Być albo nie być Karimowa

Redakcja
Jak poinformowały wczoraj źródła kierującego pracami UE Luksemburga, ministrowie spraw zagranicznych 25 państw UE przyjmą deklarację, w której wezwą do "przeprowadzenia międzynarodowego i niezależnego śledztwa" w sprawie wydarzeń z ubiegłego tygodnia w Andiżanie, na wschodzie Uzbekistanu. Ideę tę poparła wczoraj Komisja Europejska, wyrażając równocześnie żal, że odrzucił ją wcześniej prezydent Uzbekistanu Isłam Karimow.

UE chce niezależnego śledztwa w sprawie masakry w Andiżanie

    (PAP)
   "Uzbekistan to ja" - tak, parafrazując słowa francuskiego króla Ludwika XIV, mógłby powiedzieć o sobie Isłam Karimow, pierwszy i jak dotąd jedyny prezydent niepodległego Uzbekistanu.
   67-letni dziś Isłam Karimow pierwsze szlify polityczne zdobywał jeszcze w uzbeckiej partii komunistycznej, której z czasem stał się sekretarzem. To, co Władimir Putin określił jako "wielką tragedię XX wieku", czyli rozpad ZSRR, dla Karimowa było jedynie początkiem nowej kariery. W 1991 roku został wybrany prezydentem niepodległego już wtedy Uzbekistanu. Wprowadzone 3 lata temu poprawki do konstytucji gwarantują mu sprawowanie tego urzędu przynajmniej do 2007 roku.
   Od momentu objęcia fotela prezydenckiego Isłam Karimow robi wszystko, by go zachować. Wobec fatalnej sytuacji gospodarczej kraju i rosnącego wciąż niezadowolenia społecznego jedynym środkiem, aby utrzymać w ryzach opozycję stały się masowe aresztowania oponentów politycznych, przemoc i tortury. Rzadkie wybuchy społecznego niezadowolenia są natychmiast pacyfikowane pod hasłami walki z islamskimi fundamentalistami. Aparat bezpieczeństwa jest tak dalece rozbudowany, że Taszkient, stolica kraju, został wśród Uzbeków przemianowany na Taszment, od słowa "ment" oznaczającego policyjnego glinę.
   Prawdziwym paradoksem pozostaje fakt, że pomimo tak złego stanu gospodarczego kraju, ciągłych raportów organizacji humanitarnych o łamaniu praw człowieka, Karimowowi udało się zyskać błogosławieństwo dwóch najważniejszych graczy na arenie stosunków międzynarodowych - Stanów Zjednoczonych i Rosji. Dokonał tego dzięki zręcznej szermierce hasłami bezwzględniej walki z islamskim terroryzmem, o który oskarża wszystkich swoich przeciwników politycznych.
   Szczególnie USA, które muzułmańskich fundamentalistów traktują po 11 września 2001 roku jako swoich największych wrogów, uznały Karimowa za sprzymierzeńca w walce z terroryzmem. Sygnowana przez Taszkient i Waszyngton deklaracja o "strategicznym partnerstwie i współpracy" daje wymierne korzyści obydwu stronom - Amerykanie mają na terenie Uzbekistanu największą w Azji Środkowej bazę wojskową (leżącą w pobliżu Afganistanu, gdzie USA są wciąż silnie zaangażowane militarnie), była radziecka republika otrzymała natomiast wartą około 500 milionów dolarów pomoc i gwarancje kredytowe.
   Dobre stosunki z Rosją, która również uznała islamski terroryzm za swego największego wroga, Karimow utrzymuje już od upadku ZSRR. We wzajemnych relacjach były oczywiście "wzloty i upadki" - Kreml z trudnością przełknął wydanie zgody przez Karimowa na budowę amerykańskiej bazy - zawsze jednak strony dochodziły do porozumienia. Tylko w 2004 roku Karimow spotkał się osobiście z Władimirem Putinem aż siedem razy. Rok temu podpisano nowy traktat o współpracy między Rosją a Uzbekistanem.
   W kraju, w którym bezwzględnie dławi się każdą opozycję, zarówno tę reformatorską, jak i religijną, a ludziom odmawia się prawa do wolności nie tylko słowa, ale i myśli, naturalną ucieczką od reżimu staje się religia. Meczety, miejsca modlitwy i publicznych spotkań, skupiają coraz więcej ludzi niezadowolonych z rządów Karimowa. Mimo że większość z nich domaga się jedynie zagwarantowania swobód politycznych i poprawy warunków ekonomicznych, to w ich szeregach rzeczywiście mogą znajdować się także potencjalni islamscy terroryści. A wtedy tak często używane przez reżim hasła walki z fundamentalizmem muzułmańskim mogą przerodzić się w samospełniające się proroctwo. Już teraz wielu komentatorów obawia się, że po masakrze w Andiżanie, gdzie według wciąż niepotwierdzonych doniesień zginęło co najmniej 700 osób, Uzbekistan może stać się terenem werbunkowym Al-Kaidy.
   Wygląda jednak na to, że Isłam Karimow sam doszedł do wniosku, iż zezwalając na spacyfikowanie rebelii w Andiżanie posunął się za daleko. Ten polityk, który jeszcze w 1998 roku mówił w parlamencie o członkach organizacji islamskich: "Do tych ludzi należy strzelać, jeśli będzie to konieczne osobiście pociągnę za spust", dziś zarzeka się, że nie wydał rozkazu otwarcia ognia do cywilnej ludności. Przekonuje, iż nie chciał rozlewu krwi. Na rehabilitację jest już jednak za późno, przynajmniej w oczach uzbeckiego społeczeństwa. - Ten człowiek zginie kiedyś w bardzo nieprzyjemny sposób - ostrzega jeden z anonimowych opozycjonistów uzbeckich na forum internetowej strony telewizji BBC.
AGNIESZKA WAŚ

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie