By zaskoczeniem były nagrody

By zaskoczeniem były nagrody

Zdjęcie autora materiału

Dziennik Polski 24

Z KRZYSZTOFEM GŁUCHOWSKIM, dyrektorem Krakowskiej Fundacji Artystów Teatru, rozmawia Wacław Krupiński

- Nie powiem, to tajemnica.

 - Na kogo Pan głosował jako członek kapituły przyznającej Ludwiki?
 - Wiedziałem, że Pan nie powie. To zapytam już serio, jak Pan przewiduje, który spektakl otrzyma najwięcej głosów?
 - Myślę, że "Spaghetti i miecz" Kazimierza Kutza... W pozostałych kategoriach już nie podejmuję się odgadywać. Gdy ogłosiliśmy nominacje rok temu, Stary Teatr dominował. W tym roku sytuacja się zmieniła. Jest monodram "Jordan" z Teatru Słowackiego, jest "Hamlet" ze STU, jest wśród nominowanych aktorów wielu młodych...
 - W tym nominowana w kategorii najlepsza rola kobieca Dominika Figurska, jeszcze studentka IV roku PWST.
 - To cieszy, podobnie jak i nominacja dla nestora - Jerzego Nowaka, grającego w spektaklu młodego Stowarzyszenia Łaźnia, które po raz pierwszy pojawiło się w tym roku także w plebiscycie Złotych Masek. Chcąc je jeszcze bardziej uhonorować, zaproponowaliśmy założycielowi Łaźni, Bartoszowi Szydłowskiemu, by to on podczas VI Rautu czytał orędzie z Okazji Międzynarodowego Dnia Teatru.
 - Po raz szósty Złote Maski, po raz drugi Ludwiki - dostrzega Pan, że te nagrody spowodowały w środowisku jakieś ożywienie?
 - Złote Maski na pewno stały się nagrodą prestiżową; jednych denerwują, innych odwrotnie, cieszą - ale bezsprzecznie się liczą. Wiemy też, że w teatrze, którego spektakl dostał Złotą Maskę - wzrasta frekwencja; taką informację mieliśmy z Bagateli po nagrodzeniu przedstawienia "Tajemniczy ogród". I to jest efekt, o który najbardziej nam chodziło. Z kolei fakt, że członkowie kapituły przyznającej Ludwika oglądają tyle spektakli, również ma walor promocji, bo to są osoby bardzo opiniotwórcze... Poza tym Ludwiki to nagroda niezbędna, takie nagrody są najważniejsze dla środowiska, bo nikt nie jest w stanie ocenić lepiej niż ono. Na tym wszak polegają Oscary czy nagrody Tony. Oto sami z siebie wybieramy i uznajemy, że koledzy są lepsi od nas. A głosują członkowie kapituły - myślę, szczerze, bo pozostają całkowicie anonimowi; dostają od nas kupony z kopertą, do biura notarialnego przesyłają swoje głosy. I dopiero podczas rautu koperty z wynikami zostają odlakowane.
 - Dostrzega Pan zabiegi teatrów, by te nagrody pozyskać?
 - Częściowo już to widać - zwłaszcza w przypadku niektórych teatrów. I to są, uważam, normalne zabiegi, które funkcjonują w show-biznesie, bo nie ukrywajmy - teatr jest jego częścią. On pracuje dla publiczności, z tego żyje, zarabia. I dyrektorzy coraz bardziej zaczynają to rozumieć - czują się prawdziwymi producentami. My ich zresztą tak traktujemy - Ludwik za najlepsze przedstawienie jest nagrodą nie dla reżysera, a dla producenta, czyli dyrektora teatru, bo to on jest najważniejszy - wymyśla repertuar, dobiera reżysera, znajduje fundusze...
 - Nie boi się Pan, że takie nastawienie wspiera komercjalizację sztuki?
 - Ona jeszcze długo nie będzie możliwa, może w ogóle nigdy. Choć już są teatry, które się same utrzymują. Podobnie jak muszą być teatry wspierane przez państwo czy samorząd.
 - Zamieszczone na łamach "Dziennika Polskiego" w okolicznościowym wydaniu z okazji Złotych Masek płatne reklamy Teatru Bagatela wywołały ze strony innych teatrów nieprzychylne komentarze...
 - Cóż, ja mogę odpowiedzieć - każdy uprawia taki marketing, jaki uważa za stosowny. Czas pokaże, czy tym tropem pójdą inni. My stwarzamy platformę promocji teatru, a jak z niej teatry korzystają - na to jako fundacja nie mamy wpływu.
 - Krakowska Fundacja Artystów Teatru działa już 10 lat...
 - Założyli ją w 1991 roku nasi mistrzowie - m.in. Jerzy Stuhr, Stanisław Radwan, Andrzej Wajda, Krystian Lupa, Zygmunt Konieczny, Jan Peszek oraz garstka nas, młodych, absolwentów szkoły teatralnej, którym wydawało się, że muszą coś zrobić, skoro nie ma dla nas pracy... Produkowaliśmy spektakle, filmy telewizyjne, różne imprezy. Teraz ograniczamy się do corocznego przygotowania rautu i związanych z nim nagród, ale też cały czas działamy jako instytucja non profit, bez biur, etatów, pracowników, wynagrodzeń. Wszystko robimy sami, my, czyli Jarek Tochowicz, Wojtek i Ewa Szawulowie, Łukasz Żurek i Romek Krzysztofik - to wszyscy dyrektorzy i jednocześnie pracownicy.
 - Skoro fundacja nie zarabia, to skąd ma środki na coroczną imprezę?
 - Całość finansują sponsorzy, nie korzystamy z żadnych dotacji samorządowych czy państwowych. Raut sponsoruje Budostal 3, ponadto wspiera nas firma "Kobe" Konrada Łodzińskiego, przygotowująca złote wpinki, które otrzymują laureaci Złotych Masek, a w tym roku ufundowała jeszcze Jajko Faberge jako nagrodę honorową.
 - To proszę powiedzieć, jak się czuje Pan jako aktor, który świadomie nie uprawia zawodu?
 - Z jednej strony trochę tęsknię, bo to interesujący zawód, wbrew temu, co niektórzy mówią. Ale nie wykonuję go, bo mam świadomość, że po drugiej stronie jestem sprawniejszy i lepszy. To zadecydowało, że w pewnym momencie dokonałem wyboru. Jeśli czasami zdarza mi się coś zrobić, to dla czystej przyjemności i wtedy, gdy wiem, że potrafię, że sobie poradzę - tak np. zagrałem w filmie Jerzego Stuhra "Duże zwierzę". Ale nie żyję z tego zawodu, wiem bowiem, że gdyby poświęcić się mu na poważnie, to jest to bardzo ciężki kawałek chleba. Mówiąc lapidarnie - uprawianie go na poważnie to prawdziwie męska przygoda.
 - A czym Pan zaskoczy uczestników rautu?
 - Pewnie niczym. Naszym celem jest to, by największym zaskoczeniem były same nagrody.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo