Ciąg świętych sobót

Redakcja
- Tak to opisuje Joanna Ronikierowa w swej książce o Piwnicy; moja matka i ojciec zarzekają się, że tak nie było... Faktem jest, że moja mama i Zofia Komedowa prowadziły jeszcze w latach 50. piwniczny bar; to było wkrótce po rozstaniu się moich rodziców i dwóch głośnych ślubach jazzmanów - Krzysztofa Komedy z Zofią Titenbrun oraz Andrzeja Trzaskowskiego z moją mamą.

Z PIOTREM FERSTEREM rozmawia Wacław Krupiński

   - Podobno po raz pierwszy widziano Cię w barze Piwnicy Pod Baranami, gdy byłeś dzieckiem?
   - Poznali się niechybnie w mieszkaniu Twoich rodziców przy ul. Retoryka w Krakowie, gdzie odbywały się w latach 50. spotkania jazzmanów, była to bowiem wtedy muzyka zakazana...
   - Tak więc tego pierwszego pobytu w Piwnicy nie pamiętam, kojarzę natomiast wizytę, gdy już miałem bodaj 14 lat - wszedłem ukryty pod peleryną Piotra Skrzyneckiego, jako że stojący na bramce pan Sztyc...
   - Ojciec późniejszego saksofonisty Zbigniewa Sztyca z zespołu Szwagry, którego kierownikiem literackim był Wiesław Dymny.
   - ...rygorystycznie pilnował, by artyści nikogo nie wprowadzali. I faktycznie; w tamtych czasach nie było tak, że połowa widowni to osoby bez biletu.
   - Wspomniałeś bar; teraz Ty nim zawiadujesz.
   - Pięć lat temu wzięliśmy go w ajencję wraz z naszym "oświetlaczem" Frankiem Fotygo. Piotr od lat nalegał, by przejąć bar, który był w obcych rękach, ale ja się przed tym broniłem, bojąc się zarzutów, że chcę mieć wszystko w garści.
   - Porozmawiajmy o tej Twojej władzy; Piotr Skrzynecki nazywał Cię dyrektorem, ale naprawdę takiej funkcji w kabarecie nie ma. Kim jest Piotr Ferster?
   - Człowiekiem, który dba o to, by był zapłacony czynsz, wkręcone żarówki, by w sobotnie wieczory nie brakowało artystów, sale były wysprzątane, a kiedyś nosił np. sprzęt do nagłośnienia. Teraz skupiam się na pracy menedżerskiej. Takie czasy. Naturalnie, jak wszyscy, nie mam etatu i otrzymuję takie same pieniądze.
   - Porozmawiajmy o nich, to chwytliwy temat.
   - Ale nie tak małe. W kabarecie zawsze były dzielone po równo - bez względu na to, kto jest kim i ile śpiewa piosenek. Kiedyś wystarczyło to na 50 gram wódki i taksówkę, teraz już na 100 gram plus taksówkę - tyle zarabiamy w sobotnie wieczory u nas w Piwnicy. Naturalnie podczas wyjazdów czy występów na zamówienie nie jest to już 40 czy 60 złotych, ale nigdy wiele, jako że jesteśmy olbrzymim zespołem.
   - Nastałeś w Piwnicy przed 28 laty...
   - Wcześniej, jeszcze jako nastolatek przychodziłem, poznawałem ludzi, coś tam pomagałem, aż któregoś dnia Piotr zapytał, czybym nie włączył się w organizację balu w Niepołomicach. To był 1973 rok. I tak wchłonął mnie ten kabaret, aż wciągnął na dobre podczas obchodów 20-lecia.
   - A Ty porzuciłeś medycynę. Żałujesz?
   - Nie. Nieraz się tylko zastanawiam, kim byłbym - marnym lekarzyną czy może profesorem Collegium Medicum UJ?
   - To powspominajmy...
   - To nie takie proste. Owszem, pamiętam spektakularne wydarzenia, ale reszta zlewa mi się w ciąg sobót - świętych sobót, jak mawiał Piotr, bo wtedy grał kabaret.
   - A potem jego ciąg dalszy przy placu Na Groblach, w legendarnym już mieszkaniu Janiny Garyckiej, które służyło i Piotrowi Skrzyneckiemu...
   - Chodzili tam piwniczanie od zawsze aż do 1981 roku, kiedy to Kraków, czyniąc Piotra Honorowym Obywatelem, dał mu samodzielne mieszkanie. Choć i w latach późniejszych był to prywatny lokal piwniczan. Jakże szkoda, że "Groble" nie przetrwały. Nie tak dawno, przy okazji kręcenia przez Martę Meszaros teledysku do piosenki "Konwalie, bzy albo pet", poszliśmy tam całą grupą i nowi właściciele już nas nie wpuścili. Tylko przez okno widzieliśmy ów wymalowany w anioły sufit w pokoju Janiny i pokój Piotra, gdzie miał łóżko za zasłonką i gdzie wisiał piękny wielki obraz z kościoła w Staniątkach, oddany Janinie do konserwacji, i drzwi do tego pokoju, na których wszyscy zostawiali swoje numery telefonów... I kuchnię, która przeżyła tyle nocnych bankietów... Spędziłem na Groblach wiele godzin - tam o jedenastej spotykałem się z Piotrem na herbacie, tak zaczynałem dzień.
   - Przeżyłeś z Piwnicą ponad połowę z jej 45-letnich dziejów, w tym i jej czas zły...
   - ... o którym się mało pamięta. A tak było po euforii 20-lecia; bilety zostawały w kasie, na sali 30 osób, a i występować nie miał kto. Przychodził Piotr, Andrzej Warchał, pianista Piotr Walewski, nieraz ktoś wpadł zaśpiewać. Zastanawialiśmy się z Piotrem, czy nie czas ogłosić koniec kabaretu... Pomógł nam Andrzej Maj, który przygotował program oparty na tekstach Gombrowicza, ze ściągniętymi siedmioma dziewczynami z zespołu Słowianki, w tym Anią Szałapak. Związał się też ściśle z nami Marek Grechuta i Zbyszek Raj doszedł, a wkrótce po nim Zbyszek Kowalski...
   - ... czyli Preisner.
   - I przygotował program "Wieje między aleje wiatr listopadowy", który bardzo się nie podobał cenzurze, bo składały się nań głównie wiersze poetów zakazanych. I tak się Piwnica odrodziła.
   - A potem nastał Sierpień ’80 roku, który i Was uskrzydlił, tym bardziej że nadeszło 25-lecie Piwnicy, po czym stan wojenny, czyli czas grania w kościołach...
   - W Krakowie u dominikanów, misjonarzy, u redemptorystów, w Warszawie u księdza Przekazińskiego w Muzeum Archidiecezjalnym, dokąd waliły tłumy... Z nami władze miały kłopot, bo trudno było zlikwidować kabaret, który jest tworem całkowicie nieformalnym.
   - 45 lat nieformalnego trwania... To też swoisty fenomen.
   - To, paradoksalnie, pozwalało trwać. Nie mieliśmy osobowości prawnej, a zatem nie można było nas rozwiązać. Nie mieliśmy majątku, nie było czego nam zabierać. Jedynie Krakowski Dom Kultury, teraz Małopolski Ośrodek Kultury, dawał nam, nieformalnie, kącik, gdzie mogliśmy skorzystać z telefonu, z faksu... Dopiero 12 lat temu powstało Towarzystwo Przyjaciół Piwnicy Pod Baranami, które prowadzi w imieniu kabaretu np. rozmowy w kwestii wynajmu naszego lokalu.
   - Ale można Was było nie puszczać za granicę...
   - Nieraz sobie myślę, że te nasze rozmaite wyjazdy do Włoch, USA, Francji, Szwajcarii to jakiś cud. I zawsze będę pamiętał nerwy poprzedzające każdy wyjazd - dadzą paszporty czy nie. Do Arezzo w 1983 roku jechaliśmy otrzymawszy dokumenty w przeddzień.
   - Opłaciły się te nerwy, wróciliście z Grand Prix...
   - I jeszcze pojechaliśmy stamtąd na audiencję do Ojca Świętego, co załatwiliśmy z Michałem Ronikierem, telefonując z Włoch do księdza Dziwisza. Pozostawiła w nas niezapomniane przeżycia, a i zabawne wspomnienie. Wszedł papież, przywitał się z Piotrem mówiąc: "Panie Piotrze, znam pana z Krakowa, jest mi bardzo miło...". _Na co Piotr: "_Ja też pana znam z Krakowa...". _Po czym przedstawiając nas był tak spięty, że stojąc przed Anią Szałapak, nagle szepnął: "_Jak ty się nazywasz?".
   - Przetrwać tyle lat na wariackich papierach, to było możliwe chyba tylko w Krakowie, zwłaszcza gdy się ma takie pomysły, jak np. ten z 1973 roku, kiedy to w Niepołomicach odsłoniliście pomnik Barana, z napisem "_Baranowi naród", _co miało być aluzją do świeżo postawionego pomnika Wodza Rewolucji w Nowej Hucie...
   - Pamiętam, stanął ów pomnik na środku zniszczonego wówczas dziedzińca niepołomickiego pałacu, ale czy to miało związek z pomnikiem Lenina - nie kojarzę. Awanturę o Lenina przeżyliśmy na pewno po naszych występach w 1980 roku w warszawskim klubie Stodoła. Przywykliśmy wcześniej do tego, że Piotr był wzywany, sam albo ze mną, na rozmaite dywaniki, ale to nigdy nie było zbyt groźne, zwłaszcza że on miał świetne wytłumaczenie. Mówił, że nie pamięta, bo był pijany i to ucinało dalsze pytania. Co najwyżej ja słyszałem: _"Pan ma taki wpływ na pana Piotra, niech pan coś zrobi...". _W Warszawie zrobiła się jednakże afera niezwykła, na występie był bowiem ambasador ZSRR. I co ujrzał? Wiszącą nad fortepianem klatkę z popiersiem Lenina i świeczką do tego... Doszło do oficjalnego protestu w naszym MSZ. Piotr najpierw tłumaczył, że to był Konfucjusz, a w końcu złożył oświadczenie, że już nigdy nie włoży Lenina do klatki.
   - Byłeś przy narodzinach karier wielu artystów. Która Cię najbardziej zaskoczyła?
   - Chyba Zbyszka Preisnera. Pewnie nikt nie sądził, że ten student historii, piszący fantastyczne pieśni jak: "Czarna sukienka", "Koniew", "Kolęda warszawska", stanie się w przyszłości kompozytorem o światowej renomie. Możemy tylko być dumni, że wyszedł z Piwnicy. Sam najbardziej jestem dumny z Grzegorza Turnaua; jest fantastycznym człowiekiem i artystą, którego sam, nie konsultując tego z nikim, zaprosiłem po koncercie finałowym XX Studenckiego Festiwalu Piosenki do kabaretu.
   - A Twoje najtrudniejsze chwile w ciągu tych 28 lat?
   - Odejście Piotra. Spędzaliśmy po kilka godzin dziennie, czasami całe dni i noce, byliśmy jak papużki nierozłączki, choć notorycznie kłóciliśmy się, mieliśmy bowiem odmienne zdania na temat tego, jak powinna Piwnica wyglądać. I oto zostałem sam.
   - Nie ma Piotra Skrzyneckiego, nie ma Janiny Garyckiej, dwojga wielkich autorytetów piwnicznych. U kogo teraz szukasz rady?
   - Głównie u Zygmunta Koniecznego, który jest dla mnie bardzo ważną osobą w Piwnicy, często rozmawiam z Kaziem Wiśniakiem, wcześniej, bo ostatnio była zajęta pisaniem kolejnej książki, z Joanną Ronikier... Mimo upływu lat, wielu piwniczan z dawnych lat wciąż utrzymuje z nami kontakt. Niektórzy wracają, jak Tadeusz Kwinta...
   - A co najbardziej przeszkadza w prowadzeniu kabaretu?
   - To samo, co od lat; może tak już musi być. Może to nawet siła Piwnicy? Myślę o lęku, by w sobotni wieczór była odpowiednia liczba odpowiednich artystów, bo program się opiera na kilku osobach, to nie jest tak, że wszystko jedno, kto przyjdzie. Muszą być te sztandarowe postaci...

   - Czyli?
   - Muszę wymieniać? No, dobrze. Publiczność oczekuje, by w sobotę byli: Halina Wyrodek, Ewa Wnuk, Ola Maurer, Agnieszka Chrzanowska, ostatnio bardzo jest lubiany Andrzej Talkowski, bardzo potrzebny jest Czesio Wojtała... Oczywiście dobrze, jak są wszyscy, niemniej to jest jak w filmie, a nie ma filmu wyłącznie z drugoplanowymi postaciami. Ale nie zadawaj mi takich pytań, bo one zawsze prowadzą do napięć, kogoś nie wymienię i już jest powód do pretensji...
   - Leszek Wójtowicz, pominięty przed laty przez Piotra Skrzyneckiego w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego", przez rok omijał kabaret. Też go nie wymieniłeś. Wolę zmienić temat. Pamiętniki piszesz?
   - Nie. Boleję nad tym, ale nie czuję takiej potrzeby, podobnie jak nie jestem skarbnicą anegdot o Piwnicy. To Leszek Wójtowicz jest specjalistą, także od wymyślania.
   - A jednak go wymieniłeś. Jak sądzisz - dotrwasz w Piwnicy do emerytury?
   - To naprawdę nie ode mnie zależy. W Piwnicy jest demokracja - nie tylko finansowa. Choć oczywiście chciałbym, by Piwnica istniała. Czy to się uda? Nie wiem. Jest coraz trudniej...
   - Czemu?
   - Z wielu powodów, głównie ekonomicznych. Przez całe lata miewaliśmy kłopoty, ale wyłącznie natury politycznej, cenzorskiej. Teraz z kolei musimy walczyć o pieniądze. Sponsorzy chętnie dają, ale na imprezy w hali na kilka tysięcy osób, a nie kabaretowi, który odwiedzą w jego siedzibie cztery tysiące widzów w ciągu roku. Na szczęście mamy mecenasów - Telekomunikację Polską i Bank PKO BP. Na rok przyszły szukamy dwunastu, by każdy był mecenasem jednego miesiąca. W przeszłości szef firmy, chcąc nam pomóc, decydował sam. I tak podłogi i ogrzewanie zawdzięczaliśmy dyr. Lorethowi z Huty Lenina, obecnie Sendzimira, dyr. Barszcz z Budostalu wybudował nam bar wraz z zapleczem... A i artyści nie pytali o pieniądze. Niedawno zdarzyło się, że zaśpiewała pewna debiutantka, bo dalej jest tak, że każdy może raz wystąpić na własną odpowiedzialność, po czym podeszła do mnie i zapytała o honorarium.
   - Myślisz już o 50-leciu kabaretu?
   - Tak.
   - I co?
   - Powoli, na razie jeszcze czekają nas atrakcje 45-lecia: 12 września piąty już "Koncert dla Piotra S.", 28 września - wymyślona przez Marka Pacułę Parada 12 Alegorii Uosabiających Wady Krakowian, Które Ściągnęły na Miasto Wielki Pożar, jaki wybuchł 18 lipca 1850 roku. Potem promocja płyty Oli Maurer i 11 listopada koncert w warszawskiej Sali Kongresowej, połączony z promocją 5-płytowego albumu z archiwalnymi nagraniami kabaretu, i wiele koncertów w kraju...
   - No, i wkrótce zostaniesz ojcem?
   - To fantastyczne w moim wieku. Może nawet będzie to syn? I może po 20 latach zastąpi mnie w kabarecie...
   - A najpierw przyjdzie z Tobą do baru...

Dotacja pomogła im w rozkręceniu lokalu

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie