Czas na kabriolet

Redakcja
Mam nadzieję, że przyzwyczaję się do tego tak samo, jak do ruchu lewostronnego podczas jazdy autobusem. O wiele większe problemy mam z poruszaniem się piechotą. Okazuje się bowiem - co wprawdzie jest logiczne, ale jakoś w Polsce nie przyszło mi do głowy - że w tym wypadku obowiązują takie same reguły, jak za kierownicą. Gdy więc chcę się minąć z kimś w drzwiach, grzecznie powinienem zejść na lewo. Tymczasem ciągle robię krok w prawo, co powoduje, że w progu dochodzi do stłuczki. Sytuację komplikuje fakt, że dotyczy to tylko Australijczyków, bo zdecydowana większość z całego świata nie zmieniła przyzwyczajeń. W każdym razie nie ma dnia, bym z dziesięć razy nie powiedział "sorry".

"Dziennik" na antypodach: dzień siódmy

 Jest coraz bardziej gorąco, więc na ulicach Sydney pojawiły się kabriolety. My jeździmy tymi samymi autobusami, co dotychczas, za to z włączoną klimatyzacją. Niby mamy lepiej niż ci, którym wiatr targa włosy, lecz z drugiej strony wrażliwsze gardła coraz gorzej znoszą te raptowne zmiany temperatur. Na dodatek bowiem, choć w ciągu dnia jest w słońcu ponad 30 stopni, wieczorami gwałtownie się ochładza. Wiosenny dzień wygląda tutaj tak, jak u nas letni, z tą jednak różnicą, że słońce zachodzi przed 19, a powietrze nie zatrzymuje ciepła.
 Dzisiaj przepraszałem wyjątkowo często, bo odwiedzając Darling Harbour, gdzie walczą judocy, bokserzy i szermierze, zostałem wchłonięty przez ludzką falę. Dopiero tu, w centrum Sydney, widać, jaką ogromną liczbę widzów i turystów ściągnęła do Australii olimpiada. Przebicie się przez tę ciżbę do hal, gdzie rozgrywane są olimpijskie konkurencje, wymaga sporego wysiłku. Tym bardziej że oczy - miast szukać kierunku - wędrują dookoła głowy, rejestrując atrakcje tego zakątka. Wśród wieżowców, statków przy nabrzeżu, wielkich hal, fontann i kafejek znalazło się miejsce na tak prozaiczne rzeczy, jak piaskownica dla dzieci, czy trawnik, na którym piknikujący kibice oglądają igrzyska na telebimie.
 W takiej oto scenerii walczył w czwartek Wojciech Bartnik. Nasz najcięższy bokser uderzał tak, że większość z obserwatorów była przekonana, iż markuje walkę. Potem tłumaczył grupce dziennikarzy, że wszystko przez plastry, którymi rywal obwiązał sobie pięści. Ponoć dzięki nim bił, jakby miał w dłoniach kastety. To powiedziawszy Bartnik po prostu odszedł. Jakby nie należało się nam słowo "przepraszam".

 Więcej informacji na stronach

KRZYSZTOF KAWA

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie