalizować z...
- Głównie z Andrzejem Ćwikiem i Januszem Biskupem. To byli dobrzy bramkarze. Szczególnie ten pierwszy. Mógł zrobić naprawdę dużą karierę. Życie potoczyło mu się jednak pewnie nie tak, jak tego pragnął. Dzisiaj jest szanowanym futbolowym sędzią.
Wśród piłkarzy - kolegów z zespołu, których Pan wymienił, kilku przeniosło się do bardziej znanych klubów. A nie było chętnych do skaperowania Marka Czeczótki?
- Na początku lat siedemdziesiątych chciały mnie u siebie Stal Mielec i Unia Tarnów. Z uwagi na sytuację rodzinną musiałem jednak odmówić. Dzisiaj nie żałuję, że tak się to potoczyło.
Choćby dlatego, że w Tarnowie czy Mielcu raczej trudno byłoby Panu zostać człowiekiem nr 1 w mieście?
- Ano właśnie. Może zrobiłbym ogólnopolską karierę zawodniczą, ale burmistrzem nie byłbym na pewno.
To dla Pana takie ważne?
- Odpowiem w ten sposób: kiedy zdecydowałem się kandydować na urząd burmistrza, sytuacja w Limanovii, zarówno pod względem sportowym, jak i organizacyjnym, była - delikatnie mówiąc - zła. Szlag mnie trafiał, kiedy odnajdywałem piłkarską drużynę seniorów w ogonie klasy A. Podczas kampanii jednym z punktów zaproponowanego przeze mnie programu było zatem właśnie przywrócenie klubowi jego dawnego blasku. Nigdy nie ukrywałem, że Limanovię darzę wielkim sentymentem. W niej się wychowałem, w dużej mierze dzięki niej ustawiłem się życiowo, zdobyłem tytuł magistra wychowania fizycznego. Powiedziałem więc sobie: - Marek, temu klubowi coś się od ciebie należy. A łatwiej ci będzie przyjść mu z pomocą z pozycji burmistrza. Wybrano mnie, a Limanovia - proszę: gra w czołówce piątej ligi. A gdyby nie ostatnia nieszczęśliwa porażka z Grodem Podegrodzie, jej pozycja w tabeli mogła być nawet wyższa.
Piąta liga zaspokaja ambicje sportowo ukierunkowanych limanowian?
- Na razie musi. Niedawno zatrudniony trener Paweł Pięta buduje nową drużynę. Uważam, że efekty pracy tego naprawdę zdolnego szkoleniowca przyjdą za rok, dwa. Wówczas może pomyślimy o czwartej lidze.
Powróćmy do Pańskiej piłkarskiej przeszłości. Zdarzyło się z pewnością spotkanie, po którym mógłby Pan powiedzieć, że wspiął się na wyżyny?
- Wie pan, w piłkę grałem wyczynowo przez 20 lat. Proszę sobie policzyć, w ilu meczach zdarzyło mi się wystąpić. W niemal każdym z nich przytrafiały się obronione sytuacje sam na sam, sparowane strzały napastników. Bywały też i kompromitujące wpadki.
Nie ma więc tego jednego, jedynego, pamiętnego meczu?
- Jak tak się głębiej zastanowię, to chyba jednak jest. W 1970 roku Limanovia występowała w klasie międzyokręgowej. Przyjechała do nas Wisła II Kraków. Niby rezerwa pierwszoligowców, ale w jakim składzie! Z kilkoma reprezentantami Polski: bramkarzem Henrykiem Stroniarzem, obrońcami Władysławem Kawulą czy Fryderykiem Monicą. I sprawiliśmy sensację, wygrywając 3-2. Mój wkład w to zwycięstwo nie był może decydujący, ale też i niebagatelny. Tak, właśnie ten mecz wspominam najmilej.
A spotkanie, o którym chciałby Pan jak najszybciej zapomnieć?
- Czekałem na to pytanie. Po nocach śni mi się mecz z Okocimskim w Brzesku. Do ostatniej minuty prowadziliśmy 1-0. I sędzia podyktował rzut wolny dla gospodarzy. Chyba z 35, może nawet 40 metrów. Nie skoncentrowałem się należycie i piłka tylko gwizdnęła mi koło ucha. Skończyło się na remisie. Możemy zmienić temat?
Po zakończeniu występów zawodniczych, przez jakiś czas parał się Pan trenerką. Z jakim skutkiem?
- Działalność szkoleniową traktuję dzisiaj trochę epizodycznie. W sezonie 1973/74 Limanovia występowała w III lidze. Właśnie ja byłem jej trenerem. Po roku spadliśmy do okręgówki. Inaczej zresztą być nie mogło. Moi piłkarze za grę nie brali ani grosza, natomiast w zespołach naszych rywali dominowało półzawodowstwo. Gracze nie chodzili do pracy, ich warsztatem było boisko. A my samą ambicją meczów wygrywać nie mogliśmy.
Mimo wieku, nazwijmy to, dojrzałego, wciąż można Pana spotkać na sportowych arenach. Sprawdza się poweidzenie: w zdrowym ciele - zdrowy duch?
- Mniej więcej. Dwa razy w tygodniu grywam w koszykówkę, nie stronię od tenisa stołowego, żeglowania i jazdy na nartach. Uczestniczę również w amatorskich rozgrywkach piłkarskich. Zarówno w hali, jak i na otwartych boiskach.
Podobno dwukrotnie przymierzał się nawet Pan do udziału w supermaratonie ekstremalnym "Kierat". Nie przeraża Pana stukilometrowy, w dodatku wiodąca po górach dystans?
- Czuję się na siłach, by wystartować w tym biegu. Może być pan spokojny, nie umrę na trasie.
Na koniec nie mogę nie wypomnieć Panu, że w trakcie spotkań Limanovii reaguje czasem zbyt spontanicznie na przebieg wydarzeń na boisku. Są i tacy, którzy twierdzą, że burmistrzowi zwyczajnie nie wypada tak się zachowywać.
- Jeśli grał pan kiedyś w piłkę, to wie, że sędziowie mogą człowieka doprowadzić do szału. Znam ich środowisko i przekonałem się, że potrafią być cyniczni, złośliwi, niesprawiedliwi. Nie wszyscy oczywiście, ale takie czarne owce rzucają cień na tę grupę społeczną. I faktycznie, czasem nie wytrzymuję, krzyknę coś niestosownego. A co do tego, czy mi wypada, czy nie wypada: burmistrzem jestem w magistracie, zaś na stadionie - kibicem.
Nie zgadzam się. Burmistrzem się nie bywa, burmistrzem się jest.
- Może i racja. Pozostaje mi zatem tylko przeprosić stadionowych bywalców, że zdarzają mi się na trybunach chwile słabości. Obiecuję, że będę starał się ich wystrzegać.
DANIEL WEIMER

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie