Cień Rogożyna

Redakcja
- Po skończeniu PWST przez dwa lata aktorsko eksperymentowałeś w przedstawieniach Schaefferowskich. Aktor u Schaeffera musi zagrać na własnym ciele jak na muzycznym instrumencie. Tego nie uczy szkoła teatralna.

Z RADOSŁAWEM KRZYŻOWSKIM rozmawia Łukasz Maciejewski

   - Wchodzimy w zawód z przekonaniem, że będziemy pracowali nieustannie, i to wyłącznie nad rzeczami ważnymi. Szybko okazuje się jednak, że nie zawsze tak musi być. Jeszcze na czwartym roku szkoły dostałem angaż do Teatru im. J. Słowackiego i niemal od razu wszedłem w próby "Wesela" Canettiego w reżyserii Bohdana Hussakowskiego, gdzie zagrałem Thuta, ale w ślad za tą rolą nie poszły, niestety, następne.
   Mniej więcej w tym okresie pojawiła się ze strony prof. Schaeffera ciekawa propozycja teatralna. Z okazji 66. urodzin tego twórcy razem z Błażejem Wójcikiem przygotowaliśmy okolicznościowe przedstawienie "Scenariusza dla dwóch aktorów i skrzypka" w reżyserii samego jubilata. Przedsięwzięcie okazało się na tyle udane, że potem zrobiliśmy jeszcze dwa inne Schaefferowskie spektakle: Błażej - "Audiencję I", ja - "Audiencję IV", które graliśmy w całej Polsce. Wiele się wtedy nauczyłem, bo zmierzenie się z monodramem jest bardzo dobrą szkołą zawodu, a dodatkowo u Schaeffera aktor musi bez trudu pokonywać wszelkie techniczne przeszkody, począwszy od opanowania fonicznych niuansów tekstu, a skończywszy na animowaniu własnym ciałem scenicznej przestrzeni.
- Schaefferowskie zagadnienia scenicznej iluzji i deziluzji, prawdy scenicznej i fałszu przydały Ci się później w bardzo dobrze ocenionych rolach w awangardowych "Pokojówkach" Geneta i "Skórze węża" Slobodana, spektaklach
inaugurujących działalność Stowarzyszenia Teatralnego "Łaźnia".
   - Pomysłodawca "Łaźni", Bartek Szydłowski, szukał ludzi, którzy pomogliby mu w zrealizowaniu marzenia, jakim było stworzenie teatru w starej żydowskiej mykwie na Kazimierzu. "Pokojówki" w reżyserii Pawła Miśkiewicza i "Skóra węża", spektakl Tanji Miletić-Orucević, inaugurowały tę działalność. "Łaźnia" jest dzisiaj modnym miejscem, cieszę się, że miałem w tym swój udział.
- Mimo iż przeszedłeś z Teatru im. J. Słowackiego do Starego, nadal kojarzony byłeś przede wszystkim z teatrem nieinstytucjonalnym. Wydarzeniem scen offowych 1999 r. był "Sen pogodnego karalucha" według Daniła Charmsa w reżyserii Łukasza Czuja.
   - To była chyba ostatnia z rzeczy niezależnych, w których brałem udział. Łukasz Czuj opracował tekst oparty na utworach Charmsa, a potem długo wspólnie szukaliśmy jakiegoś "haka" na ten oberiucki świat. Przez trzy miesiące pracowaliśmy tylko nad trzema scenami, wychodząc z założenia, że jeśli z tego fragmentu "wykitłasi się" - cytując Witkacego - jakaś forma, to rozleje się na całość. To wszystko zadziałało dopiero na dwa, trzy tygodnie przed premierą, kiedy zaczynaliśmy już tracić nadzieję. Spektakl jednak został bardzo dobrze przyjęty, a na szczecińskim "Kontrapunkcie" zostaliśmy z Błażejem Wójcikiem za "Karalucha" uhonorowani nagrodami aktorskimi. Jednak szybko, o wiele za szybko, przestaliśmy to przedstawienie grać, ale tak to już jest ze spektaklami offowymi.
- Toteż w końcu konsekwencją sukcesów w teatrze niezależnym był pierwszy sukces w teatrze komercyjnym: za rolę "Hamleta" w słynnym spektaklu Krzysztofa Jasińskiego w Teatrze STU dostałeś nagrodę Ludwika.
   - Krzysztof Jasiński miał bardzo wyrazistą wizję swojego Hamleta - chciał "tylko" i "aż" opowiedzieć przejmującą historię w sposób zrozumiały dla współczesnego widza. Głosy były podzielone - niektórzy pisali, że nareszcie powstał "Hamlet" dla ludzi - przystępny, zrozumiały, zrealizowany w zgodzie z literą Szekspira, inni twierdzili, że spektakl jest błahy, banalny, że nie niesie żadnych zaskoczeń. Tak czy owak, dla mnie "Hamlet" Jasińskiego stanowił przełom. Efektem pracy w STU jest najciekawszy aktorsko okres, jaki miałem od skończenia szkoły: w ciągu ostatnich dwóch lat mogłem się mierzyć z Dostojewskim, Czechowem, Szekspirem, Witkacym i Mrożkiem. Wydaje mi się też, że bez doświadczenia z Hamletem nie miałbym odwagi, by "podejść" np. do Rogożyna w "Idiocie".
- No właśnie, Rogożyn - Twoja pierwsza tak poruszająca kreacja teatralna, przy tym rola prawdziwie deprymująca, jeśli wziąć pod uwagę ilość i jakość dotychczasowych adaptacji. Wyszedłeś z tej konfrontacji zwycięsko.
   - Czasami wysiłek włożony przez aktora jest zupełnie nieproporcjonalny do jakości przedstawienia. Widziałem wiele świetnych ról w kiepskich spektaklach, których nikt nie zauważał, natomiast kiedy przedstawienie jako całość satysfakcjonuje, trudno tych dobrych ról nie dostrzec. "Idiota" Dostojewskiego w reżyserii Barbary Sass został przez wielu uznany za wydarzenie, czego i ostatnie Ludwiki potwierdzeniem, ale też chyba nigdy wcześniej nie zdarzyła mi się sytuacja, w której aktorzy pracowali nad rolami aż tak intensywnie. Skala skupienia, gorliwości, wola walki o tekst i o siebie w tym przedstawieniu była dla nas samych, także dla reżyserki, zaskoczeniem. Pamiętam niekończące się dyskusje przed premierą, które z ekipą "Idioty" odbywaliśmy tutaj, "Pod Chochołami". Często spędzaliśmy w teatrze po kilkanaście godzin.
- Świat okrucieństwa, nędzy i głodu uczuć w "Idiocie" wymagał więc specjalnych poświęceń.
   - Wiedzieliśmy, że materia taka jak Dostojewski wymaga od nas "zajęć pozalekcyjnych". Basia Sass była zaskoczona, że ciągle próbowaliśmy także bez niej, żeby na "oficjalne" próby mieć przygotowane konkretne propozycje. Mówiła nam, że taka sytuacja spotkała ją po raz pierwszy. Ten spektakl rodził się więc z wielu gwałtownych, burzliwych rozmów, dyskusji, kiedy wzajemnie przekonywaliśmy się o swoich intuicjach, racjach, ciągle niepewni, czy to się w ogóle da zrobić na scenie.
- Rogożyn u Dostojewskiego często traktowany jest jako posępny hulaka, który ulega porywom wyniszczającej namiętności do Nastazji. Twój Rogożyn jest o wiele bardziej wieloznaczny.
   - O Rogożynie pokutują pewne mity: że to demon wcielony, uosobienie zła, człowiek posępny itd. Kiedy wiedziałem już, że zagram Rogożyna, przeczytałem "Idiotę" Dostojewskiego ponownie, ale tym razem pod kątem tej postaci i ujrzałem kogoś dalece bardziej złożonego. Rogożyn to bardzo dziwna postać, facet, który wychował się w domu przesiąkniętym religią. Przez całe lata mieszkali u niego staroobrzędowcy. Zza ścian nieustannie dochodziły modlitwy, psalmy, żywoty świętych. I chociaż można odnieść wrażenie, że Rogożyn mija się z Bogiem, to jednak jest w pewien sposób przesiąknięty ekstatyczną religijnością. U Rogożyna Bóg sąsiaduje z bluźnierstwem. Dostojewski w sławnym liście o "Idiocie" pisał, że prawdziwa świętość zawsze pojawia się obok świętokradztwa, nie da się jej dotknąć wyłącznie przez doświadczenie "czystości". Ruscy "jurodiwi" funkcjonowali zawsze na pograniczu szaleństwa i świętości. Podobnie u Rogożyna: obłęd, zło - naturalnie, ale również nieogarniona, choć zabójcza, miłość.
- W świecie Dostojewskiego grzesznik może dosięgnąć nieba, święty zaś schodzi do otchłani. Ponurym niebem Rogożyna w tym spektaklu jest Nastazja Filipowna w znakomitej interpretacji Anny Radwan.
   - Rogożyn ulega szaleństwu, które demon zazdrości przepoczwarza w nienawiść. Nastazja w liście do Agłai pisze, że oczy Rogożyna cały czas milczą, że on ma straszne oczy. Kiedy Myszkin mówi mu: Zazdrość przez ciebie przemawia, chory jesteś, ma rację. Rogożyn, na swoje nieszczęście, spotyka kobietę - nazwijmy to umownie - fatalną, w której zakochuje się bez pamięci. A ona go nieustannie upokarza. To go rzuca, to znów do niego wraca, znów rzuca, prowokuje innych mężczyzn, a co najgorsze - prawdopodobnie kocha innego... Powiedz, który facet by to wytrzymał?
- Pewnie dlatego Twój Rogożyn ciągle zmaga się z cielesną żądzą, popędami, instynktem samozniszczenia.
   - Nastazja dobrze go określa, mówiąc: Ty do wszystkiego podchodzisz z namiętnością, wszystko u ciebie sprowadza się do namiętności. Rogożyn kieruje się, błędnymi być może, impulsami, ale z pewnością nie jest wcieleniem zła. Spotyka niewłaściwą osobę - podobnie jak on skomplikowaną, zapętloną, neurotyczną, a ponieważ w jakiś sposób jest prostakiem wychowywanym w kulcie pieniędzy, wydaje mu się, że tę kobietę będzie mógł sobie kupić, licytując innych konkurentów. Płaci za tę pomyłkę wysoką cenę.
- W pięknej scenie finałowej spektaklu Rogożyn odzyskuje na nowo spokój: jest czuły wobec Nastazji, wiedząc, że tylko umarła może być naprawdę jego własnością.
   - Od pewnego momentu Rogożyn na pewno jest chory. Dostojewski pisze zresztą, że stwierdzono u niego zapalenie mózgu, ale jeżeli żyje się w tak potwornym napięciu, tak przeraźliwym stresie, to choroba jest tylko logiczną konsekwencją takiej egzystencji. Po zamordowaniu Nastazji Rogożyn odzyskuje na kilka godzin spokój. To jest poza logiką, że akurat on, który był gejzerem namiętności, teraz spokojnie, logicznie i beznamiętnie przyznaje się do morderstwa.
- Przecinanie się tych dwóch par: Myszkina i Agłai oraz Nastazji i Rogożyna przypomina szekspirowski dramat czteroaktowy: fatalna para druga układa się z reguły w poprzek drogi do szczęścia pierwszej, pozytywnej.
   - To wszystko nie jest chyba takie proste. Postaci Dostojewskiego nie wolno rozpatrywać za pomocą klucza psychologicznego, bo one się temu nie poddają. Rogożyn kocha Nastazję naprawdę, ale bardzo szybko ta miłość znajduje się na pograniczu nienawiści. Kocha Nastazję i nie rozumie Myszkina. Jan Nowicki powiedział mi, że Myszkin może chciałby być taki jak Rogożyn, ale Rogożyn na pewno nie chciałby być taki jak Myszkin. Lepiej nie można było tych zależności podsumować.
- Rogożyn w Twojej interpretacji jest niesłychanie witalny, naładowany jakąś nieprawdopodobną energią.
   - Zawsze czytałem Rogożyna właśnie w ten sposób, wydaje mi się, że w pewien sposób go rozumiem, bo jestem człowiekiem, który w życiu także doświadczał uczucia zazdrości i wie, jakie instynkty to może wyzwalać.
- Swą witalnością obdzieliłby połowę krakowskich aktorów. W każdej sytuacji walczy o swoje - to zdanie z "Przekroju" dotyczy w zasadzie wszystkich Twoich ról.
   - Jeśli zdarza mi się grać role, w których nie gram całym sobą, mam poczucie porażki. Czuję, że albo reżyser coś zaniedbał, albo ja nie włożyłem w tę rolę tyle wysiłku, ile powinienem.
- Wcześniej wspominałeś o różnorodności ról, autorów, z którymi w ostatnim okresie się mierzyłeś. Zapamiętałem przede wszystkim pyskatego Jaszę z "Wiśniowego sadu" Czechowa, dochodzącego do prawdy Pawła z "Cara Mikołaja" i przede wszystkim Czeladnika z "Trzeciego aktu według `Szewców`" Witkacego, rolę, za którą niedawno zostałeś nagrodzony na XXVIII Opolskich Konfrontacjach Teatralnych "Klasyka Polska". To było Twoje pierwsze spotkanie z Jerzym Jarockim?
   - Tak i po tym spotkaniu dochodzę do wniosku, że każdy aktor powinien przynajmniej raz w życiu spotkać kogoś takiego jak Jarocki. Sposób analizy tekstu, poziom niezadowolenia z pracy aktora i - co za tym idzie - stawianie mu ciągle wyższych wymagań, to niezwykle pouczające doświadczenie. Jarocki jest reżyserem, który stwarza w trakcie prób taką atmosferę, że chciałoby się jego wysokim wymaganiom sprostać, chociaż wiadomo, że na kolejnej próbie postawi poprzeczkę jeszcze wyżej, znajdzie coś, czego jeszcze brakuje. Wydaje mi się, że dzięki pracy z Jarockim mam dzisiaj większą świadomość tego, co i jak gram. Oczywiście, można dyskutować, czy Witkacy w formule zaproponowanej przez Jarockiego jest dla współczesnego widza wystarczająco atrakcyjny, czy ciągle jest odkrywczy, jednak sama praca z mistrzem tej klasy dała mi bardzo wiele.
- Ciekawe propozycje teatralne nie idą w parze z zainteresowaniem kina Twoją osobą.
   - Bo też nie zrobiłem niczego, żeby kino za mną zatęskniło. Nigdy nie wysyłałem swoich zdjęć producentom, rzadko brałem udział w castingach, nie jestem zrzeszony w żadnej agencji. W Warszawie jestem kompletnie anonimowym nazwiskiem i mam świadomość, że starając się o rolę w filmie, startuję od zera.
- Użyłeś czasu przeszłego: Twoja obojętność wobec kina ma zatem się zmienić?
   - Musi się zmienić. Prawdę mówiąc, od całej tzw. magii kina - kamer, planów filmowych, pośpiechu - znacznie bardziej odpowiada mi skupione dochodzenie do roli na sali prób w teatrze. Niestety, z czegoś muszę żyć, a miłość do teatru jest finansowo nieodwzajemniona. Zresztą obserwując to, co zdarzyło się w polskiej kinematografii w ciągu ostatniej dekady, nie mam specjalnie czego żałować. Obejrzałem w tym czasie może kilka ról, które chciałbym zagrać. Z drugiej strony coraz częściej do głosu dochodzi nowe pokolenie reżyserów, które ma coś ciekawego do powiedzenia: Smażowski, Trzaskalski, Siekierzyńska, więc może oni...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie