Dali sobie niebo na ziemi. On mówił, że ją kocha. Ona nazywała tę relację przyjaźnią

Rozmawia Majka Lisińska-Kozioł
fot. Monika Rogozińska
Dramatyczna wyprawa na Nanga Parbat okazała się początkiem historii, która zaważyła nie tylko na moim życiu - mówi Monika Rogozińska. - Była kluczem otwierającym drzwi do przeszłości i przyszłości

- Pani nowa książka „Lot koło Nagiej Damy” jest pełna dobrej energii i wielu niezwykłych zbiegów okoliczności.

- Nie ma zbiegów okoliczności, nie ma przypadków. Jest Opatrzność, która układa scenariusze. Tę niesamowitą historię napisało życie. Ja ją tylko pracowicie zanotowałam.

- To historia Henryka Franczaka - pilota, który latał w najwyższych górach…

- Podczas zimowej wyprawy na ośmiotysięcznik Nanga Parbat w Pakistanie, której byłam współorganizatorem i korespondentem, dowiedziałam się, że kilkadziesiąt lat wcześniej latał tam polski pilot. Przyjaźnił się z maharadżą górzystego księstwa leżącego dziś w granicach Pakistanu. Na jego ślad natrafiłam w „The National Geographic Magazine” z roku 1952. Opisany był lot - dla autora artykułu brawurowy, a dla pilota rutynowy, zwykły. Pasażerską dakotę ów Polak prowadził w tunelu utworzonym przez strome skalne ściany, wijący się w dole Indus i „dach” niskiego pułapu chmur. Ten pilot - uczestnik bitwy o Anglię i Atlantyk, kawaler Orderu Virtuti Militari, sam mnie odnalazł. Po wyprawie opublikowałam artykuł w USA. On go przeczytał i za pośrednictwem redakcji przesłał do mnie list.

- Los was ze sobą zetknął i sprawił, że weszliście w niecodzienną relację, która rozwijała się, rozrastała, umacniała.

- Tę przyjaźń budowaliśmy na lojalności, ofiarności, bezgranicznym zaufaniu. Trwała osiem lat, do śmierci Henryka. Dziś wiem, że była dla nas obydwojga darem. On zresztą mieszkał w Stanach Zjednoczonych niedaleko miasta Providence - Opatrzność.

- Była Pani często otoczona mężczyznami. Dlaczego ten właśnie tak bardzo wpłynął na Pani życie?

- Rzeczywiście, chowałam się wśród braci, mam synów, w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów, gdzie spędziłam kilka lat, czy w TOPR także byli głównie mężczyźni. W redakcji „Rzeczpospolitej”, z racji himalaizmu (choć zajmowałam się eksploracją, historią, opisywałam kraje, do których jeździłam) przytulono mnie do działu sportu, w którym pracowali sami panowie. Na wyprawach zimowych na ośmiotysięczniki Himalajów i Karakorum, w których uczestniczyłam, byłam jedyną kobietą. Nauczyłam się przestrzegać relacji koleżeńskich. Większą część życia spędziłam w przaśnym PRL. Wychowano mnie do działania i odpowiedzialności. O rozmiękczaniu się nad sobą nie było mowy. Pochwał też się nie słyszało. I nagle spotkałam dżentelmena starej daty. Dla niego byłam damą, adorował mnie jako kobietę. Na początku wierzgałam, broniłam się, nieprzyzwyczajona, ale potem ten niezwykły szacunek, jakim Henryk mnie darzył, dał mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. A jego pewność, że podołam każdej trudnej sytuacji, dodawała mi skrzydeł. Henryk pokochał mnie w sposób piękny, staroświecki, subtelny, taktowny. Ja zaś dla ratowania go wskoczyłabym w ogień. Nie musiałam wskakiwać, ale kilka razy Opatrzność moimi rękami uratowała mu życie.

- Odległość sześciu tysięcy kilometrów nie była przeszkodą w pielęgnowaniu tej przyjaźni?

- Wręcz przeciwnie, bo przyjaźń musi być oparta na zrozumieniu, a to buduje rozmowa. Telefonowaliśmy do siebie codziennie. Spotykaliśmy się w Polsce i w USA, dokąd jeździłam również ze względu na stowarzyszenie, któremu służyłam - Oddział Polski The Explorers Club. Klub ma centralę w Nowym Jorku. Przejęły mnie losy Henryka i jego braci. One są też częścią książki udokumentowaną fotografiami. Z czworga rodzeństwa dwóch zginęło podczas II wojny światowej. Jednego Sowieci wywieźli na Syberię, skąd wydostał się z armią Andersa; drugiego - nauczyciela, komendanta Armii Krajowej, zabił enkawudzista po wejściu Armii Czerwonej na teren Polski; trzeci - pilot Dywizjonu 304 w Anglii, został zestrzelony, gdy leciał na pomoc Powstaniu Warszawskiemu. Miał 24 lata. Prawdy o jego ostatnim locie szukałam i znalazłam ją w archiwach Londynu kilka lat po śmierci Henryka. Sam Henryk, który również był w Dywizjonie 304, choć jeszcze nie jako pilot, tak jak inni nasi rodacy walczący u boku aliantów i zdradzeni przez nich, musiał znaleźć sobie zajęcie po wojnie. Powrót do Polski był zamknięty. Komuniści wsadzali do więzień, zabijali takich jak on bohaterów. Henryk wraz z wieloma pilotami i personelem naziemnym pojechał do Pakistanu, żeby tam budować od podstaw lotnictwo wojskowe i cywilne. Pokochał latanie w najwyższych górach. Może było nam łatwiej ze względu na wiek i doświadczenie, ale nasza przyjaźń z Henrykiem pogłębiała się, bo nie było w niej egoizmu. Najpiękniejszy przepis na najpiękniejszą relację między ludźmi dał św. Paweł. I rzeczywiście: bezinteresowne dbanie o dobro drugiego człowieka bez myślenia o własnym interesie dało nam niebo na ziemi. Nawet jeśli zdarzały się złe dni. Choć list apostoła jest hymnem o miłości, która „nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego…”, to ja nazywałam relację z Henrykiem przyjaźnią. W każdym razie mój kolega dziennikarz powiedział, że po lekturze mojej książki mężczyzna chociaż przez jakiś czas stara się być lepszy...

-W książce krąży dobro; jedni drugim je darowują, ale ono wraca.

- Zawsze wraca. I zło, i dobro, które generujemy.

- Napisała Pani, że góry najwyższe są jak lustro. Że tam człowiek przekonuje się, ile jest wart.

- Raczej dowiaduje się sporo o sobie i o bliźnich. Nie mamy wpływu na wiele zjawisk. Na przykład na to, jak organizm zareaguje na wysokość. Kiedy z powodu niedotlenienia okropnie mdli, boli głowa, wali serce, uporczywa bezsenność nie pozwala odpocząć kolejną noc i ma się ochotę umrzeć, byle nie zmusić się do wysiłku, to trudniej o dobre maniery i ofiarność. Dotkliwe zimno, huraganowe wiatry nie stanowią okoliczności łagodzących. W ekstremalnych warunkach widać jak na dłoni, po co człowiek poszedł w wysokie góry. Czy je kocha, czy chce dzięki nim i mediom zbudować sobie wizerunek kogoś, kim nie jest. Góry weryfikują.

- A jak było podczas polskiej zimowej wyprawy na Nanga Parbat, w której Pani uczestniczyła?

- Były trzęsienia ziemi, lawiny, wypadek, akcja ratunkowa. Były ofiarność i… niełatwe chwile z Andrzejem Zawadą, bo nie godziłam się na jego cenzurę moich rozmów z uczestnikami ekspedycji w korespondencjach, które wysyłałam do gazety. To on narzucał styl wyprawy. Wielu dziś mogłoby się uczyć od niego zarządzania zespołem. Już na początku, podczas przygotowywania do Wigilii w Islamabadzie, zrobił każdego z uczestników ważnym kierownikiem do zadań przyjmowanych na ochotnika. Zawada umiał motywować ludzi do dawania z siebie wszystkiego. Na szczęście to nie był jeszcze czas przekazów facebookowych, obecności kamer. Dwaj koledzy, którzy wzięli kamerę bez poinformowania o tym wyprawy, ukrywali ją dosyć długo, a potem wcześniej opuścili ekspedycję. Ja zaś starałam się działać „bezinwazyjnie”.

- Kamery zmieniają ludzi?

- Bardzo. Ludzie dostają małpiego rozumu, reżyserują siebie dla innych przed kamerami. Gubi się prawda. Na wyprawie na K2, pierwszej zimowej od północnej strony, na której byłam na przełomie 2002/2003 roku, przekazywaliśmy przez satelitę zmontowane w bazie materiały filmowe do specjalnego studia w Warszawie. W pewnym momencie nikt już nie mógł z powodu wyczerpania albo nie chciał się wspinać. Zespół do wejścia w ścianę tworzył się jednak natychmiast, gdy towarzyszyła mu kamera. Innymi słowy: jeśli kamera „szła” w ścianę, to ludzie chcieli zdobywać górę. Kamera zaczęła decydować o wydarzeniach, a raczej ten, kto nią filmował, a nie kierownik wyprawy Krzysztof Wielicki. Początek tamtej ekspedycji był podobny. W roli gwiazd wystąpiła ekipa telewizyjno-filmowa, która miała nam towarzyszyć. Góry jednak dokonały szybkiej weryfikacji i z grupy panów „telewizyjnych” dwóch się pobiło i wróciło do ciepłych domów. Przejęliśmy ich obowiązki sprawozdawczo-filmowe. Czwarty wytrzymał nieco dłużej, ale opuchł od płaczu i też wrócił do domu. Komedia.

- Po tragicznej zimowej wyprawie na Broad Peak (8051 m) rozmawiałam z Krzysztofem Wielickim, jej kierownikiem. Powiedział, że dawniej - choćby za czasów Zawady - między uczestnikami wyprawy tworzyła się więź; znali się, lubili. W bazie grało się w karty a przede wszystkim gadało, gadało, gadało… Ci z nowego pokolenia, czekając na dobre okno pogodowe w bazie pod Broad Peakiem, zaszywali się z laptopami, telefonami w swoich namiotach. Prowadzili w tym czasie interesy swoich firm, załatwiali różne domowe sprawy. W górach wysokich byli ciałem, ale duchem wciąż na dole.

- Dziś media kreują rzeczywistość wirtualną, w którą łatwo wkręcić wspinacza. Matrix. Ktoś wszedł na ośmiotysięcznik i media okrzykują go himalaistą, choć ma nikłe górskie doświadczenie. Zaczyna w to wierzyć. Gorzej, kiedy jedzie na wyprawę zimową na ośmiotysięcznik, a nie sprawdził swego organizmu w ogóle na takiej wysokości w łatwiejszych warunkach, latem. Nie zna siebie. To więcej niż nieodpowiedzialność ze strony organizatora wyprawy. Taka osoba bowiem naraża innych. Zimowa wyprawa na Broad Peak to ekstremalnie trudna ekspedycja. Góra zweryfikowała popełnione kardynalne błędy.

- Wielicki mówił, że dawniej zespoły docierały się latami.

- Kiedyś wspinacze zaczynali od Tatr, potem jeździli na obozy wspinaczkowe w Alpy, Kaukaz, wyprawy w Pamir, Hindukusz. Do Himalajów i Karakorum docierali najlepsi z najlepszych. Dziś to się zmieniło. Góry są dostępne od razu dla każdego. Na wyprawę jadą często obcy sobie ludzie. Autorytetem nie jest kierownik ekspedycji, jeśli w ogóle taki jest, tylko na przykład jakiś mentor na łączach telefonu satelitarnego. Komunikacja z bliskimi w kraju, Facebookiem, dziennikarzami, uzupełnianie strony internetowej wyprawy, sprawdzanie, co o niej piszą i mówią, odpowiadanie na listy, kreowanie wizerunku pochłaniają czas, energię, rozpraszają. To niebezpieczne zachowania. Zamiast zespołu wyrusza na nią grupka ludzi, którzy nie wiedzą, czy mogą na siebie liczyć, a po tragedii, dla ratowania własnej skóry, mówią bzdury niszczące etos alpinizmu. To już nie mój świat. W 2003 r. napisałam dla „Rzeczpospolitej” artykuł na 50-lecie zdobycia Everestu.

Na świecie zaroiło się od artykułów gloryfikujących wspinaczkę na najwyższą górę Ziemi. Swój zatytułowałam „Góra ludzkiej pychy”. Pisałam o jej gwałceniu, biciu absurdalnych i szaleńczych rekordów: najmłodszy, najbardziej kaleki, najstarszy - o wyprawach geriatrycznych. Później jeszcze opublikowałam tekst „Big Brother na Evereście”. Na kaski Szerpów nakładano kamery. Ludzie na całym świecie mogli śledzić przez internet to, co się dzieje na stokach. Szerpowie zaczęli zaglądać w twarze umierającym ludziom... Dosyć! Nie chcę więcej pisać o tej górze!

- Uważam, że czasami także odchodzenie, śmierć warto pokazać. Po coś.

- Tak. Odchodzenie papieża Jana Pawła II było wielkimi rekolekcjami dla świata. Ale na Evereście chodzi o zaspokojenie podglądactwa, najniższych instynktów.

- Do zdobycia zimą ze wszystkich ośmiotysięczników zostało tylko K-2. Do ataku szykują się też Polacy. Wejdą?

- Ogromnie cenię i szanuję Janusza Majera, który zajmuje się programem zimowego himalaizmu. To był wspaniały kierownik wypraw, a fakt, że jest tak mało znany, tym bardziej o tym świadczy. Bez szumu medialnego, bez podgrzewania atmosfery robi swoje. K2 nazwano Górą Gór. Byłam pod nią z dwóch stron, latem i zimą. To potężne wyzwanie także w sezonie letnim. Wymaga strategii - starannego, długofalowego przygotowania, a na to z kolei potrzeba funduszy. Wiem, że państwo ma wesprzeć ten program, co jest istotne, bo odpowiednie przygotowanie przekłada się na większe bezpieczeństwo.

- Pani marzeniem pod Everestem było przejście przez Ice Fall i popatrzenie stamtąd na świat. Jaki to był widok?

- Piękny, ale to były inne czasy - rok 1980, jeszcze bez wszechobecnej komercji. Świat jest przepiękny, ale nie trzeba wchodzić do Kotła Everestu, żeby się nim zachwycić.

- Czy wracają do Pani tamte widoki, zjawiskowe góry?

- Nie, bo mając coraz mniej czasu, staram się nie zmarnować żadnego dnia. Niedawno byłam w Kalwarii Zebrzydowskiej. Klasztor stoi na stoku wzgórza. Odchodziłam od ołtarza. Drzwi bazyliki były szeroko otwarte. Spojrzałam i stanęłam zachwycona: zielono-seledynowa dal Beskidów obramowana łukiem Świętych Drzwi była nieziemsko piękna...

- Góry wysokie wciąż stoją, czekają…

- Ale ja zajęłam się teraz górą najbardziej niezwykłą. Prawdziwie Górą Gór. Miała ogromny wpływ na historię Polski i świata. To Jasna Góra. Na zaproszenie oo. paulinów piszę o niej książkę.

-Dlaczego?

- Bo to góra wielkiego dobra, źródło siły i wartości, tu uczymy się obywatelskich cnót, tu przechowywana jest skarb - pamięć narodu. I jak mówił Jan Paweł II: tu zawsze byliśmy wolni. Jeśli zaś wolnością narozrabialiśmy, to tu odzyskujemy godność. Jasna Góra to góra niezwykła - wielka historia toczy się na niej każdego dnia. Tajemnica - częściej teraz tu bywam i jestem świadkiem wydarzeń niepojętych. Nazywamy je cudami.

- Historia narodu to historia poszczególnych ludzi, rodzin…

- O tym jest także „Lot koło Nagiej Damy”, czyli koło Nanga Parbat. Bo to nie jest książka górska, choć zaczyna się od himalajskiej wyprawy. Położenie Polski w tym sąsiedztwie, przetrwanie naszego państwa, narodu przez tysiąc lat odbywało się i odbywa wielkim kosztem - skazuje nas na bohaterstwo. Jestem przekonana, że w każdej rodzinie są bohaterowie. To tylko kwestia zajrzenia głębiej w dzieje rodzin.

Monika Rogozińska dziennikarka, członek The Explorers Club. Absolwentka polonistyki i kulturoznawstwa Uniwersytetu Warszawskiego, po studiach pracowała w schronisku w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Została ratownikiem i przewodnikiem tatrzańskim, przewodniczącą Solidarności w schroniskach. Tworzyła dla cudzoziemców programy zwiedzania Polski. Współorganizowała zimowe ekspedycje na ośmiotysięczniki i uczestniczyła w nich jako korespondent dziennika „Rzeczpospolita”, radia, TVP. Organizowała i prowadziła wyprawy otwierające nowe kierunki w światowej turystyce. Współautorka książek, wystaw, publikuje w kraju i za granicą. Jest matką dwóch synów.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3