Coraz więcej narkotyków, coraz młodsi handlarze

Redakcja
Rośnie liczba przestępstw narkotykowych. Według CBŚ to teraz główne źródło dochodów gangów, które do dystrybucji zatrudniają coraz młodsze osoby.

Ceny narkotyków na krakowskim rynku: 1 gram amfetaminy - 10-20 zł, tyle samo 1 gram marihuany, 1 gram kokainy - 150-200 zł.

NIEBEZPIECZEŃSTWO! Na krakowskim rynku króluje marihuana i amfetamina. Można je kupić praktycznie wszędzie.

W ubiegłym tygodniu funkcjonariusze CBŚ przejęli w Krakowie narkotyki o wartości około miliona złotych: amfetaminę, ecstasy i tzw. pigułki gwałtu. Należały do gangu, który stworzył i nadzorował dilerskie siatki, działające przede wszystkim w lokalach i dyskotekach. Ostatnio w Krakowie niemal każdego dnia wpada jakiś handlarz z "towarem". Od początku roku policjanci z komendy miejskiej zatrzymali 115 dilerów, przechwycili narkotyki o wartości około 200 tys. zł
- To znacznie więcej niż w ubiegłym roku. Zatrzymujemy przeważnie młodzież - 17-18-latków oraz studentów. Górna granica wiekowa to zazwyczaj 30 lat, a przekrój zawodów jest najrozmaitszy. Większa liczba spraw jest głównie efektem systematycznego rozpracowywania dilerów. Tych przestępstw nikt nam przecież nie zgłasza, w przeciwieństwie do np. zgłoszeń kradzieży rowerów. Ale większa liczba spraw narkotykowych świadczy również o rosnącej skali zjawiska - przyznaje starszy aspirant Marek Dąbkowski, zastępca naczelnika wydziału do walki z przestępczością narkotykową krakowskiej komendy miejskiej.
Wiosną tego roku policja zatrzymała czterech krakowskich żaków, którzy na miasteczku studenckim handlowali narkotykami.
- To był taki mały sklepik, w którym można było kupić narkotyki o każdej porze dnia i nocy. Działał od kilku miesięcy w jednym z pokoi akademika. Miał stałych klientów i większość mieszkańców miasteczka o nim wiedziała - mówi kom. Katarzyna Cisło z zespołu prasowego małopolskiej policji.
Według śledczych, zatrzymani studenci zdominowali handel narkotykami na miasteczku, a na sprzedaż marihuany mieli nawet wyłączność. Ich zysk sięgał 25 proc. ceny narkotyków. Podobne dochody uzyskiwały dwa młode małżeństwa, które przez pewien czas handlowały narkotykami na krakowskim Podgórzu. Działali wspólnie i wyjątkowo aktywnie (nie oszczędzały się także obydwie kobiety, będące w ciąży). W końcu ich operatywność zwróciła uwagę policji i doszło do zatrzymania.
Wśród młodzieży największy popyt jest obecnie na marihuanę, uznawaną za bezpieczny narkotyk. Niesłabnącym powodzeniem cieszy się też amfetamina. Bogatsi klienci coraz częściej sięgają już jednak po kokainę, której działanie jest podobne, ale utrzymuje się dłużej.
Ostatnio z krakowskiego narkotykowego rynku niemal zniknęły tabletki ecstasy. Zniknęły, bo - jak niektórzy twierdzą - były tak zanieczyszczone, że istniało ryzyko, iż można się po nich "przekręcić". Spory transport takich pigułek (ok. 80 tysięcy) przechwycił jednak w ubiegłym tygodniu krakowski CBŚ. Były wśród nich tzw. tabletki gwałtu, zawierające GHB (kwas gammahydroksymasłowy), używane przez przestępców do obezwładniania ofiar. Po ich zażyciu człowiek traci świadomość, często budzi się dopiero po kilku godzinach i nic nie pamięta.
W ciągu ostatnich lat krakowski rynek narkotykowy bardzo się zmienił. Nie ma już tradycyjnego "bajzla". Zastąpił go handel obwoźny.
- Zamówienia realizowane są głównie na telefon. Diler ma do dyspozycji kilka "komórek", często zmienia numery i zazwyczaj nigdy nie pojawia się w tym samym miejscu. Dowozi towar niemal pod dom klienta. Problemów z zakupem nie mają nawet obcokrajowcy, którzy przejeżdżają do Krakowa tylko na weekend i nikogo tutaj nie znają. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zaoferuje narkotyki: w hostelu, pubie, na dyskotece. Nie ma takich miejsc, w których nie można ich kupić. Handlarze pojawiają się wszędzie, gdzie jest zbyt. Kiedyś zwiększony popyt obserwowaliśmy w okresie matur lub sesji studenckich, dziś ten rynek już się ustabilizował. Kraków to miasto turystyczne, więc przez cały rok jest duży popyt i duży zbyt. Świadczą o tym chociażby spadające z roku na rok ceny - przyznają policjanci.
Jeszcze kilka lat temu za działkę amfetaminy, tzw. "setkę" (0,1 grama) trzeba było zapłacić w Krakowie 10-15 zł. Dzisiaj ta sama porcja kosztuje najwyżej 2 złote i nikt już nie zawraca sobie głowy rozważaniem białego proszku po 0,1 grama. Handlarze sprzedają dawki 1-gramowe za 10-20 zł, przy czym każda zawiera tylko 17-18 proc. czystej amfetaminy. Pozostałość to domieszki - najczęściej kofeina. W ten sposób z każdego kilograma amfetaminy, wyprodukowanej w laboratorium do sprzedaży trafia ponad 4 kg "towaru".
W podobny sposób "fałszują" marihuanę, dodając do brunatnego suszu podbiał lub majeranek. Kiedyś ten narkotyk przemycano do Polski głównie z Holandii. Dzisiaj przeważnie wytwarza się go na miejscu, uprawiając sadzonki konopi indyjskich w domowych miniszklarniach. W tym roku w Krakowie policja odkryła już cztery takie uprawy. Znajdowały się m.in. w wynajętym mieszkaniu - w szafie pawlacza, w piwnicy bloku i w mieszkaniu 20-letniego studenta AGH, który na podstawie instrukcji odszukanej w internecie przerobił dwumetrową szafę na laboratorium. W środku zamontował wentylację i specjalne lampy, które dostarczały ciepło i światło.
- Domowa uprawa jest prosta, a na dodatek wszystkie urządzenia, włącznie z instrukcją obsługi, można zakupić przez internet. Można w ten sposób też nabyć ziarna konopi, i to legalnie, gdyż same ziarna nie zawierają substancji odurzających - mówi Marek Dąbkowski.
Patent "na hodowlę w szafie" szczegółowo opisany jest na jednej ze stron internetowych. Cały zestaw kosztuje zaledwie około 2 tysiące złotych. Jednak w ten sposób da się tylko uzyskać sadzonki. Domorośli hodowcy muszą potem przesadzić roślinki na pole, by te mogły osiągnąć odpowiedni wzrost i stężenie THC, czyli psychoaktywnego składnika marihuany. Taką plantację niedawno zlikwidowano tuż za nowohuckim kombinatem.
Kilka lat temu miejscem działania dilerów były okolice szkół. Policja twierdzi, że to się skończyło. Głównie dzięki pedagogom, którzy zaczęli reagować nawet na najdrobniejsze sygnały i informować o nich policję. Nie oznacza to, że narkotyków nie ma już w szkołach. Są, ale rozprowadzają je przeważnie uczniowie. Według specjalistów z Monaru wygląda to następująco: uczeń, który promuje narkotyki mówi, że miał "superjazdę" i przekonuje do kupna kolegów. Dzięki temu zarabia na swoją "działkę" i tworzy nową sieć odbiorców. Przy okazji rośnie też jego pozycja w klasie, bo przecież ma dostęp do "dragów" i kontakty ze środowiskiem kryminalistów. Może np. zlecić egzekucję jakiegoś długu i wywiezienie niewypłacalnego klienta w bagażniku samochodu do lasu. Niekoniecznie po to, by zrobić mu krzywdę, zwykle wystarczy go tylko nastraszyć.
Wśród młodzieży największy jest dzisiaj popyt na marihuanę, uznawaną za bezpieczny narkotyk. Niesłabnącym powodzeniem cieszy się też amfetamina. Bogatsi klienci coraz częściej sięgają już jednak po kokainę, której działanie jest podobne, ale utrzymuje się dłużej.
Według CBŚ, gangsterzy zajmujący się narkotykami osiągają dziś w świecie przestępczym najwyższe pozycje. Taką pozycję zdobył kilka lat temu w Krakowie gang braci P., który według policji, zmonopolizował na południu Polski handel syntetycznymi narkotykami sprowadzanymi z Holandii. Gangsterzy inwestowali m.in. w nieruchomości i w lokale gastronomiczno-rozrywkowe. Nie stronili również od działalności charytatywnej. Dzięki temu pojawiali się na oficjalnych bankietach, uczestniczyli w prestiżowych imprezach i nawiązywali kontakty, które mogły być pomocne w nielegalnym biznesie. Z informacji operacyjnych policji wynikało, że "żołnierze" gangu zlecali tworzenie sieci sprzedaży mniejszym dilerom, nadzorowali ich i pobierali "procent". Ich wpadkę natychmiast wykorzystały inne grupy. M.in. gang hurtowników, kierowany przez 28-letniego krakowianina, który w ubiegłym tygodniu trafił za kraty, tuż po przechwyceniu przez CBŚ narkotyków o wartości około miliona złotych. Według policjantów, trzymał on krótko swych podwładnych, skrupulatnie rozliczał dilerów ze sprzedaży i egzekwował pieniądze. Nawet jeśli któryś z handlarzy wpadł z "towarem", to i tak musiał zwrócić pieniądze za przejęte przez policję narkotyki.
- Ten rynek jest kontrolowany, ale nie przez policję, tylko przez ludzi, którzy decydują o podaży narkotyków. Bez ich zgody żaden producent nie wejdzie z towarem na rynek. Ma szansę, gdy znika w kraju jakieś laboratorium i wytwarza się luka. Wtedy zostaje sprawdzony i ewentualnie dopuszczony do "pańskiego stołu". Tu nic nie odbywa się na żywioł. Narkotykowy biznes przypomina dziś struktury doskonale zorganizowanej korporacji - przyznaje jeden z policjantów CBŚ.
Ewa Kopcik
[email protected]
NARKOPROBLEM
Rozpoczynamy cykl artykułów pod wspólnym tytułem "Narkoproblem". Chcemy zwrócić uwagę na dramatyczne konsekwencje rosnącego spożycia środków odurzających i wzrostu przestępczości narkotykowej. Problem staje się coraz poważniejszy, a tymczasem tu i ówdzie odzywają się głosy domagające się legalizacji tzw. narkotyków miękkich. Czy naprawdę tędy droga? Czy robimy wystarczająco wiele, aby ograniczyć narkotykowa plagę? Co może policja, szkoła, organizacje pozarządowe, rodzice, my wszyscy?
W poniedziałek
- o narkotykach, spustoszeniach, jakie pozostawiają w organizmie i o tym, jak trudno wyjść z nałogu.
Wkrótce w "Dzienniku Polskim"
- o tym, jak się handluje narkotykami w Krakowie

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie