Cafeteria

Redakcja
"Są tacy, to nie żart, dla których jesteś wart mniej niż zero" - tymi słowami, czystą polszczyzną, komentator rosyjskiej stacji spuentował występ Andrzeja Wawrzyka o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej. Gdy przetłumaczył te słowa na rosyjski, odpowiedział mu rechot współprowadzącego galę na antenie telewizji.

KRZYSZTOF KAWA

Krakowianin miał nadzieję, że walka z Aleksandrem Powietkinem, nawet przegrana, otworzy mu drzwi do kariery. Stało się coś wręcz przeciwnego - Wawrzyk powinien zrobić wszystko, by wymazać z pamięci promotorów i kibiców to, co zdarzyło się w Moskwie. Nie lubię określenia "kompromitacja" w odniesieniu do podejmujących wyzwania sportowców. Dlatego nie będę się pastwił nad nieopierzonym zawodnikiem, którego umiejętności i talent nie predestynują do zdobycia jakiegokolwiek tytułu.

Winę za katastrofę, jakiej świadkami byliśmy w piątek, ponoszą agenci i trenerzy, którzy z pełną świadomością zaryzykowali jego zdrowie, a może i życie, byle tylko zarobić nieco kasy. 25-letni pięściarz nie był przygotowany do walki na tak wysokim poziomie i ludzie z jego sztabu, wbrew temu, co opowiadali publicznie kibicom i dziennikarzom, dobrze o tym wiedzieli. Jedyną szansą na to, by mistrzowski pas mógł zmienić właściciela, byłby pech Rosjanina, czyli kontuzja odniesiona podczas zadawania mocnych ciosów. Prawdopodobieństwo takiego zdarzenia było jednak o niebo mniejsze niż ciężki nokaut chłopaka, który nawet na polskim ringu miałby kłopoty ze słabo wyszkolonymi pięściarzami pokroju Artura Szpilki.

Jasne, to nie pierwsza, i zapewne nie ostatnia, sromotna porażka Polaka w pojedynku o tytuł. W boksie funkcjonuje instytucja "mięsa armatniego" i mistrzowie, chcąc dorobić tanim kosztem i zrobić sobie przetarcie przed trudnymi walkami, chętnie z niej korzystają. Kiedyś na taką fuchę załapał się Albert Sosnowski, a jesienią ubiegłego roku Mariusz Wach. Ale oni, przynajmniej teoretycznie, mieli w ręku jakieś atuty.

Dariusz Michalczewski, wielki czempion wagi półciężkiej, też od czasu do czasu nabijał swój rekord śmiesznymi starciami, a świadkiem jednej z nich była polska publiczność w Gdańsku, gdy jego kelner padł już w drugiej rundzie. Publiczność nie protestowała, bo przyszła na swojego mistrza, któremu zależało, by zrzucić z siebie brzemię niemieckości. W Moskwie miejscowi też nie zawracali sobie głowy mięsem armatnim, bo zajmowali się fetowaniem Powietkina. Polscy kibice jednak, którym sprzedano "walkę" w systemie pay-per-view, zostali najzwyczajniej w świecie nabici w butelkę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie