Cugi na krakowskim banhofie

Andrzej Kozioł
Dworzec kolejowy na pocztówce z początku wieku
Dworzec kolejowy na pocztówce z początku wieku fot. archiwum
Udostępnij:
Dworzec kolejowy. Pociągi atrakcją dla krakowian. „Manifest komunistyczny” obok kufla. Kelner wypija bruderszaft z samym Przybyszewskim!

Dworzec pojawił się w pierwszej połowie XIX stulecia i to dworzec nie byle jaki – z wielką halą w całości zbudowaną z żelaza, po raz pierwszy w austriackiej monarchii!

W październiku 1847 r. wjechał nań pierwszy parowóz, który przebył daleką drogę, aż z Gliwic. I już nigdy to miejsce u zbiegu Wesołej i Lubicz nie miało powrócić do dawnego charakteru. Choć dzisiaj wydaje się to nieprawdopodobne, wzdłuż drogi ciągnącej się w stronę mogilskiej rogatki, czyli wzdłuż ulicy Lubicz, zanurzone w ogrodach, drzemały wówczas pałacyki i dworki. Wśród nich, w zieleni Ogrodu Strzeleckiego, ceglaną czerwienią neogotyku pysznił się Celestat, do dzisiaj siedziba krakowskiego bractwa kurkowego.

Dworzec, położony o rzut kamieniem od Plant, czyli od dawnych murów obronnych, nieopodal Barbakanu i Bramy Floriańskiej, gruntownie odmienił tę część Krakowa. Odmienił też obyczaje krakowian. Kiedyś tędy wędrowali ku mogilskiej rogatce i dalej – aż na kopiec Wandy. Wyprawy ustały w 1857 roku, kiedy Austriacy zaczęli wznosić fortyfikacje, bombenfeste Kasamatten. Mieli za to krakowianie inną atrakcję: banhof, który nieomal stanowił przedłużenie Plant. Maria Estreicherówna pisała o spacerujących mieszkańcach miasta, którzy wychodzili z Plantacji

...zatrzymując się (...) przy „banhofie”, by patrzeć na „cugi”, przejeżdżające przez szerokość ul. Lubicz, którą przecinał tor kolejowy. Spacer na dworzec to przecież i dziś ulubiona rozrywka małych miasteczek i zdrojowisk. Chodzono też tam odprowadzać i witać znajomych dużo częściej i liczniej niż dzisiaj.

Zmieniał się dworzec i dzisiaj nie tylko nie przypomina sam siebie sprzed półtora wieku, ale nawet dworca z czasów mojego dzieciństwa. Ach, ten gwar dworcowy, bieganina bagażowych, posapywanie lokomotyw, takich jak z wiersza Tuwima, stalowy dźwięk osi, w które zasmoleni kolejarze uderzali młotkami na długich drzewcach.

I zapach, a może raczej smród dworcowy. Węglowego dymu, rozgrzanego metalu, niezbyt czystych toalet, chloru. I atak na wjeżdżający pociąg, wchodzenie do wagonów przez okna... I sprzedawcy w białych płóciennych marynarkach, dźwigający wiklinowe kosze. W koszach, pod bielą serwetki, kryły się kanapki, bułki przełożone mielonymi kotletami w Krakowie zwanymi sznyclami, krachla, czyli oranżada. Nieogoleni faceci taszczyli teczki i torby pełne butelek z piwem.

Wszystko było inne. Dworzec, lokomotywy, wagony. Tuż po wojnie kursowały „towosy”, wagony towarowo-osobowe. Zwyczajne, najzwyklejsze, przeznaczone do przewozu Bóg wie czego, może bydła, ale za to ze wstawionymi drewnianymi ławami. Takie ławy widywało się po wsiach, często zasiadali na nich weselni goście. „Towosy” dla nas, dzieci, były cudowne. Kiedy pociąg wlókł się powoli, sapiąc, sypiąc iskrami i pogwizdując dla dodania sobie animuszu, można było siąść w rozsuniętych drzwiach wagonu, spuszczając na zewnątrz nogi.

Dworzec był osobnym terytorium. Żył własnym życiem, zupełnie odmiennym od życia miasta, które rozciągało się tuż za wejściem. Ba, aby wejść na dworzec, trzeba było kupić w kasie tekturowy prostokącik zwany peronówką, uprawniający – zgodnie ze swą nazwą – do przebywania na peronach, jednak bez prawa wejścia do wagonu.

A jeżeli ktoś znał się na rzeczy, a jednocześnie nie chciał konfliktów z milicjantami i SOK- -istami (nie lubiano ich i nazywani „banszucani”) nie kupował peronówki. Bilet do najbliższej stacyjki był tańszy...

W latach sześćdziesiątych wśród krakowskich studentów panowała moda na dworzec, mówiąc dokładniej na spędzanie nocy na dworcu. Wabiła nas dworcowa atmosfera, przemieszanie rycerzy nocy i prostytutek z rustykalnymi podróżnymi, starannie pilnującymi swych tobołków. Tajniaków z żebrakami. No i na dworcu można było wypić piwo, które w śródmiejskich knajpach dziwnym trafem zazwyczaj kończyło się przed dziesiątą wieczorem. Zaczytywaliśmy się wówczas knajackimi opowiadaniami Marka Nowakowskiego i jego wzorem dworzec nazywaliśmy metą, ostatnią metą.

Siedzieliśmy z kuflami w dłoniach, chłonąc dworcową atmosferę. Przez poczekalnię, przez dworcową restaurację, miarowym krokiem, z paskami czapek pod brodą, przechodzili milicjanci. Mieliśmy na nich sposób – „Manifest komunistyczny”, rzucony niedbale na stolik. „Kapitał” był zbyt opasły, zbyt ciężki, aby go nosić przez cały Boży dzień, w dodatku tytuł tego dzieła nic nie mówił funkcjonariuszom…

Tym samym, plantowym szlakiem do ostatniej mety wędrowali bywalcy „Zielonego Balonika”, czego nie omieszkał zanotować Boy:

…przybył miastu jeszcze jeden lokal: dworzec kolejowy. Dawniej zamknięty na parę nocnych godzin, od czasu „blitzów” otwarty był całą noc. Tam – już za czasów Balonika – wędrowali na ranem wypędzeni skądinąd cyganie. Pamiętam, jak raz malarza Stasia C., zalanego porządnie, opanowała uparta myśl, że wszyscy, którzy tam czekają na ranne pociągi, przyszli pić, tylko „kuferki, hycle, dla niepoznaki pobrały”, powtarzał z podziwem dla ich pijackiej chytrości. Tenże Staś C. rzucił się na brodatego portiera Czecha, który nosowym głosem wykrzykiwał swoje: „Schnellzug nach Dziedzitz, Oderberg, Prerau, Lundenburg, Wieeen”, i wpił się namiętnie w jego wargi krzycząc: „Usta mi swoje daj, chce kąsać twoje usta!”. Ale niech nikt nie przypuszcza nic złego, to była tylko taka fantazja artysty.

Jak się rzekło, dworzec zmienił najbliższą okolice, obrósł knajpami i hotelami. Do jednego z tych lokali szczególnie chętnie pomykali Plantami spragnieni nocnych uciech, do Rosenstocka (zwanego przez Przybyszewskiego „Rosenkreutzerem”) przy ulicy Lubicz, na rogu Potockiego, dzisiaj Westerplatte.

Wprawdzie na przełomie wieków XIX i XX wiele krakowskich kawiarni zamykano dopiero o trzeciej nad ranem, ale Rosenstock miał nad nimi przewagę – był otwarty na okrągło, przez całą dobę! Nic więc dziwnego, że w nocy zjawiali się tu wszyscy: wyfrakowani eleganci wprost z balowych sal, kelnerzy z innych knajp, też we frakach, nocne marki, dorożkarze, austriaccy oficerowie. Piło się tam, grało w bilard, jadło i – jak zapewniał Boy-Żeleński – gadało, gadało, gadało…

Władysław Krygowski, autor wspomnień zatytułowanych „W moim Krakowie nad wczorajszą Wisłą”, lokal Rosenstocka nazywał słynną mordownią, przeciwstawiając mu zacną i pobliską – po drugiej stronie ulicy Lubicz – restaurację „U Józefa”. Tuż obok torów i wiaduktu, w cieniu wysokich drzew egzystowała knajpka odwiedzana przez krakowskie rodziny bez narażania się mieszczańskiej etykiecie. Podobno „U Józefa” podawano świetne serwolatki. No i mimo wszystko można było też nieźle popić...

U Rosenstocka bywał także Przybyszewski – gdzie on zresztą nie bywał! – który wypił bruderszaft z Janem, kelnerem z pobliskiego i słynnego „Paonu”. Podobno z tego powodu kelner przeżył głęboki wstrząs psychiczny i nigdy już nie był sobą. Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, kim w ówczesnym Krakowie był arcygrafoman Przybyszewski. Nieomal bogiem! Podobny wstrząs zmienił życie żydowskiego lichwiarza, którego doktor Słonimski – pierwowzór doktora Szumana z „Lalki”, ojciec Antoniego Słonimskiego – zaraził literaturą. No i zmarnował się lichwiarz, stracił dotychczasową pazerność i bezwzględność. A swoją drogą – czy los kelnera Jana z „Paonu” od Rosenstocka nie jest tematem na małe opowiadanie...

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Wideo

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Dziennik Polski
Dodaj ogłoszenie