"Dark Side Of The Moon"

Redakcja
Niezapomniane płyty w historii rocka (25): Pink Floyd

Dziś przede mną najtrudniejsze zadanie, bo o tej płycie powiedziano i napisano niemal wszystko. A w dodatku, choć jej wielkość i znaczenie w pełni doceniam, to tak naprawdę nie lubię tej płyty. Już nie lubię.
   Wciąż jednak dobrze pamiętam, za co ją kiedyś wielbiłem, ale już nie potrafię jej słuchać z prawdziwą przyjemnością. To, co kiedyś wydawało się główną zaletą tego albumu, po latach obróciło się przeciwko niemu.
   "Dark Side Of The Moon" to płyta, której wielkości nie sposób przecenić. To album, który jest tym dla muzyki lat 70., czym był dla poprzedniej dekady "Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band". Nie przypadkiem przywołałem tytuł najświetniejszego dzieła The Beatles. Oba albumy nie tylko są sobie równe rangą, ale i pod wieloma względami do siebie podobne. W czym się to przejawia? Przede wszystkim są wzorcowymi przykładami tzw. płyt koncepcyjnych, czyli takich, które stanowią spójną literacką i muzyczną całość. Mówią o sensie życia człowieka.
   U Beatlesów była to seria cudownych piosenek-obrazków na ten temat, natomiast u Rogera Watersa (twórcy całości tekstu "Dark Side...") jest to poruszająca opowieść o beznadziejności zmagania się z przeznaczeniem i czasem. Opowieść o niepotrzebnej walce o rzeczy nieważne, która na tyle absorbuje i zaślepia, że nie pozwala dojrzeć tego, co jest naprawdę istotne. W efekcie to, co mogłoby dać człowiekowi prawdziwe szczęście, pozostaje niepoznaną "Ciemną stroną Księżyca".
   Koncepcyjność "Dark Side..." - podobnie jak wcześniej "Sgt. Peppers" - jeszcze wyraźniej ujawnia się w jego warstwie muzycznej. Wszystkie utwory, podobnie jak u Beatlesów, są nie tylko znakomicie skomponowane, ale, co ważniejsze, niezwykle logicznie zaaranżowane. Każdy dźwięk jest na miejscu, a proporcje między partiami wokalnymi i instrumentalnymi są wręcz idealnie wyważone. Wrażenie zwartości potęguje jeszcze połączenie nagrań w większe całości (na płycie Beatlesów tylko niektórych, tu - wszystkich) oraz wykorzystanie uzupełniających muzykę efektów dźwiękowych. Na "Sgt Peppers" było ich kilka, natomiast na "Dark Side..." są one aż tak liczne i ważne, że stały się symbolem tej płyty. Oba albumy łączy jeszcze jedna rzecz - miejsce ich nagrania, magiczne studio Abbey Road.
   Wszystkie dotąd wspomniane zalety albumu Pink Floyd nie robiłyby aż takiego wrażenia, gdyby nie perfekcja nagrania i brzmienia. Za realizację całości odpowiedzialni byli dwaj znakomici specjaliści - inżynier dźwięku Alan Parsons i specjalista od miksowania muzyki Chris Thomas. Obaj poświęcili tygodnie na nieskazitelne wycyzelowanie każdego szczegółu. I chyba przesadzili. Stworzyli bowiem płytę tak "studyjną", że aż niemal sztuczną. Ta jej kliniczność spowodowała, że słuchając jej "sto razy" byłem nią zauroczony, a potem nagle dostrzegłem, że znam ją dosłownie na pamięć. Przestała cieszyć - zaczęła nudzić.
   "Dark Side..." to płyta koncepcyjna. A więc taka, której powinno się słuchać w całości, jak jednego utworu, jak jednej 43-minutowej suity. Ale przecież każda suita ma swoje części.
   Puls. Najpierw musimy uświadomić sobie, że żyjemy, że wciąż bije nam serce. Dopiero teraz wszystko może się zacząć. "Speak To Me" - uwertura z efektów, które później będą puentować muzykę. Czyjś krzyk i wpływa rozmarzone "Breath". Nagle zrywamy się do biegu. "On The Run". Pogania nas obsesyjny rytm syntezatora. To sen na jawie. Przebudzenie. Zegary i budziki. Ich dźwięk wdziera się nieznośnie w mózg. To czas - "Time". Wielki i piękny, mocny utwór, ze wspaniałym solo gitary. Powoli gaśnie. Przychodzi ukojenie - "The Great Gig In The Sky". Rozmarzony wstęp fortepianu i unosząca się nad muzyką zaimprowizowana wokaliza Clare Torry. Muzyczny raj. Moneta wpada do wnętrza maszyny. "Money". Najpopularniejszy, najbardziej rockowy fragment płyty. Ozdabia go solo saksofonu Dicka Perry’ego. I znów czas rozmarzenia. Unosimy się i opadamy na fali pięknego "Us And Them". Potem powoli wszystko wraca do nastroju początku. To kolejno "Any Colour You Like", "Brain Damage" i "Eclipse". Muzyka powoli gdzieś znika. I tylko serce wciąż jeszcze nam (?) bije.
JERZY SKARŻYŃSKI
Radio Kraków
   
   Dwa tygodnie temu pytaliśmy o miejsce i datę koncertu tria Emerson, Lake & Palmer. Odpowiedź: Katowice, "Spodek", 22 czerwca 1997 r. Nagrody wylosowali: Elżbieta Król i Andrzej Bienias z Krakowa. Nagrody - płyty można odebrać w "bileterii" EMPIK-u (I piętro) w krakowskim Rynku Głównym 5.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie