Denerwują mnie odrzwia

Redakcja
- Po lekturach Pańskich ostatnich książek, także Bożych bojowników, gdzie bohaterowie wędrują swobodnie po średniowiecznych miastach, nikt chyba nie ma wątpliwości, że spokojnie mógłby Pan wcielić się w rolę przewodnika po Pradze.

O Pradze, rzekach, bukach, języku staropolskim i fenomenie pewnego pisarza fantasy - na marginesie nowej książki Boży bojownicy - z ANDRZEJEM SAPKOWSKIM rozmawiają Mateusz Stankiewicz i Marcin Wilk

   - Mógłbym, ale nie po tej, która istnieje współcześnie. Opierałem się przecież na mapach przedstawiających miasto z roku 1427. Dokładnie z tego roku i będę to podkreślał, waląc pięścią w stół. Gdybym pisał o Pradze młodszej lub starszej o 5 lat - to popełniłbym pomyłki, bo pewne rzeczy istniały 5 lat wcześniej, a już pewnie nie istniały 5 lat później. Zmienił to między innymi właśnie przewrót husycki. Niektóre budynki zostały przecież zburzone, spalone i zniszczone. To wszystko musiałem wiedzieć, by się po tej mapie poruszać.
   - Na szczęście Praga jest jednym z tych fortunnych miast, gdzie przynajmniej starówka pozostała taka sama.
   - Zostały te same ulice, o tych samych nazwach, tak samo biegnące. To prawda. Trochę oczywiście się pozmieniało, ale generalnie rzecz biorąc, samo centrum, najstarsza część historycznego miasta, które składało się z trzech części: Starego Miasta, Nowego Miasta i Malej Strany - jest praktycznie identyczna. Może mógłbym się więc obejść z problemem Pragi, dzierżąc w ręku jakiś bedeker - wolałem jednak mieć mapy średniowiecznie.
   - Udało się!
   - Nie do końca. Przynajmniej nie w oczach jednego z pierwszych moich czytelników, a dokładnie tłumacza, który zauważył, że klasztor, o którym pisałem, nie istniał wtedy, został rok wcześniej spalony...
   - To chyba dozwolona pomyłka, szczególnie gdy chodzi o tak odległe czasy. Gorzej byłoby, gdyby rzecz dotyczyła geografii. Marcin Wolski powiedział kiedyś na przykład, że miejsca, które on opisuje, widział na własne oczy...
   - Przede wszystkim sądzę, że - na tyle, na ile znam Marcina Wolskiego - puścił on straszną bujdę. Wiem z całą pewnością, że on nie bywa w tych miejscach, o których pisze, z wyjątkiem Warszawy być może, w której bywa często, co bezpośrednio wynika zapewne z faktu, że tam mieszka.
   - No, a Pan?
   - Jeśli chodzi o moje "widzenia na własne oczy", to wielokrotnie odpowiadam na pytania "tak", ale równie często mówię też "po co?". Tłumaczę wtedy, że nie piszę przewodnika, tylko czynię ledwie tło dla swojej historii. To tło jest w gruncie rzeczy równie fantastyczne, jak Tolkienowski Mordor. W XV wieku wszystko wyglądało inaczej. Co dałoby mi wejście na górę Ślężę i spojrzenie z niej w dół?
   - Cokolwiek by dało, na pewno nie zobaczyłby Pan tego samego, co było w XV wieku.
   - No właśnie. Najmniejsza rzeczka wygląda teraz zupełnie inaczej, chociażby z tego powodu, że wtedy co 500 metrów stał młyn, który piętrzył wodę. Dzisiaj tamtejsze rzeki zamieniły się w siurki. Wtedy to były głębokie, potężne rzeki. I tak jest ze wszystkim. Weźmy na przykład Odrę. Patrząc dzisiaj na nią, też nie możemy powiedzieć, jak wyglądała kilkanaście, a co dopiero kilkaset lat wcześniej. Przecież koryto rzeki w wieku XV mogło się zmienić w ciągu 2 lat. Uważam więc, że w tym wypadku "widzenie na własne oczy" byłoby czystym bezsensem, już nie mówiąc o tym, że byłaby to absolutna strata czasu.
   - Tak czy inaczej, zależało Panu na realizmie tamtych czasów - także wyrażonym poprzez język, którym posługują się bohaterowie.
   - W tym punkcie też bym nie przesadzał. Rzeczywiście - tam, gdzie to konieczne - stylizuję język na staropolski. Nie można jednak popadać w skrajność. Przykładowo, moi bohaterowie zawsze przechodzą przez drzwi, a nigdy przez odrzwia. Nic mnie bardziej nie wkurza w literaturze niż odrzwia.
   - Skąd jednak tak duża liczba obcych wyrazów w Pana ostatnich powieściach?
   - Próbowałem położyć nacisk na fakt, że Śląsk był w XV wieku regionem wieloetnicznym i kulturowo wymieszanym. Stąd też nieprzypadkowo jeden z moich bohaterów mówi w Bożych bojownikach: "Eine totale skurwene Sache". _Tak właśnie wtedy było. Niemiec używał wtrętów polskich i na odwrót. Do tego dochodziła powszechna wówczas łacina. Uważam jednak, że tak wiele zwrotów obcojęzycznych czytelnikowi nie zaszkodzi. Zaobserwowałem zresztą, że Polacy, w przeciwieństwie na przykład do Rosjan, mają olbrzymią intuicję językową i nawet nie znając danego wyrażenia potrafią świetnie domyślić się, o co chodzi.
   - To wszystko, co Pan mówi, znaczy, że jeśli chodzi o kwestię historyczną, geograficzną czy językową, to raczej nie należy wierzyć pisarzom?
   - Pisarzom? Pisarze bywają różni. Kiedyś w Polsce był pewien autor. Pisał liczne fantasy oparte na legendzie arturiańskiej. Nazywał się Steven R. Lawhead. Na jednym ze spotkań autorskich oświadczył, że wszystko, o czym pisze, to wie, zna i może za to ręczyć. A pisał między innymi o murze między wałami Antonina i Hadriana na granicy szkockiej, o Stonehenge, o wyspie Avalon, o puszczach, o lasach... Ja się wtedy stuknąłem w głowę i przypomniałem sobie o podaniu, które krążyło za czasów króla Artura, że wiewiórka z Kentu do Walii przechodziła po wierzchołkach drzew, w ogóle nie musząc schodzić na ziemię. No, i pytam - sam siebie, bo już jemu nie wierzę: "Gdzie więc teraz pomiędzy Kentem a Walią są jakieś drzewa, których odległość byłaby mniejsza niż 100 metrów?". I potem krzyczę, też do siebie: "Jakie puszcze? Jakie lasy?".
   - Sam Pan widzi, że czytelnik porównuje rzeczywistość ze światem opisywanym przez autora. Wydaje się, że szczególnie ze wzmożoną intensywnością czyni to obcując z fantasy historycznym - gatunkiem, który Pan ostatnio uprawia...
   - A! To co innego. Bo do tej pory mówiliśmy na przykład o krajobrazie, który mogę bez żadnych specjalnych badań opisać bardzo spokojnie. Mogę przecież powiedzieć, że na przykład na południowym zboczu góry Ślęży rosły buki. I nikt raczej tego nie sprawdzi. Nikt, chociaż - uwaga! Kiedyś Umberto Eco dał się na tym złapać. Ktoś mu bowiem wytknął, że na jakimś zboczu nad rzeką Arno nie mogły rosnąć jakieś tam rośliny. No, ale to są mimo wszystko rzeczy drobne. Była górka, płynęła rzeka z południa na północ i tak dalej. Co innego natomiast jest fakt historyczny, którego trzymać się trzeba.
   - Chyba że autor pisze historię alternatywną.
   - Tak, chyba że autor pisze historię alternatywną. Wynika to z bardzo prostej przyczyny. Jeśli bowiem chce się dany fakt historyczny zmienić - tak jak w przypadku historii alternatywnych - to trzeba go znać. Historia alternatywna tylko wtedy zadziała, gdy się ją oprze na wydarzeniu znanym. Przykład? Proszę bardzo: jeśli piszę o synach Jagiełły i każę jednemu żyć, a innemu - umrzeć, to muszę przynajmniej wiedzieć, że taki syn istniał. Tutaj więc ucieczki na boki nie ma, a jeśli już jest, to musi być bardzo mocno fabularnie uzasadniona. Pewne w tym wszystkim natomiast jest to, że posiadamy niezmiernie mało źródeł i opieramy się na bardzo niewielu kronikarzach - a jeśli jeszcze przypomnimy sobie, że kronikarz pisał za pieniądze i opiewał tych, którzy mu zapłacili, a pluł na tych, którzy nie płacili albo których nie lubił - no, to już w ogóle możemy pożegnać się z pragnieniem odzwierciedlenia rzeczywistości.
   - Tym bardziej zastanawia fakt, że nie wybrał Pan innych czasów - na przykład bardziej współczesnych. Swoją drogą, dlaczego akurat wojny husyckie? Kiedyś zażartował Pan w jednym z wywiadów, że ma Pan dużo fanów w Czechach, a Czesi bardzo lubią ten okres, gdyż dawali podówczas łupnia wszystkim naokoło. Ale to chyba nie może być jedyna przyczyna?
   - Okres to był na pewno bardzo ciekawy. Iluż autorów historycznych powieści francuskich przyciągał okres Ludwików? Przecież wtedy powstało mnóstwo powieści. Dla mnie tak obfitym gruntem w historii Polski jest właśnie XV wiek - Jagiellonidzi, Grunwald. Tym bardziej mnie to zafascynowało, że nasza historia mówi o tym okresie - z przyjętej przeze mnie perspektywy - bardzo mało. Gdybyśmy przeszli drogę badawczą od dawnych polskich przedwojennych historyków, dla których husytyzm oznaczał hordy barbarzyńców niszczących kościoły, to poprzez późniejszych badaczy, którzy czynili z husytów proletariuszy walczących o wolność ludu uciskanego - musielibyśmy w końcu dotrzeć do współczesnych naukowców, którzy husytami zajmować się po prostu nie chcą.
   **- Ale napisał Pan w ten sposób słowiańskie fantasy, z którego w tekście _Piróg albo nie ma złota w Szarych Górach
Pan szydził. Jeden z Pana fanów na internetowym forum zadawał sobie nawet pytanie po wydaniu pierwszej części trylogii poprzedzającej Bożych wojowników: Jest więc "Narrenturm" pastiszem/parodią/nawiązaniem do wcześniejszej fantasy, a może raczej sprzeniewierzeniem się wyznawanym niegdyś zasadom i poglądom?...
   - Taaak. Mój felieton Piróg _ciągnie się za mną przez bardzo długi czas. Problem polega na tym, że niektórzy traktują go jako credo pisarskie, a tymczasem tak wcale nie jest. To był tylko manifest i jako taki był przepełniony demagogią. Chodziło o to, że wtedy walczyło się przeciwko rodzącym się popłuczynom po amerykańskiej fantastyce, kompletnie idiotycznym, pozbawionym myśli przewodniej i do tego jeszcze źle napisanym. Tej walce towarzyszyło hasło "cokolwiek bym napisał - wystarczy zmienić wampirów na wąpierze i już jest dobrze". Każdy wtedy chciał pisać "dobrą", polską fantastykę i, co gorsza, każdy to robił. Wtedy fantastyki było naprawdę bardzo mało. Naturalną sprawą było więc, że czytelnik nie znał kanonu i zachwycał się wszystkim. Pamiętam, że _Gotreg zabójca trolli - _moim zdaniem straszny gniot - podobał się wtedy wszystkim. Mnie nie, o czym zresztą wrzeszczałem na łamach _Fantastyki...
   
- Właśnie. Ostatnio Pan jakoś umilkł i ze świecą szukać Sapkowskiego w mediach...
   - Bo nie ma o czym wrzeszczeć!
   -
Jest aż tak dobrze?
   
- Czy "aż tak"? - nie wiem, ale że jest "dobrze" - wiem na pewno. Czytelnicy przede wszystkim znają kanon. Czytają różne rzeczy. Nie mnie oceniać ich lektury, ale przynajmniej mam pewność, iż jest na tyle dobrych propozycji, że rzeczy złe w tym wszystkim giną. W każdym razie nie ma już tej tragedii, że w tym bałaganie zapominamy o dobrych autorach i nagle drukujemy "Gotregów", którzy mordują trolli.
   
- Czyli ostateczna ocena współczesnego rynku fantastyki w Polsce jest pozytywna?
   - Oczywiście nie jestem krytykiem i nie mnie oceniać, czy czytelnik ma w czym wybierać czy też nie. Zresztą nigdy nie byłem krytykiem, który walczył z czytelnikami czy też konkretnymi autorami. Walczyłem natomiast z tendencją. Parę lat temu przecież, gdy wydawca nie miał funduszy, znajdywał jakiegoś biznesmena, który otwierał portfel. Rozmowy prowadziło się wtedy w taki sposób: "Potrzebuję pieniędzy, bo chcę wydać książkę" - mówił wydawca. Biznesmen wtedy pytał, o czym ta książka, a wydawca opowiadał, że to historia o jednym facecie, który chodzi i zabija trolle. Wówczas biznesmen krzyczał z zachwytu: "Stary! Natychmiast to dawaj! Przecież Sapkowski tak pisze i wiesz, ile szmalu zarobił?". Tyle że później okazywało się, że to się nie sprzedało. I dopiero wtedy zastanawiali się, na czym polega nie tyle fenomen fantastyki w ogóle, ale samego Sapkowskiego...
   -
Niektórzy zastanawiają się do dziś!**
   - I będą jeszcze się zastanawiać jutro i pojutrze.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie