Ciągle o nim

Redakcja
Nowy Jork zmienia się jak kapryśna kobieta

Franciszek Palowski

Franciszek Palowski

Nowy Jork zmienia się jak kapryśna kobieta

   O Nowym Jorku mówi się, że jest miastem, które nigdy nie śpi. Jest też miastem, o którym nigdy nie można napisać skończonej książki. Bo zmienia się jak kapryśna kobieta. Dotyczy to głównie architektury tego miasta. W ostatnich latach zmieniła kompletnie swoje oblicze nie tylko sławna 42. ulica. Dawniej ulica podejrzanych lokalików i kin z pornograficznymi prezentacjami - dziś nowoczesnych i drogich hoteli i wspaniałych kinoteatrów. Ale dotyczy to także takich "peryferyjnych" przed laty okolic jak Trzecia czy nawet Druga Aleja, które zaczynają dorównywać zabudowie ekskluzywnej Park Avenue. To dowód, że na Manhattanie jest coraz ciaśniej. Ale zmiany są także inne. Okazuje się, że opuszczony pół wieku temu przez jazzmanów Harlem na nowo staje się modnym miejscem koncertów jazzowych, zapowiadanych przez największe gwiazdy telewizyjne, takie jak Bill Cosby, że na Brooklyn powracają wygnane kiedyś stamtąd browary. Ja także ciągle odkrywam tajemnice Nowego Jorku, a to tajny peron na stacji kolejowej Grand Central, by można było na nim wyładować samochód prezydenta Roosevelta, po to, by ukryć jego chorobę, jej tajną elektrownię, dzięki której pociągi lokalne na Long Island mogły kursować bez obawy o atak terrorystyczny na publiczne elektrownie, nie mówiąc o słynnym tamże "Barze ostrygowym", znanym z wielu dzieł amerykańskiej literatury, czy ciągle nowych, fascynujących wystawach w Metropolitan Museum (ostatnio ściągnięto tu z całego świata dzieła El Greca), i tak dalej, i tak dalej. Wiem, że książkę o Nowym Jorku trzeba by pisać co roku od nowa. Ja właśnie zaczynam, a właściwie zacząłem miesiąc temu podczas ostatniego tam pobytu.
   Swoje odkrywanie go wciąż na nowo zacząłem od pielgrzymki na dół Manhattanu, w miejsce, gdzie stały słynne Twin Towers, bliźniacze studziesięciopiętrowe wieżowce World Trade Center. Przyznaję, że bałem się tego, co zobaczę, mając w pamięci koszmarne relacje telewizyjne z 11 września 2001 r. i dni następnych. Ale okazało się, że koszmar już minął i to, co zobaczyłem, jest po prostu dobrze zorganizowanym placem budowy, gotowym do realizacji projektów niedawno rozstrzygniętego konkursu. Choć tak naprawdę to jeszcze nie do końca rozstrzygniętego, gdyż w czasie mojego pobytu zaczęto się właśnie zastanawiać, czy najwyższy gmach zatwierdzonego projektu powinien mieć 1776 stóp, czym nawiązywałby do daty narodzin Stanów Zjednoczonych - jak chce autor nagrodzonego projektu, czy też sto metrów więcej, jak chcieliby właściciele nadawczych anten, które będą zainstalowane na jego dachu, by mieć większy zasięg.
   Pierwsza rzecz, jaka się tu rzuca w oczy po wyjściu z podziemi metra, to straganiki z pamiątkami związanymi z nieistniejącymi już gmachami. Najwięcej jest kryształowych miniaturek World Trade Center. Ale są także pamiątki, i to liczne, związane z nowojorskimi policjantami i strażakami. Po tym, co zrobili w tamtych dniach i z powodu ofiar, jakie ponieśli, policjanci i strażacy cieszą się w Nowym Jorku niesłychanym mirem.
   Zaraz obok stoi kościół Świętego Pawła. Na nagrobkach otaczającego go cmentarza niewyraźne, zniszczone przez czas twarze i nazwiska, rzeźbione w sczerniałym piaskowcu z czasów kolonialnych, które dawniej trwały w idealnej symbiozie starego i najnowszego. Kościół św. Pawła to najstarszy budynek publiczny na Manhattanie, będący w nieprzerwanym użytku od 1766 roku. Jest dziełem dwóch Francuzów - Andrew Gautiera i Pierre’a L’Enfanta, który zaprojektował także stolicę kraju - Waszyngton. W lewej nawie kościoła eksponowany jest fotel i klęcznik Jerzego Waszyngtona, którego pierwszy prezydent USA używał po zaprzysiężeniu go na ten urząd w Nowym Jorku 30 kwietnia 1789 roku. Po ataku terrorystycznym na World Trade Center kościół św. Pawła służył jako miejsce odpoczynku dla pracujących w gruzach WTC ratowników. Przez osiem miesięcy setki ochotników pomagały im przez okrągłą dobę wydając posiłki, szykując miejsca dla snu i modląc się za strażaków, policjantów i robotników pracujących na gruzowisku, nie mówiąc o terapeutach, muzykach i innych ludziach pomagających im przetrwać straszliwy stres po ataku. Przez pierwszy rok na płocie okalającym kościół św. Pawła wisiały tysiące zdjęć osób, które zginęły pod gruzami World Tade Center, oraz listy od ich rodzin z wyrazami żalu po utraconych bliskich. Obecnie w kościele sporządzono z tych materiałów wystawę zatytułowaną "Z prochu". W tym miejscu po tym, co się tu stało lepszego zastosowania cytatu: "Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz" nie można było znaleźć. Swoją drogą, kościół ten staje się w pewnym sensie symbolem trwania Nowego Jorku. Po raz pierwszy przetrwał wielki pożar w 1776 roku. A dwa lata temu tę straszliwą katastrofę, stojąc dosłownie po drugiej stronie ulicy, gdy wiele innych sąsiadujących budynków ucierpiało lub zniknęło. Można by zaryzykować powiedzenie, że jest swoistą nowojorską "opoką".
   Kilkaset metrów dalej na samym dole Manhattanu w Battery Park, skąd teraz odpływają promy pod Statuę Wolności, uwagę zwracają dwa pomniki. Jeden, dawny, poświęcony marynarzom, którzy oddali życie za Amerykę, i drugi najnowszy. Jest to rzeźba niemieckiego twórcy Koeniga przedstawiająca kulę ziemską. Rzeźba stała dawniej przed bliźniakami World Trade Center. Uszkodzona została przez spadające elementy wieżowców, które na nią runęły rankiem 11 września 2001 roku. Taką zniszczoną przeniesiono do Battery Park i zapalono przed nią znicz z wiecznym ogniem dla upamiętnienia tych, którzy zginęli w tym terrorystycznym zamachu. Jest stałym punktem zdjęć licznych amerykańskich i zagranicznych wycieczek.
   Wracając stamtąd przeszedłem przez Wall Street. Fragment ulicy przed nowojorską giełdą ogrodzony jest barierkami, a gmachu nadal strzegą policjanci z antyterrorystycznych jednostek wyposażeni w broń długą. Ale to jedyne miejsce, gdzie tak ostentacyjnie demonstruje się siłę. Gdzie indziej sytuacja wygląda na normalną. Nawet na lotnisko wystarczy przyjechać dwie godziny przed odlotem, a nie pięć godzin jak dwa lata temu. Są też na to i inne dowody. Mówiła mi znajoma mieszkanka stanu Massachusetts, że tuż po słynnym 11 września w każdy weekend w malutkim miasteczku, w którym mieszka, pojawiały się eleganckie samochody z nowojorską rejestracją, a ich właściciele rozpytywali o domy na sprzedaż. I wszystko, co było na rynku, natychmiast znajdowało kupców. Na wszelki wypadek, by mieć gdzie uciec z niebezpiecznego miasta. Wydawało się wtedy, że Nowy Jork się wyludni. Tymczasem po dwóch latach liczba chętnych do osiedlenia się w Nowym Jorku tak rośnie, że ceny mieszkań wzrosły tu o 40 procent i cena niewielkiego mieszkania po raz pierwszy przekroczyła 900 tysięcy dolarów. I znajdują nabywców. Co prawda na wystawie biura nieruchomości sprzedającego mieszkania w kolejnym domu budowanym przez słynnego miliardera Trumpa kuszą cenami zaczynającymi się od 300 tysięcy, ale mój przyjaciel działający na rynku nieruchomości twierdzi, że to musi być malutka garsoniera, a wzrost cen tłumaczy wojną w Iraku. "Najszybciej koszty tej operacji odczuliśmy na stacjach benzynowych, wlewając do baku coraz droższą benzynę, która po raz pierwszy przekroczyła cenę 2 dolarów za galon" - mówi i prognozuje, że jeżeli tak dalej pójdzie, to Bush wybory o reelekcję przegra z kretesem. I choć wiele na to wskazuje, to ile jest w tym stwierdzeniu "wishfull thinking" zdeklarowanego demokraty, uczestnika protestów antywojennych sprzed 30 laty, a ile trafnej analizy, pokaże czas.
   Tuż przed moim powrotem był piękny, ciepły dzień. Postanowiłem pojechać na Coney Island, modną niegdyś nowojorską plażę w Brooklynie, potem trochę zapomnianą. I tu sporo się zmieniło. Przybyło wiele kilkunastopiętrowych bloków. Obudowywane są tutejsze wesołe miasteczka ciągnące się wzdłuż nadmorskiej promenady z największymi niegdyś na świecie diabelskimi młynami. Na promenadzie ciągnącej się wzdłuż Atlantyku słychać głównie język rosyjski. Po plaży, nad którą latają ostatnie motyle tego lata, snują się emeryci z pobliskich domów, nieliczni śmiałkowie zażywają morskiej kąpieli, molo okupują wędkarze i poławiacze krabów. Wysoko nad nami wisi policyjny helikopter patrolujący plażę. Gdy wsiadałem do metra, minąłem kilkumetrowej wielkości tabloid informujący o naborze kandydatów do nowojorskiej policji. Przedstawia grupkę policjantów i policjantek. A podpis brzmi: "Szukamy bohaterów". I nikt im sprayem nie dorysowuje wąsów jak gwiazdom filmowym Hollywood na sąsiednich ogłoszeniach.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie