"Caravanserai"

Redakcja
Niezapomniane płyty historii rocka (29)

Santana

Niezapomniane płyty historii rocka (29)

Santana

Wielkie, ciemnopomarańczowe słońce powoli, majestatycznie chowa się za horyzont. Upał, zda się, nie do zniesienia. Poprzez wibrujące, nagrzane powietrze widać przemierzającą morze piasku karawanę. Jej cel musi być bliski, skoro słychać już tajemniczy szelest milionów świerszczy. Caravanserai.
   To nie tylko opis okładki płyty, którą dziś się zajmiemy, ale i zapowiedź tego, co nas czeka, gdy zaczniemy jej słuchać. Bo ten album jest pełen wspaniałej, prawdziwie gorącej mieszanki rocka, muzyki latynoskiej, jazzu i - podobnie jak na omawianej tydzień temu płycie "The Mahavishnu Orchestra" - mistycyzmu Wschodu.
   W dorobku Santany "Caravanserai" to płyta nie najpopularniejsza, gdyż taką być nie mogła. Powstała bowiem nie po to, aby przynieść kolejne przeboje lub, aby epatować, jak na poprzednich albumach, południową tanecznością, lecz by zabrać słuchacza w głąb jego duszy. Santana, podobnie jak McLaughlin, stworzył bowiem swoją muzykę pod wpływem filozofii i nauk hinduskiego guru Sri Chinmoya.
   Santana - z takim nazwiskiem nie ma się kłopotu z wymyśleniem nazwy dla swojego zespołu. Już samo jego brzmienie jest intrygujące, a nawet trochę magiczne. A gdy się jest Meksykaninem, muzykiem przesiąkniętym tamtejszym folklorem, to nie ma wątpliwości, co trzeba grać. Carlos urodził się w miejscowości Autlan de Navarro w 1947 r. Już jako pięciolatek uczył się gry na skrzypcach, a gdy miał zaledwie czternaście lat, zaczął zarabiać grając w różnych lokalnych grupach.
   Po ukończeniu szkoły średniej przeniósł się do San Francisco i tam założył swój amerykański zespół. W ciągu następnych miesięcy udało mu się nagrać debiutancką płytę ("Santana") i zdobyć na tyle dużą popularność, że został zaproszony na organizowany wówczas festiwal w Woodstock. Dostał wtedy od losu wielką szansę i ją wykorzystał. Występ, a dokładniej jego sfilmowany fragment (10 minutowe "Soul Sacrifice"), był tak porywający, że w jednej chwili Santana stał się światową supergwiazdą. Wykorzystując ten sukces, zarejestrował swą drugą, szalenie przebojową, płytę "Abraxas". Na niej znalazły się megahity z "Samba Pa Ti", "Black Magic Woman" i "Oye Como Va" na czele. W niecały rok później (1971) pojawił się trzeci album ("Santana 3"), który przyniósł m.in. wspaniałą kompozycję "Guajira".
   Zaraz po wydaniu "trójki" nastąpiła wielka przemiana. Lider zespołu, prawdopodobnie przytłoczony sławą i przeczuwając, czym mu może grozić popularność, zaczął szukać dla siebie alternatywy. I znalazł ją w nauce i filozofii Wschodu. Sri Chinmoy, medytacje, joga zmieniły jego postrzeganie świata. Co oczywiste, taka przemiana osobowości pociągnęła za sobą zmiany w muzyce. Od tej pory stała się ona o wiele bardziej wyrafinowana, rozmarzona, dziwnie rozmyta i bliższa jazzowi.
   Zbliżenie się Carlosa do muzyki improwizowanej z pewnością było efektem przyjaźni, jaka połączyła go na gruncie hinduizmu z Johnem McLaughlinem. Wpływ tego ostatniego na Santanę musiał być ogromny, bo nie tylko zmienił jego twórczość, ale nawet styl gry na gitarze. Carlos od tego momentu stał się trochę mniej "słodki", a za to o wiele szybszy, precyzyjniejszy i zdecydowanie bardziej wirtuozerski.
   Duchowa i muzyczna przyjaźń znalazła też potwierdzenie na ich wspólnej płycie - "Love Devotion And Surrender" oraz w gościnnym występie McLaughlina na kolejnym albumie Santany - "Welcome". Ta właśnie płyta wraz z omawianą oraz następną w ich dyskografii - "Borboletta" składają się na mistyczno-muzyczny tryptyk zespołu.
   Wróćmy do "Caravanserai". To klasyczny album koncepcyjny. Wszystkie utwory połączone są bowiem w całość, i to chwilami tak doskonale, że trudno dostrzec, gdzie jeden się kończy, a drugi zaczyna.
   W porównaniu z poprzednimi płytami wyraźnie zagęściło się brzmienie zespołu. Obok gry lidera równie istotne stały się partie pozostałych muzyków grupy. A byli to wówczas instrumentaliści wielkiej klasy. Największe wrażenie robili - organista Greg Rollie, drugi gitarzysta Neal Schon (obaj kilka lat później założyli formację Journey) i, co oczywiste - perkusiści, z wielką gwiazdą bębnów Michaelem Shrieve na czele. Od zawsze symbolem muzyki zespołu Santany były jego solo gitarowe i rytm. Rytm, rytm i jeszcze raz rytm. I nie inaczej jest na "Caravanserai", ale tym razem te instrumenty zostały trochę bardziej wtopione w całość.
   Jak wspomniałem, nagrania stanowią monolit, dlatego też pozwolę sobie nie zajmować się nimi z osobna i polecić posłuchanie płyty w całości.
JERZY SKARŻYŃSKI
Radio Kraków

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.