reklama

Charyzma zawodowca

RedakcjaZaktualizowano 
Fot. archiwum "Dziennika Polskiego"
Fot. archiwum "Dziennika Polskiego"
W jego oczach była mądrość, którą miał Sokrates, Spinoza i kilku jeszcze mędrców. Mówił tak, że świat stawał się jaśniejszy - usłyszałam w radiu i od razu pomyślałam: znów umarł ktoś wielki. Za kilka sekund podano wiadomość: Zbigniew Zapasiewicz nie żyje. Trudno w to uwierzyć.

Fot. archiwum "Dziennika Polskiego"

Każde jego pojawienie się na scenie, ekranie czy przed mikrofonem radiowym było świętem dla widza

Za dwa miesiące miał zagrać Eugeniusza w "Tangu" reżyserowanym w Teatrze Narodowym przez Jerzego Jarockiego. To miała być ta rola największa, obok wcześniejszych, równie wybitnych, w "Na czworakach" Różewicza, "Ślubie" Gombrowicza, "Królu Learze", "Pieszo" czy w "Kosmosie" - wykreowanych w spektaklach Jarockiego. Grał w "Żarze" - ta rola była jakby dla niego pisana. Krzysztof Zanussi wspomina, że na planie niedawno ukończonego przez obu twórców filmu "Rewizyta", gdzie Zapasiewicz gra postać ze słynnych "Barw ochronnych", tryskał humorem, dowcipem, doskonale pracował, "jak maszyna" i obaj planowali wspólne realizacje teatralne. Jak więc uwierzyć, że Zbigniew Zapasiewicz nie żyje? Ktoś powiedział: To taka niesprawiedliwa śmierć. - Grałem w "Żarze" z Danusią Szaflarską i ze Zbyszkiem - opowiada mi ze ściśniętym gardłem Ignacy Gogolewski. - Tydzień temu zagraliśmy dwa spektakle w Teatrze Wybrzeże. Zbyszek był w doskonałej formie, wyglądał jak młody Bóg. Przyjechał do Gdańska samochodem, w taki upał! Po przedstawieniach pojechał na Hel, a my z Danusią wróciliśmy samolotem do Warszawy. Zbyszek miał w drodze powrotnej odebrać wyniki kontrolnych badań. We wtorek dostaję telefon: Zapasiewicz nie żyje. To się wydaje niemożliwe, że już nigdy nie spotkamy się w "Żarze". Zawsze lubiliśmy pogawędzić przed spektaklem, pożartować. Miał ogromne poczucie humoru, ale nie był "bratem łatą", który kolegował się z każdym. Czasami izolował się i rozwiązywał swoje ukochane krzyżówki. W wielu gestach, w spojrzeniu, w odruchach przypominał mi swego wuja, a mojego profesora Jana Kreczmara. W "Żarze" mieliśmy taką przejmującą scenę, kiedy padaliśmy sobie jako przyjaciele w ramiona i on z przerażeniem w oczach mówił: "Powiedz, czyja to jest wina? Przecież człowiek jest odpowiedzialny za ten los". I te jego oczy, pełne bólu. Nigdy ich nie zapomnę. W Gdańsku mieszkaliśmy w hotelu "Biała lilia". Lilie nie przynoszą nic dobrego...
Był uosobieniem etosu inteligenckiego, z którym się utożsamiał. Kontynuował rodzinne tradycje artystyczne, wywodził się bowiem ze słynnej rodziny Kreczmarów: był siostrzeńcem aktora Jana, reżysera Jerzego. Przez całe swe życie związany był z warszawskimi teatrami, m.in. Współczesnym i Powszechnym, a Teatrowi Dramatycznemu dyrektorował w latach 1986 - 1990. Od lat był wykładowcą w warszawskiej PWST, pełniąc również funkcję dziekana Wydziału Reżyserii. Był aktorem wszechstronnym. Zapas - tak mówiono o nim w środowisku - potrafi zagrać wszystko, podkreślają jego koledzy.
Każde jego pojawienie się na scenie, ekranie czy przed mikrofonem radiowym było świętem dla widza. - w radiu pozostało na szczęście wielkie archiwum z nagraniami Zapasiewicza. - Przychodziliśmy podglądać i słuchać, jak czyta kolejne odcinki słuchowiska czy radiowego teatru. Potrafił przeczytać ich dziesięć, bezbłędnie, perfekcyjnie, podczas gdy jego koledzy po trzech mieli dość. Tego głosu nie da się zapomnieć. Jego barwa i siła pozwalają wierzyć, że życie ma sens - powiedział o artyście Janusz Kukuła, dyrektor Teatru Polskiego Radia.
Zapasiewicz pracując nad rolą nie bał się zabawy głosem, intonacją, potrafił zdeformować sylwetkę, jeśli postać tego wymagała, bądź użyć karykatury. Jego demoniczny Rogożyn w "Idiocie", nieszczęśliwy Leon w "Kosmosie", a wcześniej soczysty i dowcipny "Pijak" w "Ślubie" czy "Figura Piękna i Sztuki", jak określono jego Paganiniego - Rzeźnika w "Rzeźni", zawistny Salieri w "Amadeuszu" czy Książę Himalaj w "Operetce" to były role - perły w polskim teatrze. A przecież zagrał ich dziesiątki - W "Na czworakach" grał Laurentego, zmęczonego, starego poetę, który traci wenę, wyłącza się z rzeczywistości, zachowuje, jak paroletni bobas i porusza na czworakach. Bawił się słowem recytując pastiszowe frazy, naśladując różnych znanych polskich poetów - wspomina jeden z krytyków.
Po jego Himalaju w "Operetce" Maria Bojarska napisała: "Aż żal, że Zapasiewicz nie może grać kilku ról w jednym spektaklu", a jego Leara Jacek Sieradzki określił jako "genialnego".
Jego wirtuozeria słowa, mistrzostwo w dokonywaniu scenicznych metamorfoz, kreacjonizm artystyczny powodowały, że miał na swym koncie ponad sześćdziesiąt nagród. Szkoda, że z tą środowiskowo najważniejszą, jaką jest Złota Gloria Artis Ministerstwo Kultury czekało aż do jubileuszu aktora - 13 września skończyłby 75 lat. Aktora, który pół wieku spędził na scenie stwarzając na niej dziesiątki wspaniałych kreacji.
Ktoś powiedział, że Zapasiewicz "był Panem Cogito polskiego teatru". Nie tylko dlatego, że jako aktor stworzył na scenie tę Herbertowską postać, lecz przede wszystkim dlatego, że w całym swoim życiu reprezentował właściwy jej światopogląd. I zapewne jest w tych słowach sporo prawdy, bo wielu przyjaciół artysty podkreśla, że jego hierarchia wartości była niezmienna i dlatego był dla innych punktem odniesienia nie tylko jako aktor, ale też jako człowiek. Wielki, niezłomny idealista, niepowtarzalna osobowość i charyzmatyczny zawodowiec. - Wieloletnia znajomość ze Zbyszkiem Herbertem, żeby nie powiedzieć przyjaźń, spowodowała, że bliski stał mi się jego sposób myślenia o świecie. To ogląd rzeczywistości zmierzający do stawiania pytań. Udzielanie odpowiedzi jest przejawem pychy, której Herbert nie miał. Zbyszek w swoim opisie współczesności odwołuje się do kultury śródziemnomorskiej, do mitologii, do cywilizacji grecko-rzymskiej, poszukując korzeni tego, z czego wyrastamy. To mi jest bardzo bliskie - powiedział mi aktor podczas jednego ze spotkań poświęconego "Wieczorowi Herbertowskiemu". A Katarzyna Herbert, żona poety, wyznała po śmierci aktora: - Mój mąż uważał Zbigniewa Zapasiewicza za aktora klasy Aleksandra Zelwerowicza. Podziwiał jego kunszt i z tej m.in. przyczyny dedykował mu wiersz "Kalendarze Pana Cogito" z tomu "Rovigo". Wiem, że poezja Herberta posłużyła Zapasiewiczowi do stworzenia własnego kodeksu postępowania. Ci dwaj ludzie z jednakową powagą traktowali życie, nasz los.
Pamiętam wizytę Zbigniewa Zapasiewicza z "Panem Cogito" na organizowanym przeze mnie festiwalu. Miał grać na małej scenie, na którą było niedogodne dla tej inscenizacji wejście z kulisy. Podczas próby żartował: Wyburzymy ścianę z gabinetu dyrektora i sprawa załatwiona. Ściany nie wyburzyliśmy, a Zapasiewicz jako Pan Cogito wyciskał łzy, wywoływał śmiech i wbijał w fotel artystyczną doskonałością.
Był aktorem, który nie mizdrzył się do publiczności, nie kokietował jej, ale traktował jako partnera w rozmowie o świecie, o życiu. A potrafił rozmawiać nie tylko tonem serio, ale i buffo, rolami komediowymi. Miał niezwykłe poczucie humoru, bywał ironiczny, ale zawsze z klasą gentelmana. W kontaktach osobistych wymagał uwagi ze strony rozmówcy, przygotowania, bo nie lubił tracić czasu na zbędne słowa, na "bicie piany". Wydaje się, że aktorstwo było dla niego sensem życia, choć potrafił z dystansem podchodzić do kreowanych przez siebie postaci. Słowo kreacja było słowem kluczem w jego myśleniu o aktorstwie. - Umiejętność wykreowywania z siebie różnych ludzi, różnych masek, różnych zachowań i wartości, które w nas tkwią. Aktorzy są od tego, by umieć te wartości ujawniać. Aktorstwo jest zawodem, który ma pokazywać wielość możliwości tkwiących w człowieku. Dziś próba artystycznej kreacji rzeczywistości, a co za tym idzie, kreatywność aktorska, uchodzi za mało atrakcyjną. Widać to szczególnie w filmie. Obsadza się ludzi, którzy nie kreują postaci, oni po prostu są tacy, jak ich bohaterowie, więc pasują do danej roli. Obsadzani są ze względu na swoje właściwości psychofizyczne, co nie ma nic wspólnego z twórczością. Stąd taka popularność castingów. Stąd też coraz więcej filmów, a i spektakli teatralnych będących blisko dokumentu, reportażu. A przecież dzieło sztuki nie powinno odzwierciedlać rzeczywistości, tylko ją interpretować. Kreacyjność polega na tym, że grając daną postać za każdym razem muszę wchodzić w głąb człowieka, by dogłębnie go poznać. Co nie znaczy, że zawsze utożsamiam się z graną postacią. Gdybym chciał się utożsamiać z każdym moim bohaterem, to prawdopodobnie wylądowałbym w szpitalu dla obłąkanych. Ale prawdą jest, że maksymalnie zbliżam się do mojej postaci. Już Stanisławski, zagorzały wielbiciel i wyznawca teatru psychologicznego, mówił: Nie możesz, bez opamiętania być zaangażowanym w rolę, bo wejdziesz na drzewo przykręcone z drugiej strony śrubkami i spadniesz. Tak więc w aktorstwie nie można się zatracić, konieczny jest element kontroli. Kiedy spytałam, co w takim razie z emocjami, które są niezbędne podczas kreacji aktorskiej powiedział: - One też są wykreowane na potrzebę danego konfliktu, w danej chwili. Są wypróbowane, stają się niejako odruchem warunkowym w danym momencie. Ale taki sposób uprawiania zawodu, niestety, już upada. Dziś jesteśmy świadkami, na całym świecie, czegoś, co nazywam aktorstwem osobowościowym, to znaczy ogląda się na scenie czy w filmie osobę, a nie aktora, który wykreowuje z siebie kogoś innego, niż jest. Kiedyś takim aktorem był Robert de Niro. Słynął z tego, że charakteryzował się do roli zewnętrznie i wewnętrznie, np. utył kilkadziesiąt kilogramów do roli w filmie "Wściekły byk", by poszukać w sobie tamtego człowieka. Dziś, chcąc nakręcić film o bohaterze autystycznym - szuka się autysty. Dla mnie rola im dalsza ode mnie, tym jest ciekawsza, bo muszę pozbyć się tego, co jest we mnie na co dzień. Szczególnie dotyczy to teatru, bo w filmie zwykle obsadzany jestem wprost, "po warunkach".
Film, obok teatru, był drugim żywiołem artysty. Stworzył w nim kilkadziesiąt postaci wyróżniających się wielką psychologiczną prawdą. Prawdą, która także odsłaniała ciemne strony ludzkiego charakteru. Jego bohaterowie byli wieloznaczni, pozbawieni jednowymiarowej sztampy, budowani niezrównanym warsztatem aktorskim. Dla Mai Komorowskiej, z którą spotkał się m.in. w filmie Zanussiego "Za ścianą" i w "Pannach z Wilka" Wajdy był "wielkim pedagogiem, mistrzem słowa, twórcą niezapomnianych kreacji teatralnych i filmowych". Któż nie pamięta jego docenta Szelestowskiego z "Barw ochronnych" Zanussiego, przemysłowca Kresslera z "Ziemi obiecanej" Wajdy, komunisty - ideowca z "Matki Królów" Zaorskiego, cynicznego profesora Berga z "Życia jako śmiertelnej choroby przenoszonej drogą płciową" i ambasadora Wiktora z "Persona non grata" - oba filmy w reżyserii Zanussiego. A przecież był jeszcze Teatr Telewizji - zagrał finezyjnie, z wdziękiem i lekkością Hrabiego w "Panu Tadeuszu" zrealizowanym przez Adama Hanuszkiewicza; było radio.
W swej książce "Zapasowe maski" powiedział: Wybrałem ten zawód, aby nauczyć się i twórczo w sobie przetworzyć to, co umieli moi poprzednicy. Ta sfera zawodu zgasła i teraz jest przykro i boleśnie. Umarły wartości, dla których zacząłem to robić. Gdybym wiedział, że tak się stanie, to bym się temu nie poświęcił. Czyżby po pięćdziesięciu latach pracy zwieńczonych niekwestionowanym sukcesem żałował Pan swojego życiowego wyboru? - spytałam na zakończenie jednego z naszych spotkań. Z uśmiechem odpowiedział: - Wszystko idzie do przodu, zmienia się, to oczywiste. Teatr, który był i jest dla mnie najważniejszy - również. Ale gdybym wiedział, że to pójście do przodu będzie oznaczać całkowite zerwanie z tym sposobem myślenia o aktorstwie, w którym zostałem wychowany, że także publiczność i krytyka będą uważać, iż to, co ja, oraz moje pokolenie reprezentujemy, jest w zasadzie bezużyteczne, wybrałbym inną drogę. Niczego nie żałuję, bo na rzeczywistość nie można się obrażać. Mogę się z nią nie zgadzać, ale muszę ją przyjmować do wiadomości. Należę do grupy nielicznych Don Kichotów, którzy są wierni aktorstwu, jak i wartościom wyniesionym z czasów młodości. Nie wstydzę się tego. Moim guru jest Zbigniew Herbert, który mówił: "Bądź wierny, idź, bo tak zdobędziesz dobro, którego nie zdobędziesz". No więc próbuję iść.
JOLANTA CIOSEK

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3