reklama

Dość obłudy, dyskutujmy o realiach

RedakcjaZaktualizowano 
Ostatnie tygodnie przyniosły wiele artykułów prasowych, wywiadów i informacji podawanych w mediach elektronicznych dotyczących spraw związanych ze szkolnictwem wyższym, głównie z uwagi na przedłożenie przez minister Barbarę Kudrycką założeń do nowelizacji prawa o szkolnictwie wyższym.

Krzysztof Pawłowski*

Dyskusja toczy się głównie wokół próby zracjonalizowania niewielkiego fragmentu systemu finansowania szkolnictwa wyższego, tzn. uniemożliwienia studiowania za pieniądze podatników na drugim czy kolejnym kierunku studiów. Jeżeli 60 proc. studentów płaci za swoje studia, to działania osób, które wykorzystują możliwość studiowania za darmo na kilku kierunkach studiów, można określić tylko w jeden sposób - jako działanie nieetyczne, albo jeszcze dosadniej jako ograbianie polskich podatników, w tym osób, których dzieci studiują płacąc za studia. To, że do tej pory ani ministerstwo, ani osoby pracujące nad kolejnymi ustawami nie dostrzegały tego problemu
i nie zablokowały tego procederu świadczy najlepiej o jakości procesów legislacyjnych. Trzeba też zauważyć, że - jak pokazuje obecna dyskusja - w ślad za takim studiowaniem na różnych wydziałach szło w niektórych przypadkach także branie kilku stypendiów ze środków publicznych przez tego samego studenta. Ta sprawa świadczy też o sposobie traktowania pieniędzy publicznych na uczelniach publicznych; o tym, że nie ma prawdziwego audytu, bo takie praktyki powinny być dawno ujawnione. Ale problem studiowania na kilku kierunkach studiów jest tylko wierzchołkiem góry lodowej problemów istniejących w polskim szkolnictwie wyższym. W tym artykule jeszcze chcę zwrócić uwagę na kilka konkretnych, szczególnie istotnych spraw.
Zbawcze skutki konkurencji
Z obrazu dyskusji medialnej widać, jak środowisko uczelni publicznych potrafiło perfekcyjnie zawładnąć umysłami polityków (niemal wszystkich) i zdecydowanej większości ludzi mediów. To, co państwowe w szkolnictwie wyższym, to dobre, a to, co "prywatne", to złe i kieruje się brzydkimi interesami komercyjnymi, i to w sytuacji, gdy ci sami ludzie dobrze wiedzą, że w gospodarce jest dokładnie odwrotnie, a przewaga inicjatyw prywatnych nad publicznymi uwidacznia się w kolejnych obszarach życia społecznego. Warto odnieść się do tych, którzy w zgodnej opinii całego świata osiągnęli najlepsze rezultaty - tzn. do uczelni amerykańskich. W Stanach Zjednoczonych szkolnictwo, w tym wyższe, uważa się za przemysł edukacyjny (dosłownie i bez użycia cudzysłowów), a studiowanie w USA kilkuset tysięcy obcokrajowców jest w statystykach uważane za przemysł eksportowy o najwyższym poziomie rentowności (bo przecież eksportuje się tylko czystą wiedzę, bez zużywania surowców czy zanieczyszczania środowiska w produkcji). W USA pierwsze 20 najlepszych uniwersytetów (będących zarazem najlepszymi na świecie), to uniwersytety prywatne, a efekt ten osiągnięto w prosty sposób - poprzez wprowadzenie czystej konkurencji: konkurencji w ubieganiu się o studentów, o środki federalne czy prywatne na badania. Nie ma żadnych powodów czy przyczyn strukturalnych, które uniemożliwiałyby wprowadzenie takiej czystej konkurencji do polskiego szkolnictwa wyższego. Bez niej cały polski system szkolnictwa wyższego będzie się obsuwał w dół, a ćwierćśrodki (w postaci zapowiadanej nowelizacji) niewiele pomogą. I nie chodzi tylko o szkolnictwo wyższe, bo w tym z kolei przypadku można by mówić tylko o nieefektywnym użyciu środków publicznych w wysokości około 10 mld zł rocznie, a więc o kwocie w skali budżetu niewielkiej (w KRUS czy PKP marnuje się więcej pieniędzy publicznych). Chodzi o coś znacznie ważniejszego. Współcześnie, w czasach rozwoju gospodarki opartej na wiedzy, szkolnictwo wyższe i sektor nauki stały się najważniejszymi czynnikami uzyskiwania przez państwo przewagi konkurencyjnej i zrozumiały to elity polityczne w wielu państwach świata. Wystarczy popatrzeć na rozmach i konsekwentne działanie w zakresie reformy szkolnictwa wyższego w państwach skandynawskich. Polska przez kilkanaście lat rozwijała się poprzez proste mechanizmy uruchamiania prywatnej przedsiębiorczości, inwestycje zagranicznego kapitału czy transfer do polskich oddziałów zagranicznych korporacji - nowoczesnych technologii. Te proste mechanizmy wzrostu powoli tracą swoją siłę i na przyszłość trzeba uruchomić własne, efektywne czynniki rozwoju. Kryzys światowy mówi dodatkowo "sprawdzam" i zdaniem wielu ekspertów mamy przed sobą ostatni moment, aby Polska nie przesunęła się z obecnego miejsca w półperyferiach do kompletnych peryferii świata rozwiniętego. Stawiam twardą tezę - bez wprowadzenia pełnych i przejrzystych mechanizmów konkurencyjnych do szkolnictwa wyższego i sektora nauki Polska nie będzie graczem w gospodarce światowej. Spełniać będzie jedynie rolę dostarczyciela siły roboczej i obszaru konsumpcyjnego dla zagranicznych towarów wysokich technologii, co już się dzieje.
Co jest sprawiedliwe
Warunki sprawiedliwej konkurencji można uzyskać w szkolnictwie wyższym na dwa sposoby. Pierwszy, to objęcie wszystkich studentów opieką państwa, które opłaca im jeden kierunek studiów stacjonarnych. Drugi, to wprowadzenie dla wszystkich studentów studiów płatnych, wspartych bonem edukacyjnym (o wartości kilku tysięcy złotych na rok). Student sam wybiera uczelnię, a pieniądze "idą za nim" z budżetu. Możliwe są też warianty pośrednie.
Otóż polskie państwo wybrało wariant najgorszy z możliwych (i z tym zgadzają się też prominentni przedstawiciele uczelni publicznych), w którym studia są opłacane przez państwo tylko dla wybranych studentów, często dla dzieci z rodzin zamożnych. Łamie to podstawową zasadę sprawiedliwości społecznej i unijną doktrynę równego dostępu dla wykształcenia wyższego.
A przecież nawet obecnie, przy ograniczonych możliwościach państwa i bez zmian prawnych, możliwe jest uruchomienie pełnej konkurencji w ubieganiu się o studentów przez objęcie dofinansowaniem z budżetu studiów stacjonarnych we wszystkich uczelniach i pieniądze na to są! Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oszacowało, że finansowanie dla każdego studenta studiów stacjonarnych tylko na jednym kierunku ograniczy wydatki budżetowe o 10 proc., a więc o kwotę około 0,76 mld złotych rocznie. Do objęcia wszystkich studentów stacjonarnych studiujących obecnie na uczelniach niepaństwowych (jest ich około 150 tysięcy) identycznym dofinansowaniem jak dla uczelni publicznych, potrzebna jest akurat zbliżona kwota. Ale uczelnie niepubliczne kształcą taniej, więc realna wysokość dofinansowania dla studenta (np. w wysokości średniego czesnego za ostatnie 3 lata) byłaby niższa.
Pozostaje też wariant pośredni, w którym uczelnia niepaństwowa decyduje czy oferuje studentom studia całkowicie nieodpłatne przy dofinansowaniu danego kierunku studiów w identycznej wielkości jak dla uczelni publicznych czy też wybiera dofinansowanie w wysokości 50 proc. ze środków publicznych z zachowaniem możliwości pobierania częściowego czesnego.
Spójrzmy na liczby
Bardzo często w dyskusjach dotyczących szkolnictwa wyższego podkreśla się, że uczelnie niepaństwowe działają z pobudek komercyjnych, natomiast bardzo starannie omija się temat identycznej działalności uczelni publicznych oferujących studia niestacjonarne. Raport GUS za 2006 rok pokazuje, że uczelnie publiczne z czesnego i innych opłat pobieranych od studentów uzyskały w ciągu roku 2,089 mld zł. A uczelnie niepubliczne 2,131 mld zł, a więc niemal dokładnie tyle samo. Posługując się tylko danymi Głównego Urzędu Statystycznego zamieszczonymi w opublikowanym przez GUS opracowaniu "Szkoły wyższe i ich finanse 2006 roku", można wyliczyć, że średnie wynagrodzenie pracownika uczelni publicznej przypadające na jednego studenta studiów stacjonarnych w uczelniach publicznych wynosi 7162 zł. Za rok. W przypadku klasycznych tzw. studiów zaocznych (realizowanych bez zajęć oferowanych metodami internetowymi w systemie 2 zjazdy sobotnio-niedzielne w miesiącu), liczba zrealizowanych w ciągu roku godzin zajęć ze studentami nie może być większa niż 60 proc. jakościowo programu studiów stacjonarnych. W tej sytuacji koszt wynagrodzeń (nie biorąc pod uwagę bardzo często występujących przeliczników mnożących za prowadzenie zajęć w weekendy) za studia niestacjonarne powinien wynieść około 4300 zł rocznie na studenta. Średnie czesne pobierane przez uczelnie publiczne - według GUS - wynosi około 4200 zł na studenta rocznie (w sumie 2,089 mld zł na 497 tysięcy studentów studiów niestacjonarnych). Wniosek jest jeden - uczelnia publiczna nie tylko nie zarabia na tych studiach, ale nawet nie pokrywa swoich kosztów (według GUS koszty stałe w uczelniach publicznych wynoszą 19,9 proc. całych kosztów), gdyż całe czesne pokrywa tylko wysokość wynagrodzeń pracowników. Nie piszę tego, żeby wskazać swoiste "uwłaszczenie się" pracowników na majątku publicznym, tylko żeby unaocznić czytelnikowi, że nawet w przypadku studiów niestacjonarnych nie możemy mówić o równej konkurencji pomiędzy uczelniami publicznymi i niepublicznymi, gdyż uczelnie publiczne oferują przynajmniej część swoich programów studiów niestacjonarnych za czesne wyraźnie poniżej prawdziwych kosztów tych studiów.
Gdzie jest efektywność
Różnica pomiędzy średnim kosztem kształcenia studentów na uczelniach publicznych (ponad 10,500 zł rocznie na jednego studenta), a na uczelniach niepublicznych (4500 zł rocznie na jednego studenta w 2007 r.) jest tłumaczona przez rektorów uczelni publicznych dodatkowymi kosztami ponoszonymi przez te uczelnie wynikającymi z następujących okoliczności: oferowania przez uczelnie publiczne drogich, a niezbędnych kierunków studiów inżynierskich czy innych drogich programów (np. studia artystyczne, medyczne), kosztów kształcenia kadry dydaktycznej dla uczelni niepublicznych. Wystarczy przejrzeć dane publikowane co roku przez GUS, aby odrzucić pierwszy argument. Liczba studentów na studiach inżyniersko-technicznych jest niewielka (około 6,8 proc. ogółu studentów,) a liczba studentów na uczelniach artystycznych jest statystycznie niemal zaniedbywana. Także udział bardzo drogich studiów medycznych (średni koszt studiów nieco ponad 20 tysięcy złotych na rok na jednego studenta) słabo wpływa na średni koszt kształcenia dla wszystkich studiów stacjonarnych na uczelniach publicznych z uwagi na liczbę studiujących na uczelniach medycznych (mniej niż 40 tysięcy studentów w stosunku do 804 tysięcy ogółem). Można też wziąć do porównania tylko wydzieloną w opracowaniu GUS grupę wyższych szkół ekonomicznych (a więc oferujących porównywalne kierunki studiów). Nadal występuje istotna różnica pomiędzy średni kosztem jednostkowym: 7626 zł dla uczelni publicznych i 5406 zł dla uczelni niepublicznych. Wniosek z porównania liczb jest jednoznaczny - wyższe koszty kształcenia na uczelniach publicznych wynikają z niższej efektywności działania, np. zatrudnienie zbyt dużej administracji, ponoszenia zbyt wysokich (nierynkowych) kosztów zatrudnienia pracowników akademickich.
Nieprawdziwy jest też argument drugi. Po pierwsze, obecnych pracowników akademickich pracujących w uczelniach niepublicznych uczelnie państwowe kształciły 10, 20 lub jeszcze więcej lat temu (a więc kosztów ich wykształcenia nie można wliczać obecnie do kosztów funkcjonowania,) a koszty ich rozwoju w ostatnich 10 latach ponosiły często same uczelnie niepubliczne. Po drugie zaś trudno obecnie mówić o kształceniu kadr akademickich pracujących w przyszłości na uczelniach niepublicznych, gdyż uczelnie publiczne robią obecnie wszystko co możliwe, aby zlikwidować sektor uczelni niepublicznych.
Mogę przynajmniej ostrzegać
Niniejszy tekst napisałem bez satysfakcji, ale opinii publicznej należy się prawda o systemie szkolnictwa wyższego oparta na twardych realiach. Do tej pory obraz szkolnictwa wyższego był perfekcyjnie (ale i jednostronnie) formowany przez środowisko uczelni publicznych. Nie jestem optymistą co do przyszłości. Obecnie łatwiej sobie można wyobrazić przywrócenie pełnego monopolu uczelni publicznych i praktycznej likwidacji sektora uczelni niepublicznych, niż uruchomienie ożywczej konkurencji, która zwiększyłaby szanse rozwojowe Polski. Ale chcę zachować przynajmniej czyste sumienie, że bez czekania na najgorsze publicznie wskazywałem na zagrożenia i błędy w systemie.
\*Autor jest prezydentem Wyższej Szkoły Biznesu - National Louis University w Nowym Sączu

FLESZ: Elektryczne samoloty nadlatują.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3