Choćby miał grać z jedną nogą, to już nie zejdzie z boiska

Redakcja
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Beskid Andrychów zremisował na własnym boisku z wiceliderującym Dalinem Myślenice 1-1 (1-0), przełamując pasmo dwóch porażek, co jednak nie do końca usatysfakcjonowało jej trenera Mirosława Kmiecia.

Dariusz Fryś (z prawej) i jego koledzy z Beskidu dzielnie walczyli z wiceliderem, szybko obejmując prowadzenie, ale do pełni szczęścia zabrakło kilku minut. Fot. GRZEGORZ SROKA

III LIGA PIŁKARSKA. Beskid Andrychów częściowo przełamał się kosztem wicelidera z Myślenic, bo nie utrzymał prowadzenia, ale do pełni szczęścia zabrakło kilku minut 1-1 (1-0)

Andrychowianie nie potrafili utrzymać prowadzenia, co właśnie najbardziej zabolało Mirosława Kmiecia. - Może i tydzień wcześniej myśleniczanie rozbili w Libiążu miejscową Janinę 5-1, ale nie mieliśmy z tego powodu żadnych kompleksów - rozpoczyna szkoleniowiec. - Nie zamierzam się zagłębiać w to, jakim tego dokonali sposobem, ale w Andrychowie Dalin nie pokazał niczego nadzwyczajnego. Owszem, to bardzo solidna drużyna, potrafiąca grać piłką, a mój zespół uwielbia walczyć z takimi przeciwnikami. Jednak mieliśmy Dalin "na widelcu", więc trzeba go było nabić i zjeść. To wszystko.

Co się zatem stało, że rywal, wydający się smacznym kąskiem stanął andrychowianom w gardle? - Normalnie chce mnie skręcić ze złości, że uciekły nam dwa punkty, bo w takich kategoriach rozpatruję ten wynik, i w dalszym ciągu będziemy się "kisić" na 10 miejscu. Wiosenną postawą zasłużyliśmy na coś więcej.

Być może zbyt wcześnie szkoleniowiec zaczął dokonywać zmian. - Chciałem dać pograć wszystkim zawodnikom, dlatego sam też opuściłem plac gry, ale więcej takiego błędu nie popełnię. Choćby przyszło mi walczyć z jedną nogą, to nie zejdę! Zawsze, jak jestem na boisku, to chłopcy czują, że ktoś na nich krzyczy, mobilizując do walki. Sam ostro wejdę, pokazując pozostałym, że trzeba walczyć do końca. Tymczasem w ostatnich minutach zabrakło nam właśnie determinacji i woli walki. Jeden czy dwóch tak walczących zawodników to za mało - podkreśla Mirosław Kmieć.

Przyznaje, że niczego nie wniosły zmiany dokonane w ostatnim kwadransie meczu. - Co mam sobie myśleć, skoro zawodnicy, którzy powinni gonić od pola karnego do pola karnego, spacerowali po boisku, czy wręcz odpuszczali rywalom - tłumaczy trener Kmieć. - To dla mnie niepojęte, jak przeciwnicy, w sytuacji poprzedzającej zdobycie wyrównującej bramki, mogli wymienić kilka podań, nie będąc przez żadnego z moich zawodników zaatakowani. Wszystko rozpoczęło się od środka boiska, ale - moim zdaniem - kiedy sytuacja zbliżyła się z lewej strony w okolice pola karnego, należało ją bezwzględnie przerwać. Nawet kosztem żółtej kartki, bo wtedy mielibyśmy czas na ustawienie szyków obronnych, a - zanim gra zostałaby wznowiona - upłynęłoby kilkadziesiąt sekund, a każda w ostatnich minutach jest bardzo cenna. Tymczasem żaden z tych graczy, którzy weszli na boisko, a mający na swoim koncie po jednej czy najwyżej dwie żółte kartki, nie podeszli pod przeciwnika i nieszczęście było gotowe. Owszem, gramy po to, żeby się uczyć na przyszłość, ale to nie oznacza, że mamy rywalowi rozdawać prezenty tylko dlatego, że plasuje się na pozycji wicelidera, bo na boisku nie potrafił udowodnić, że taka pozycja mu się należy - kończy andrychowski szkoleniowiec.

Jerzy Zaborski

[email protected]

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie