18+

Treść tylko dla pełnoletnich

Kolejna strona może zawierać treści nieodpowiednie dla osób niepełnoletnich. Jeśli chcesz do niej dotrzeć, wybierz niżej odpowiedni przycisk!

Dioboł w spódnicy

Redakcja
- Odbierając Złote Lwy na festiwalu w Gdyni za swój debiutancki film "Pręgi", zdobyła Pani trofeum, o którym filmowcy marzą latami.

Z reżyserką MAGDALENĄ PIEKORZ, laureatką Złotych Lwów za "Pręgi" - rozmawia Rafał Stanowski

   - Nawet nie miałam kiedy się nad tym zastanowić. Straciłam rachubę czasu. Od zakończenia festiwalu w Gdyni mam wrażenie, że poruszam się we śnie, z którego zaraz przyjdzie mi się obudzić. Na razie napędza mnie ogromna euforia.
   - Czytałem, że Pani życie prywatne przestało istnieć.
   - To prawda, mam niewiele czasu dla siebie. Reżyserii trzeba się poświęcić. Kiedy kończę jeden film, zaczynam drugi. Tak dzieje się od drugiego roku studiów na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Wierzę jednak, że wszystko przyjdzie we właściwym czasie.
   - "Pręgi" to Pani debiut fabularny po nakręceniu kilku dokumentów. Co przeniosła z nich Pani do fabuły?
   - Dokument to fantastyczny gatunek, jak najbardziej filmowy. Daje niesłychaną możliwość obserwacji świata, ludzkich zachowań. Powinien być czymś więcej niż tylko opowiadaniem o faktach - pokazywać, co kryje się między słowami. Była to dla mnie także fantastyczna szkoła warsztatu. Mając do dyspozycji np. 30 minut czasu projekcji, trzeba się było nauczyć selekcji materiału.
   - Podobno z "Pręg" wycięła Pani około 45 minut. W efekcie zupełnie uniknęła Pani dłużyzn.
   - Wersji montażowych było ponad pięćdziesiąt. Sprawdziłam chyba wszystkie warianty. Kilka scen - powiem szczerze - wyrzuciłam z żalem. Były świetnie zagrane, umieszczę je pewnie w wydaniu na DVD. Myślę jednak, że dokonałam słusznego wyboru.
   - Definitywnie rozstała się Pani z dokumentem?
   - Pewnych tematów nie da się opowiedzieć w dziele fabularnym, gdyż wymagają wnikliwej obserwacji, czasu, prawdy, która płynie od naturszczyków. Dlatego chciałabym kręcić i dokumenty, i fabuły.
   - Realizacja kina dokumentalnego wiele się od nich różni?
   - W fabule zaobserwowałam niezwykłą rzecz. Najpierw czytałam scenariusz i wyobrażałam sobie, jak powinny wyglądać poszczególne sceny. Następnie przystępowałam do realizacji, obserwowałam grę aktorów, pracę na planie. Wtedy czułam, jakbym tchnęła życie w tekst. To było niewyobrażalne uczucie.
   - Jak zachowuje się Pani na planie - twardą ręką realizuje swoją wizję czy szuka kompromisów?
   - Słyszałam na swój temat wiele opinii, począwszy od tego, że jestem córką szatana, diabłem w spódnicy, Margaret Thatcher, a nawet, pieszczotliwie od Kazimierza Kutza - bullterrierem (śmiech). Nie jestem zwolenniczką teorii, że wszystko trzeba egzekwować krzykiem. Uważam, że najważniejsze są skupienie oraz dyscyplina. Jestem konsekwentna i wymagająca. Bardzo jasno wytyczam sobie cel, do którego dążę. Co nie znaczy, że zamykam się na sugestie. Gdy poczuję w sercu, że są zgodne ze mną, chętnie z nich korzystam. Jeżeli coś jest wbrew mnie, nie ugnę się nawet za cenę popełnienia błędu.
   - "Pręgi" są zbudowane z dwóch części sfilmowanych w odmiennych stylach. Pierwsza to bliska kinu społecznemu historia o pełnym przemocy wychowaniu głównego bohatera. Druga, bardziej poetycka, traktuje o poszukiwaniu miłości i zmaganiu się z mrokami przeszłości w dorosłym życiu. Który z tych stylów bardziej Pani odpowiada?
   - Nie chcę się ograniczać. Styl musi być dostosowany do treści. Dlatego pierwsza część w miarę realistycznie przedstawia złe wychowanie. W drugiej partii chciałam się unieść, by poprzez uczucia, zwłaszcza miłość, przemówił (chwila zastanowienia) - Bóg.
   - Obie historie zostały nakręcone w odmiennych tonacjach kolorystycznych.
   - Był to pomysł operatora Marcina Koszałki. Najpierw użyliśmy barw o ciepłej tonacji, następnie "ochłodziliśmy" obraz. W ten sposób staraliśmy się zarysować przełamanie historii na pół, wyraźnie zaznaczyć przejście z dramatu psychologicznego w love story.
   - Podczas kręcenia musiała Pani zrobić przymusową przerwę.
   - Najpierw nakręciliśmy ujęcia z Janem Fryczem i Wackiem Adamczykiem. Z powodu problemów budżetowych czekaliśmy półtora miesiąca na przystąpienie do realizacji zdjęć z Michałem Żebrowskim i Agnieszką Grochowską. Myślę, że to się nawet szczęśliwie złożyło. Michał mógł zobaczyć, jak grał Janek, poznać ekspresję jego bohatera. Dzięki temu ojciec i syn okazują się podobni do siebie w mimice, geście, ułożeniu ciała.
   - "Pręgi" to opowieść pełna intymności. Pani przeżyła podobną, co główny bohater, sytuację w dzieciństwie?
   - Nie. I nie uważam, że by o czymś opowiadać, trzeba to przeżyć. Mam nadzieję, że nigdy nie trafię - odpukać - do więzienia, a chciałabym zrobić o nim film. Sądzę, że podołałabym temu zadaniu, co wynika z serca, mojej wrażliwości, tego, co chcę powiedzieć.
   - A co chciała Pani powiedzieć w "Pręgach"?
   - To nie jest wyłącznie historia o traumatycznym dzieciństwie, ale o tym, że można kogoś jednocześnie kochać i ranić. A to się często zdarza.
   - Trudno było wywołać na planie tak gwałtowne emocje?
   - To wielka zasługa aktorów - Jana Frycza, Michała Żebrowskiego, 12-letniego Wacka Adamczyka oraz Agnieszki Grochowskiej, którzy niezwykle zaangażowali się w swoje role.
   - Obsada aktorska jest stuprocentowo trafiona. Miała Pani nadzwyczajne wyczucie jak na debiutantkę. Skąd pomysł, by ojca zagrał Jan Frycz, a dorosłego głównego bohatera Michał Żebrowski?
   - Wydaje mi się, że są do siebie podobni (uśmiech). W sposobie gestykulacji, poruszania się, formułowania myśli...
   - Jan Frycz i Michał Żebrowski nie spotykają się na ekranie. Kusiło Panią, by ich zderzyć?
   - Byłby to zbieg zbyt prosty, oczywisty. Osłabiłby film, odarłby go z finałowej tajemnicy.
   - A gdzie znalazła Pani Wacka Adamczyka?
   - Wybraliśmy go spośród kilku tysięcy dzieci, castingi trwały kilka miesięcy, objechaliśmy dziesiątki szkół. Wacek to mój krajan ze Śląska, pochodzi z Katowic. Wcześniej zagrał w etiudzie szkolnej mojego kolegi, lecz nigdy nie występował na dużym ekranie. Był strzałem w dziesiątkę. Miał świetny kontakt z Janem Fryczem, poza tym krył w sobie niezwykły bunt, jakby nie był do końca przekonany o tym, co robi na planie. Potrafił grać w koszykówkę na pięć minut przed rozpoczęciem zdjęć. Gdy jednak padało słowo "akcja", stawał się bohaterem, grał naturalnie, czułam, że przemyślał trudne sceny.
   - Jak zniósł ujęcia z biciem przez filmowego ojca? Zwłaszcza że musiała je Pani kręcić dwukrotnie.
   - Przeżył je mocno. Staraliśmy się go maksymalnie chronić. Niestety, podczas obróbki laboratorium zarysowało taśmę, na której nagraliśmy sceny z biciem. Trzeba je było powtórzyć. Wacek zachował się niezwykle profesjonalnie. Przyszedł do wozu charakteryzatorskiego, gdzie płakałam z rozpaczy, powiedział, że nie ma problemu, że nakręci się wszystko od nowa. Był bardzo dzielny.
   - Pani film pełen jest drobnych genialnych ról - proboszcza w wykonaniu Leszka Piskorza czy redaktora naczelnego w kreacji Jana Peszka...
   - Z Janem Peszkiem złożyło się niesłychanie. Kiedyś z Wojtkiem Kuczokiem byliśmy na wycieczce w Zakopanem. Dyskutowaliśmy o roli redaktora naczelnego, marząc o Janie Peszku. Kiedy weszliśmy do schroniska, przy jednym ze stołów siedział... aktor z żoną. Nie tracąc czasu przekazaliśmy im scenariusz. Szybko dostaliśmy pozytywną odpowiedź.
   - Gdy na festiwalu Era Nowe Horyzonty w Cieszynie spotkałem scenarzystę "Pręg" Wojciecha Kuczoka, od niedawna także laureata nagrody Nike za "Gnój", podkreślał, że tworzył z Panią niezwykle inspirujący duet.
   - Drogi moje i Wojtka przecinały się od wielu lat, poznawaliśmy się chyba pięć razy (śmiech). Do bliższej współpracy pchnął nas mój opiekun artystyczny Krzysztof Zanussi. Wojtek dał mi do przeczytania swój zbiór opowiadań, z którego wybraliśmy tekst zatytułowany "Dioboł" o trudnej relacji ojca i syna. To był punkt wyjścia do stworzenia scenariusza "Pręg". Podczas jego pisania dyskutowaliśmy, robiliśmy burzę mózgów. Często się spieraliśmy, na przykład o zakończenie. Wojtek napisał jednoznaczne, smutne, a ja wolałam otwarte. Ostatecznie jednak nasze pomysły się zazębiały.
   - Chyba tak bardzo, że wraz z Wojciechem Kuczokiem założyła Pani Dark Light Film Studio. To znaczy, że należy czekać na Wasze dalsze filmy?
   - Stworzyliśmy grupę twórczą, w jej skład weszli także Michał Żebrowski i Marcin Koszałka. Chcielibyśmy razem tworzyć. Z Wojtkiem myślimy już o nowych projektach, mamy dwa pomysły: na film o Śląsku, o przyjaźni górników z upadającej kopalni, a także na thriller psychologiczny traktujący o samotności. Chciałabym również nakręcić film kostiumowy oraz kino społeczne podobne do dzieł Brytyjczyka Mike'a Leigh. Pragnę spróbować różnych konwencji. Pociąga mnie nawet musical.
   - Na razie uwagę widzów przyciąga zgłoszenie "Pręg" do oscarowej nominacji. Sądzi Pani, że film ma szansę ją otrzymać?
   - Wierzę, że tak. To obraz opowiadający o emocjach, więc powinien zostać zrozumiany za oceanem. Tak jak niegdyś czeski laureat Oscara, film "Kola", który w swej budowie był także dość prostą historią. O wszystkim zdecydują pieniądze. Mamy świetnego dystrybutora, już wyłożono 200 tys. dolarów na promocję w Stanach. Udzieliłam pierwszych wywiadów dla amerykańskich rozgłośni radiowych. Oczekujemy przedstawicieli firm dystrybucyjnych z USA na premierze filmu w Warszawie. Zrobimy wszystko, by "Pręgi" zostały zauważone.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie