Domowe leczenie oddechem

Redakcja
W krakowskim Dziecięcym Szpitalu Pediatrycznym Collegium Medicum UJ w Prokocimiu leży obecnie dwoje dzieci, które mogą oddychać jedynie z pomocą aparatury, a które mogłyby pójść do domu, gdyby znalazł się dla nich odpowiedni sprzęt. Jednym z nich jest ośmioletni Wojtuś Wątor. Rok temu, gdy jechał na rowerku przez rodzinną wioskę, został potrącony przez samochód, na skutek czego nastąpiło przerwanie rdzenia kręgowego. Cudem przeżył. Obecnie jest nie tylko sparaliżowany, ale przede wszystkim nie może samodzielnie oddychać. Wojtuś marzy o powrocie do domu - o swoim pokoju, siostrach, tacie i babci. O tym samym marzy jego mama, która spędza w szpitalu niemal wszystkie dni tygodnia, zaniedbując dom i starsze siostry Wojtusia.

W Prokocimiu dwoje dzieci czeka na respiratory

 (INF. WŁ.) Ministerstwo Zdrowia przeznaczyło 300 tys. zł na respiratory domowe dla chorych dzieci. Na początku miesiąca został przeprowadzony przetarg na aparaturę, w najbliższych dniach respiratory mają dotrzeć do Centrum Zdrowia Dziecka. Dzięki temu dzieci cierpiące na przewlekłą niewydolność oddechową, które pozostają od wielu miesięcy na oddziałach intensywnej terapii, będą mogły wrócić do domu.
 Wojtek oddycha z pomocą stymulatora - dzięki wszczepionemu rozrusznikowi przepony. Gdyby jednak rodzice zdecydowali się wziąć go do domu, musiałby zostać wyposażony jeszcze dodatkowo w respirator. Bardzo wszechstronnie musi być przeszkolona jego matka.
 - Urządzenia są zawodne. Może się zdarzyć awaria. Nawet tak błaha, jak brak prądu. Dlatego niemal tak samo ważne, jak nowoczesna aparatura, jest przeszkolenie opiekunów chorych dzieci. Muszą wiedzieć bardzo dokładnie, jak postępować, bo inaczej dziecko zginie - _powiedział nam prof. Tadeusz Szreter, kierownik kliniki anestezjologii i intensywnej terapii Instytutu Pomnika Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie, szef ogólnopolskiego programu leczenia odechem w domu.
 Do programu zgłoszono 15 chorych dzieci. Już dziś wiadomo, że urządzeń nie wystarczy dla wszystkich, bo zanim doszło do przetargu, okazało się, że dzieci pilnie oczekujących na respirator jest 20.
 
- Według naszych rozeznań, takich dzieci leży w polskich szpitalach znacznie więcej, ale od czegoś przecież trzeba zacząć - mówi prof. Szreter. - Niektóre potrzebują respiratora, inne wszczepienia stymulatora nerwów przeponowych. Cierpią albo na przewlekłe schorzenia np. mięśni i nerwów, wskutek czego nie są w stanie samodzielnie oddychać, albo trafiły na intensywną terapię w wyniku urazu, np. wysokiego uszkodzenia rdzenia kręgowego.
 Prof. Szreter podkreśla, że sam respirator nie rozwiązuje problemu; bez dodatkowego sprzętu, takiego jak odpowiednie łóżko, stymulator, rurki drenażowe itd. byłby bezużyteczny.
 
- Wobec niektórych chorób dziś jeszcze medycyna nie ma żadnych pocieszających nowości. Część z tych dzieci będzie musiała korzystać z pomocy respiratora prawdopodobnie do końca życia, inne mają szansę na wyzdrowienie, a wszystkie - na doczekanie przełomu w medycynie. W każdym przypadku lepiej jest, gdy mali chorzy leżą w domu - wyjaśnia prof. Szreter. - _Tak się postępuje wszędzie w cywilizowanym świecie.

(E)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie