Dom w Porębie Murowanej

Redakcja
W powieściach jest wszystko - ludzie i topograficzne szczegóły:

Andrzej Kozioł

Dom - dworek, dwór właściwie, o którym powiadano, że był kiedyś protestanckim zborem - w 1878 kupił Tytus, filozof i teolog, profesor wadowickiego gimnazjum, noszący się cywilnie greckokatolicki duchowny. A dalej już wszystko - a jeżeli nie wszystko, to bardzo dużo - znajdziesz w powieściach i rysunkach Stefana Żechowskiego, na których Cyprian Fałn bardzo przypomina Zegadłowicza - oczami, nosem, charakterystycznym uczesaniem.
 Gościńcem z miasteczka Wołkowice (wolnego i królewskiego) do Poręby Murowanej było wiorst cztery. Na bliższe drogą, przez las, a potem przez łąkę Paździorową (że to Antek Paździor na niej gazdował) znacznie krócej; pół godziny żwawym krokiem i stało się przed czterema kolumnami ganku dworskiego, nad którym jak szumna zielona chorągiew - modrzew pysznił się wyniośle.
 Mikołaj Srebrempisany, uczeń pierwszej klasy gimnazjum w Wołkowicach, kroczył obok swojego wuja tą drogą właśnie na przełaj.
 Wuj, chłop setny, ongi długoletni "wojskowy", stawiał kroki duże i raptowne. Sporą, gładką, jasną laskę zakończoną z jednej strony żelaznym ostrzem, a z drugiej sękatym guzem, którą nie wiadomo dlaczego nazywa "bałabajką", trzyma na ramieniu jak karabin. Maszerował srogo, a choć szedł w milczeniu i usta zasunął, tak jak się okno zasuwa storą, zwieszonym wąsem - słychać było wyraźnie przyśpiew marszowy kroków. Zwłaszcza cień przy lewej nodze uwiązany kurczył się i wydłużał w takt słów:
 - pan do piwnicy skoczył,
 wina pani utoczył
 - ha, ha!
 Wuj Wacław - to rzeczywiście wuj, brat matki pisarza, Adolf Kaiszar, a jego żona, w "Uśmiechu" Wilhelmina, w rzeczywistości nosiła inne imię, Wanda - Wanda z Zawieruszańskich Kaiszarowa.
 Wołkowice - to oczywiście, jakżeby inaczej, Wadowice.
 Poręba Murowana - Gorzeń Górny.
 Mikołaj Srebrempisany - Emil Zegadłowicz.
 Tylko z Antkiem Paździorem czytelnik może mieć kłopoty, ale zapewne i on był postacią autentyczną, z krwi i kości.
 W posłowiu do jednego z wydań "Uśmiechu" Edward Kozikowski, "czartakowy" komilton Zegadłowicza, pisał:
 Wszystko, co nasunęło się pod rękę, a w danym wypadku, co znalazło się w zasięgu oczu Mikołajka, a więc - piec, stolik, podłoga, łóżeczko, kołdra, poduszka itd., itd., zostało opisane z niezwykłą skrupulatnością przez autora, posługującego się tu wyobraźnią i spostrzegawczością dziecka.
 Ganił Kozikowski ten nadmiar szczegółów, ale jednocześnie stwierdzał w relacjonowanej przez siebie rozmowie z Zegadłowiczem, że przyszły biograf pisarza będzie miał łatwe zadanie: będzie mógł czerpać pełnymi garściami dane dotyczące twej osoby i w ten sposób odtworzy życie jej autora. Widzę, Emilu, że myślisz nawet o swoich biografach.
 Kozikowski to odrębna sprawa. Wyrastał w cieniu Emila, a kiedy napisał o nim wspomnienia, ich bohaterem bardziej niż Zegadłowicz był sam autor. Sztaudynger skwitował "Portret bez ramy" złośliwą fraszką:
 Wyjmijmy portret z ramy,
 łatwiej go obes...
 Nie miał szczęścia Emil Zegadłowicz. Nie tylko do Kozikowskiego, ale także do Wadowic-Wołkowic. Na Zielone Świątki 1933, w 25-lecie pracy twórczej, wadowiccy rajcy nie tylko przyznali mu honorowe obywatelstwo miasta, ale nawet nazwali jego imieniem prowadzącą w stronę Gorzenia ulicę Tatrzańską. Fawor niebywały - mieć za życia własną ulicę, ale ten fawor szybko się kończy. W 1935 roku ukazują się "Zmory" i wybucha skandal. Zegadłowicz zostaje - przynajmniej przez część krytyki - okrzyknięty pornografem i deprawatorem młodzieży, drugie wydanie powieści zostaje okrojone. Z ambon padają gromy, a Rada Miejska Wadowic zabiera wszystko, co ofiarowała pisarzowi. Zegadłowicz przestaje być honorowym obywatelem miasta, ulica nosząca jego imię znów staje się ulicą Tatrzańską.

 Dwa lata później jest jeszcze gorzej. Ukazują się "Motory", skonfiskowane już w drukarni. Udało się uratować zaledwie 200 egzemplarzy, część z nich Stefan Żechowski rozesłał przyjaciołom pisarza, reszta, jak głosi legenda, została zakopana w gorzeńskim parku.
Wszystko przeminęło, został tylko gorzeński dwór, taki sam, jak w powieści, z czterema kolumnami ganku. Miejsce przez lata dość osobliwe, bo jednocześnie dom mieszkalny, rodzinne gniazdo i muzeum, na początku nieformalne, ale często odwiedzane. Bywało, że Marię Ziemianinową, wnuczkę pisarza (urodziła się przy naftowej lampie w pokoju, w którym zmarł Tytus, powieściowy Profesor), jako małą dziewczynkę od domowych zajęć i zabaw odwoływał poważny obowiązek. Jeżeli ciotka Ata nie miała czasu, Marysia musiała oprowadzać gości. A kiedy - już jako żona Adama Ziemianina - zjechała do Krakowa i zamieszkała przy Krupniczej, w słynnym domu literatów, zagadnął ją ktoś na schodach:
 - Pani jest wnuczką Zegadłowicza?
 - Jestem.
 - Byliśmy z Lolkiem w domu pani dziadka. Wracaliśmy właśnie z wycieczki...
 Lolek? Jaki Lolek? I nagle olśnienie: żaden Lolek, a jeżeli nawet, to nie dla wszystkich, wyłącznie dla najbliższych, zaprzyjaźnionych. Dla pozostałych eminencja, Karol kardynał Wojtyła.
 Życie osobliwie powiązało drogi polskiego papieża i wyklinanego z ambon pisarza. Kiedyś, zanim kupiła go żydowska rodzina, dom, w którym urodził się Karol Wojtyła, należał do Zegadłowiczów. Kardynał turysta odwiedził - a może nawet odwiedzał - dom antyklerykała, człowieka, który kazał pochować się w całunie czerwonego sztandaru. Więcej - w wierszach młodego Wojtyły znawcy dopatrują się wyraźnych wpływów Zegadłowicza. Oczywiście wczesnego Zegadłowicza. Nie od "Zmór" i "Motorów", ale od "Kolędziołek beskidzkich", "Godów pasterskich", "Kantyczki rosistej", od poezji pełnej - jak to ktoś określił - franciszkańskiej miłości do świata i ludzi. Zresztą sam Karol Wojtyła, już jako Jan Paweł II, w prywatnej rozmowie z jednym z krakowskich pisarzy, potwierdził swoją fascynację Zegadłowiczowską poezją. Jeszcze jeden przyczynek historii powikłanych polskich losów i jeszcze jeden dowód niezwykłości człowieka zasiadającego na Piotrowej Stolicy...
 Emil Zegadłowicz zmarł w czasie okupacji, w 1941 roku, w Sosnowcu. Przed aresztowaniem ocalił go miejscowy lekarz leczący Niemców, przed śmiercią nie zdołał się ukryć. Jeszcze kilka lat i przez Gorzeń Górny - Porębę Murowaną - miał przetoczyć się front. Najpierw okopali się Niemcy, później - a walki w tych okolicach były ciężkie - przyszli Rosjanie. Niemcy wywieźli część bogatej kolekcji Zegadłowicza, krasnoarmiejscy w jednej z sal dworu, na wyłożonej blachą podłodze, rozpalali ogień. Piekli kury i gęsi, którym udało się uniknąć zjedzenia przez Niemców.
Kiedy pradziadek Marii Ziemianowej kupował dwór, budynkowi towarzyszyło sześćdziesiąt hektarów ziemi, połowa została - na szczęście! - sprzedana. Na szczęście, bo przecież wkrótce przyszły obowiązkowe dostawy, przez chłopów uparcie acz nieprawomyślnie zwane kontygentami, i gorzeński dwór, wraz z ogrodem i częścią ziemi, uznany za rolne gospodarstwo, musiał do punktu skupu odstawiać to i owo. Między innymi żywiec wieprzowy, czyli po prostu świnie. Babka Marii, chociaż świń nie hodowała, jakoś dawała sobie radę, a później władze w majestacie prawa zwolniły dwór od świńskiego obowiązku. Rodzinna legenda mówi o interwencji Józefa Cyrankiewicza, najdłużej sprawującego urząd PRL-owskiego premiera. Jak było naprawdę, trudno dzisiaj dociec...
 Dwór niszczał, niszczały zbiory - obrazy, grafiki, rzeźby. Kiedy rano wchodziło się do zamkniętych przez noc niezamieszkanych pomieszczeń, podłogę i meble pokrywała cieniutka warstewka pyłu, kruszyły się ściany. Nic dziwnego, przecież budynek pochodził z XVII wieku, a ostatni przyzwoity remont został przeprowadzony przed wojną, na początku lat trzydziestych, kiedy po pobycie w Poznaniu Emil Zegadłowicz po raz pierwszy - i ostatni! - dysponował sporą gotówką. Zaczęły niszczeć związane z "Czartakiem" dokumenty, konserwacji domagały się cenne zbiory...
 Było tylko jedno wyjście - zamienić gorzeński dwór w muzeum.
Tak się stało. Nie bez kłopotów, bo oddane do konserwacji zbiory za długo - aż kilkanaście lat - wracały do Gorzenia. Podobnie jak Leonardowska "Dama z gronostajem", z którą jakoś nie mogła rozstać się Warszawa. Jak było, tak było, ale muzeum funkcjonowało przez pewien czas pod auspicjami PTTK. Początkowo w trzech salach, później, od lat sześćdziesiątych, kiedy kustoszem został Adam, wnuk poety, poszerzając się coraz bardziej. Dzisiaj Muzeum Emila Zegadłowicza zajmuje się Fundacja "Czartak", rodzinna, bo w jej zarządzie zasiada Maria Ziemianinowa, druga wnuczka Zegadłowicza Ewa Wegenke, zasiadają inni członkowie rodziny.
 Samo muzeum nie przypomina placówek biograficznego typu - okulary pisarza, jego biurko, pióro, kilka manuskryptów. Jest raczej muzeum sztuki międzywojnia, i to nie tylko profesjonalnej, ale także ludowej. Był przecież Zegadłowicz odkrywcą genialnego świątkarza Jędrzeja Wowry z Gorzenia Dolnego, artysty, któremu poświęcił najpiękniejsze chyba strofy "Powsinogów beskidzkich":
 - skąd się wzion stary Wowro,
 nikt nie wi - nikt nie wi -
 ani go dąb pamięto,
 ani las modrzewi -

 tak ci razy jakiegoś
 wzion się z-nikąd, z-nagła -
 jedna spróchniała wierzba
 widać go zapragła -
 Duch Wowry ciągle obecny jest w Świątkarni, starej dworskiej kaplicy, w rzeźbach, w "pieczątkach", czyli drzeworytach. I tak jest w innych salach muzealnych - w Herbaciarni, w Pokoju Wejściowym, w pokojach córek Atessy i Elżbiety, w Pokoju Balkonowym, w Pokoju Żółtym. Czuje się obecność Żechowskiego, Tuwima, Jasnorzewskiej, Leśmiana, Wyczółkowskiego, Pronaszki, Schulza, Mehoffera, Weissa, Matejki, Vlastimila Hofmana...
 Niezwykłość muzeum w Gorzeniu polega także na tym, że ciągle jest pełne życia.
 Co pewien czas dwór i park napełniają się gwarnym tłumem, a wszystkie dookolne drogi i dróżki zalewają samochody. Przyjedziesz za późno, nie zaparkujesz. To z Krakowa, z Wadowic nadciągają przyjaciele rodziny i muzeum. Rozbrzmiewa muzyka, śpiew. Pan Madej z "Lochu Camelot", zawsze w charakterystycznej czapeczce, prowadzi konferansjerkę, śpiewa Stare Dobre Małżeństwo. Płoną sobótkowe ognie. Ciche są natomiast malarskie plenery - wieloletnia tradycja muzeum. Za sztalugami stają wówczas przybysze i miejscowi, amatorzy, ale jednak artyści.
 Muzeum wiele zawdzięcza przyjaciołom. Niedawno otwarto kolejną salę - Żółty Pokój, serce domu, pomieszczenie, w którym Emil Zegadłowicz napisał większość swych utworów. Dzięki hojności państwa Wiesławy i Andrzeja Zollów oraz Maryli i Zbigniewa Ćwiąkalskich zapewne radują się dobre duchy domu w Gorzeniu - Porębie Murowanej...

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie