Czarujący dźwięk skrzypiec

Redakcja
To, co na dziedzińcu byłoby naturalnie wkomponowane w architekturę, we współczesnej sali traciło ten właśnie element naturalności, zamieniało się w mniej lub bardziej interesujący występ. Ale nie tylko to sprawiło, iż obserwowałam artystyczne poczynania młodych Węgrów z mieszanymi uczuciami. Otóż dwadzieścia pięć lat festiwalu "Muzyka w Starym Krakowie" przyzwyczaiło mnie do stawiania wykonawcom wysokich wymagań, bo na koncertach spotykałam wspaniałych profesjonalistów. Tymczasem "Amaryllis" to zespół amatorski, o czym festiwalowej publiczności nie uprzedzono. Mogli więc słuchacze czuć się nieco zawiedzeni choćby wyraźnymi usterkami zespołu instrumentalnego. Ale ci, którzy po chwili pogodzili się ze stanem faktycznym i poddali się pasji, z jaką węgierska młodzież pląsała i muzykowała, bawić się mogli znakomicie.

ANNA WOŹNIAKOWSKA

 Pierwsze zapowiedzi nadchodzącej jesieni pokrzyżowały nieco plany organizatorów festiwalu. Piątkowy występ zespołu "Amaryllis" z Kolożwar, prezentującego muzykę i taniec okresu renesansu, który miał się odbyć na utrzymanym w późnorenesansowym stylu dziedzińcu Muzeum Czartoryskich, z powodu zimna i grożącego deszczu przeniesiony został do sali Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej. Połowa więc uroku muzycznego wieczoru zniknęła.
 Podziwu godny jest pietyzm, z jakim zespół kultywuje dawne świetne tradycje kulturalne panujące na dworach królów węgierskich i siedmiogrodzkich książąt, podkreślając w programie przygotowanym na krakowski występ elementy łączące niegdyś te ośrodki z polskimi centrami kulturalnymi. Uczestniczyliśmy więc w miłym i pouczającym wieczorze zakończonym udaną próbą wspólnych pląsów w renesansowych rytmach i degustacją siedmiogrodzkich smakołyków. Ale dla jasności sprawy wolałabym, by była to impreza towarzysząca głównemu nurtowi festiwalu.
 Najwyższy profesjonalny poziom prezentował natomiast sobotni koncert duetu skrzypcowego Jakowiczów. Krzysztof Jakowicz należy do artystów wciąż się rozwijających. Za każdym razem, a odwiedza Kraków dość regularnie, gra znakomicie i za każdym razem ukazuje jakiś inny walor artystycznego wnętrza. Tym razem, przy wrodzonej mu pasji, olbrzymie skupienie i dyscyplinę, której wymagało wspólne muzykowanie. A muzykował z synem i uczniem zarazem, Kubą Jakowiczem, który (dziewiętnastolatek) zaliczany jest dzisiaj do czołówki polskich skrzypków. Artyści grali sonaty na dwoje skrzypiec Telemanna i Vivaldiego, Duo Józefa Haydna oraz
Duety Beli Bartoka. Nie wiem, co bardziej godne było podziwu w wykonaniu ojca i syna: czy wspaniale snuta przez nich barokowa polifonia, czy cudowna śpiewność środkowych części muzycznych klejnocików Vivaldiego, czy klasyczny ład w Haydnowskim duecie, czy wreszcie wręcz ludowa zadzierzystość bijąca z utworów Bartoka.
 Wiem, że publiczność tłumnie wypełniająca kościół św. Marcina długo nie mogła się rozstać z artystami dającymi słuchaczom to, co najcenniejsze: całą swą sztukę i uczucie stopione w prawdziwie wielką kreację muzyczną.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie