Dwa garby wielbłąda

Redakcja
- Spotykaliśmy się już pięciokrotnie. Zaczynałem od pisania muzyki do filmów krótkometrażowych. To pomogło mi w nawiązaniu współpracy z Jerzym Stuhrem. Przy naszym pierwszym spotkaniu, kiedy dowiedziałem się, że Stuhr poszukuje młodego kompozytora, zaprezentowałem mu próbki muzyki. Zaproponował mi współpracę. W efekcie napisałem muzykę do jego spektakli w Teatrze Ludowym - "Makbeta" i "Wesołych kumoszek z Windsoru" oraz "Wyboru" dla Teatru Telewizji, a także do filmu dokumentalnego o Jerzym Stuhrze.

Z ABLEM KORZENIOWSKIM, autorem muzyki do "Dużego zwierzęcia" Jerzego Stuhra rozmawia Dominika Ćosić

- Praca przy "Dużym zwierzęciu" była dla Ciebie kolejnym spotkaniem z Jerzym Stuhrem.
- Jak wygląda praca z Jerzym Stuhrem, jakie ma wymagania w stosunku do muzyki?
 - Najważniejsza jest dla niego wizja, jej dopiero podporządkowana jest forma. W bardzo precyzyjny sposób udaje mu się opisać i przekazać emocje, w tym celu odgrywa nawet poszczególne sceny. Poza tym czasem ma konkretne wymagania: w "Dużym zwierzęciu" chciał mieć np. piosenkę disco polo. Napisanie takiej piosenki zajęło mi "aż" godzinę, łącznie z tekstem (!). Żaden utwór nie powstaje w tak krótkim czasie.
- Czyli najważniejsze jest dotarcie do tych samych emocji?
 - Tak, porozumiewanie się na płaszczyźnie pozajęzykowej. Pracując przy filmie musieliśmy np. ustalić, czy muzyka grana przez orkiestrę dętą ma pójść w stronę czystej ilustracyjności, czy może wychodzić poza tę funkcję. Stuhr nie chciał dosłowności w żadnym elemencie filmu, dlatego muzyka ta jest również odrealniona. Łączy się ona bardzo ściśle z muzyką wyższego planu, z tym tzw. trzecim aktorem. Ważne dla mnie było utrzymanie spójności całej warstwy muzycznej filmu. Występują w niej dwa tematy przewodnie: wielbłąda (motyw spaceru) i głównego bohatera, Sawickiego - bardziej dramatyczny, powiązany z emocjami tej postaci. Te dwa motywy występują w różnych zestawieniach (także w partiach orkiestry dętej), a w scenie finałowej splatają się, tworząc jedną całość. Chciałem zachować spójność, charakterystyczną dla całego filmu i ukryć emocje gdzieś pod powierzchnią.
- Pracowałeś również z Jerzym Jarockim przy "Fauście" w Starym Teatrze.
 - Jarocki jest przeciwieństwem Stuhra, tworzy "w biegu", ciągle zmienia koncepcje, rozwija je, wraca do starych pomysłów. Czasem się zdarza, że nowe pomysły zmieniają to, co już zostało ustalone. To była trudna szkoła. Całą muzykę musiałem napisać cztery razy. Koncepcja reżyserska ewoluowała, zmieniała się wizja sceny (Noc Walpulrgii). Było to dla mnie dużym obciążeniem, ale praca z Jarockim nauczyła mnie czegoś - bezkompromisowego dążenia do doskonałości, pomogła w nauczeniu się błyskawicznego odrzucania niesprawdzających się pomysłów. Najgorszą rzeczą jest, gdy sami sobie "odpuszczamy", gdy wybieramy drogę na skróty. Po tym doświadczeniu, jeżeli czuję, że coś jest niedobre, bez żalu wyrzucam do kosza efekt miesięcznej pracy. To nie jest łatwe, bo własne dzieci są zawsze najpiękniejsze.
- Ukończyłeś krakowską Akademię Muzyczną: wydział instrumentalny (wiolonczela) i kompozycję u Krzysztofa Pendereckiego. Co sprawiło, że tego kompozytora wybrałeś na swojego nauczyciela?
 - Jego muzyka była moim pierwszym kontaktem z muzyką współczesną. W szkole podstawowej śpiewałem w chórze chłopięcym Filharmonii Krakowskiej, jeździliśmy dużo z "Pasją według św. Łukasza". Dla dziecka to była gigantyczna muzyka, nieprzeniknione morze dźwięków. Ale po dwudziestym koncercie coś jednak zaczęło się zmieniać w jej odbiorze. Na pewno to doświadczenie miało jakiś wpływ na to, że w ogóle zdecydowałem się studiować kompozycję. Ale potrzebowałem do tego Autorytetu, Mistrza, który na szczęście zgodził się mnie przyjąć.
- Swoją przyszłość wiążesz z muzyką filmową?
 - Chciałbym komponować dwutorowo. Z jednej strony właśnie muzyka filmowa, a z drugiej większe formy tzw. muzyki poważnej. Fascynuje mnie orkiestra. Im większy skład, tym większe daje możliwości. Najważniejsze dla mnie jest jednak dotarcie do słuchacza. Zdaję sobie sprawę, że kompozytor muzyki poważnej może myśleć o wpisaniu się w krajobraz koncertowy dopiero po czterdziestce, natomiast w muzyce filmowej doświadczenie zdobywa się dużo szybciej. Współtworzenie formy, takiej jak film jest czymś niepowtarzalnym i fascynuje mnie od dawna. Te dwa rodzaje muzyki są dla mnie jak, mówiąc metaforycznie, dwa garby mojego wielbłąda. I trudno mi powiedzieć, który z nich jest ważniejszy.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie