Dwór cudów

Redakcja
Byli sportowymi fenomenami, którzy przerośli swoją epokę Na dworze "królowej sportu" cudowne wydarzenia zdarzają się najczęściej, ich autorami są gwiazdy lekkoatletyczne, a dokonania przechodzą do legendy. Przed igrzyskami w Sydney przypomnijmy największe, legendarne niespodzianki.

JAN OTAŁĘGA

JAN OTAŁĘGA

Byli sportowymi fenomenami, którzy przerośli swoją epokę

Na dworze "królowej sportu" cudowne wydarzenia zdarzają się najczęściej, ich autorami są gwiazdy lekkoatletyczne, a dokonania przechodzą do legendy. Przed igrzyskami w Sydney przypomnijmy największe, legendarne niespodzianki.
 Najpierw zdumieli świat amerykańscy sprinterzy, a było to już podczas pierwszych igrzysk olimpijskich. Do Aten w 1896 r. przyjechali reprezentanci 13 państw. W programie wznowionych po wiekach igrzysk znajdował się bieg na 100 metrów. Amerykanie Thomas Burke i Thomas Curtis zastosowali niski start. Do tej pory biegacze z Europy startowali z wyprostowanych nóg, jedynie nieco się pochylając. Ku zdumieniu obserwatorów zawodów Burke i Curtis uklękli na jedno kolano. Pojawiły się uśmieszki i przypuszczenia, że zanim wstaną, rywale będą daleko. Ale to właśnie niski start pomógł obu sprinterom. Od tej pory tak biega cały świat.
 Olimpijskim herosem, który wyprzedził swoją epokę, bezwzględnie był amerykański Murzyn Jessie Owens. Na igrzyskach w Berlinie w 1936 r. zdobył 4 złote medale, co pozostawało nie wyrównanym rekordem w lekkoatletyce aż do 1984 r., kiedy w Los Angeles pojawił się Carl Lewis. W pływaniu czy gimnastyce nie dziwi tak wielka liczba trofeów, znacznie trudniej uzyskać tyle medali w biegach czy na skoczni. Zanim Owens dokonał w Berlinie tej sztuki, rok wcześniej, 25 maja 1935 r., ustanowił sześć rekordów świata. Wszystkie w jeden dzień! W tym jeden wielkiej wagi: skok 8,13 m w dal oznaczał otwarcie nowej epoki, ale wtedy dostępnej tylko dla tego zawodnika.
 Pokonał granicę 8 metrów, a było to tak daleko dla konkurentów, że Owens wiele lat czekał, by ktoś zagroził temu wynikowi. Rekord trwał aż 25 lat i stał się w lekkoatletyce "rekordem rekordów". W żadnej z innych konkurencji najlepsze wyniki nie ostawały się tak długo. Lepszych rezultatów w dal doczekał się Owens już na swojej sportowej emeryturze. W 1960 r. Niemiec Steinbach i Amerykanin Boston wreszcie skoczyli dalej.
 W Berlinie Owens wygrał z łatwością 100 i 200 metrów, skok w dal i razem z partnerami sztafetę sprinterską. Jeszcze dwa dodatkowe zdarzenia z berlińskiej olimpiady z udziałem Owensa poruszyły obserwatorów: uciekający z loży Hitler, aby tylko nie podać ręki czarnoskóremu zwycięzcy oraz siódmy skok. O co chodziło w tym przypadku? Konkurs skoku w dal, jak wiadomo, składa się z sześciu prób. Fotoreporterzy mieli jednak pecha, nie uchwycili żadnego ze skoków Owensa. Po konkursie podeszli do złotego medalisty z prośbą, by specjalnie dla nich, dla zdjęć, skoczył jeszcze raz. Skoczek zgodził sie, stanął na rozbiegu i fotografowany wylądował na odległość 8,06 m. Tyle samo, ile uzyskał w finale!
 Owens był sportowym fenomenem, który przerósł swoją epokę. Wielu ekspertów uważa go za najlepszego sportowca wszech czasów. Jeszcze dzisiaj, po 60 latach, jego wyniki dawałyby zwycięstwo w niejednym mityngu...
Tak się złożyło, iż skok w dal stał się tą konkurencją sportową, której wyniki szczególnie zaszokowały świat. Długo trwał rekord Owensa, podobnie stało się z osiągnięciem Boba Beamona, czarnoskórego skoczka z USA.
 Do igrzysk w Meksyku w 1968 r. rekord należał do Bostona 8,35. Tymczasem na olimpijskiej skoczni Beamon osiągnął fenomenalny wynik 8,90! Najpierw sądzono, iż tablica świetlna się popsuła, ale potwierdzono ten wynik. Wtedy zaczęto mówić i pisać o wejściu w XXI wiek, o skoku kosmicznym itp. Tym jednym skokiem Beamon został gwiazdą całego stulecia.
 Był jednak innym zawodnikiem niż Owens. Tamten bił rekordy i wygrywał wiele zawodów. Beamon poza jednym wyczynem niczego więcej nie dokazał. Ale wystarczył ten jeden skok, by przejść do sportowej legendy. Wynik Beamona oparł się konkurentom 23 lata. Dopiero na mistrzostwach świata w Tokio dalej skoczył Amerykanin Powell.
 Wspomnieliśmy już o Carlu Lewisie. To kolejna gwiazda "królowej sportu", której osiągnięcia uważano za cudowne. Lewis - w odróżnieniu od Beamona - był zawodnikiem, który wiele lat trwał na stadionie, był królem sprintu i skoku w dal lat 80. W Los Angeles powtórzył wyczyn Owensa. Zapewne wywalczyć 4 złote krążki Lewisowi było trudniej niż jego sławnemu poprzednikowi. To były już czasy wąskiej specjalizacji w sporcie, nie brakowało na całym świecie znakomitych sprinterów i skoczków. Ale Lewis był wyjątkowy. Eksperci mogą teraz się spierać, czy sportowcem numer 1 mijającego wieku był Owens czy Lewis.
 Owens szybciej zakończył lekkoatletyczną karierę. W USA, po powrocie z berlińskiej olimpiady, namówiono go na ściganie się zawodowe, rywalizował na przykład z galopującymi końmi. To był raczej cyrk, ale dzięki temu sportowiec mógł zarobić. Jako lekkoatleta musiał być amatorem; inaczej nie dostąpiłby zaszczytu bycia olimpijczykiem. Lewis żył w innej epoce, pieniądze dla olimpijczyka były już czymś naturalnym, zawodnik zarabiał na sporcie, choćby dlatego z bieżni długo nie schodził. Potwierdził swój prymat w sprincie 4 lata po Los Angeles, w Seulu, gdzie wygrał skok w dal i 100 metrów. Wprawdzie na mecie był drugi, ale rywalizował fair. Ben Johnson z Kanady, początkowo ogłoszony zwycięzcą, biegł na dopingu.
W Polsce też zdarzały się sportowe gwiazdy, które wyprzedzały epokę. Na dworze naszej "królowej sportu" takim był Józef Schmidt.
 Wielu mieliśmy znakomitych lekkoatletów, medalistów różnych zawodów, ale to trójskoczek z Zabrza przez wiele lat był niedościgły. W trójskoku ustanowił wspaniały rekord świata, a przed igrzyskami w Tokio wykazał się jeszcze niezwykłym hartem ducha.
 Jego talent wypłynął w 1958 r. podczas mistrzostw Europy w Sztokholmie. 23-letni Polak bez trudu pokonał konkurentów. Wynik 16,43 był nowym rekordem Polski, rywale zaś z trudem przekraczali 16 metrów. Następny sezon Schmidt jednak stracił, leczył kontuzję. Świetne wyniki i pech cały czas przeplatały się w jego karierze. W roku olimpijskim 1960 r. Schmidt był na szczęście zdrowy i sygnalizował w czasie treningów wysoką formę. Rekord świata wynosił wtedy 16,71 m i należał do Rosjanina Fiedosiejewa.
 Zanim lekkoatleci pojechali na igrzyska do Rzymu, w Olsztynie rozegrali mistrzostwa Polski, zarazem ostatni sprawdzian przed olimpijskim występem. Na rozbiegu stanął trójskoczek z Zabrza. Dynamiczny bieg, trzy odbicia i dalekie lądowanie w fontannie piasku. Od razu kibice zorientowali się, że padł wspaniały wynik, może rekord świata, bo Schmidt lądował poza chorągiewką oznaczającą odległość 16,71. Tylko ile skoczył? Po chwili napięcia spiker podał wynik, a widownia zerwała się z miejsc, bo rezultat był zaskakujący - 17,03 m!
 Rekord świata pobity został aż o 32 cm, to nie zdarza się często, w dodatku Schmidt przekroczył zaczarowaną granicę dla trójskoczków - 17 metrów. Owszem, liczono się z dalekim skokiem Polaka, lepszym niż wynik Fiedosiejewa, ale żeby przekroczyć granice marzeń!?
 Tym skokiem Schmidt wpisał się na listę osiągnięć podobnych do Owensa czy Beamona... Nikt z koalicji skoczków zagranicznych nawet nie zbliżył się do tego rezultatu. Dopiero w 1968 r. podczas igrzysk w Meksyku skakano dalej. Ale też skoczkowie byli już lepiej wytrenowani, a dopomogły im jeszcze dwa czynniki: wysokogórskie położenie Meksyku, a więc możliwość większej szybkości na rozbiegu oraz nowy wynalazek tamtych lat - tartan!
 Józef Schmidt skakał prawie całą karierę, w tym podczas mistrzostw w Olsztynie, na zwykłym, żużlowym podłożu. W Meksyku skoczkowie otrzymali podarunek, z którego korzystają do dzisiaj. Ciekawe, ile skoczyłby Schmidt, gdyby dysponował warunkami dostępnymi dla jego następców? Dotyczy to nie tylko tartanu, ale i odpowiedniego przygotowania, naukowego treningu, diety, dozwolonego wspomagania?! On skakał "samym talentem", trenował tylko wtedy, gdy miał ochotę... Był absolutnym amatorem. A mimo to wynik 17,03, uzyskany przed 40 laty, jeszcze dzisiaj dałby zwycięstwo w niejednym wielkim mityngu.
 Schmidt jest najbardziej utytułowanym polskim lekkoatletą. Zdobył dwukrotnie mistrzostwo olimpijskie i dwukrotnie mistrzostwo Europy. Gdyby wtedy organizowano mistrzostwa świata, kolekcja Polaka byłaby bogatsza. Na skoczniach świata okazał się niepobity 8 lat. Stanowił prawdziwy fenomen swych czasów.
 Trzeba jeszcze wspomnieć o heroicznej postawie Schmidta. W 1964 r., kiedy wszyscy szykowali się do igrzysk w Tokio, nabawił się kontuzji nogi. Operacja i rehabilitacja trwały kilka miesięcy, rywale trenowali, a on chodził o kulach. Wielu ekspertów i kibiców przestało nawet wierzyć w wyjazd faworyta trójskoku do Tokio. Ale Schmidt tuż przed igrzyskami wznowił ostrożnie treningi, włączono go w skład ekipy, choć nikt nie gwarantował dobrej formy. Rywale, znając perypetie Polaka, już szykowali się do detronizacji mistrza. Tymczasem na olimpijskiej skoczni obudził się stary lew. Schmidt skoczył jeszcze dalej niż 4 lata temu w Rzymie, 16,85 m, a takiej długości rywale mogli tylko zazdrościć. Potwierdził swój prymat.
Tokijskie igrzyska stanowiły początek wielkiej międzynarodowej kariery Ireny Kirszenstein i Ewy Kłobukowskiej. Dwie 18-latki z Warszawy przebojem weszły do światowej czołówki. Jechały do Japonii nikomu nie znane, wróciły jako gwiazdy. Kirszenstein była druga w skoku w dal i na 200 metrów, Kłobukowska trzecia na 100 metrów, a obie stanowiły podporę sztafety 4x100 m, która nieoczekiwanie wywalczyła złoty medal.
 Aby nie wypalać się we wzajemnych pojedynkach w kraju, nastąpiła u obu sprinterek pewna specjalizacja. Kłobukowska częściej biegała na 100 metrów, Kirszenstein na 200. W ten sposób w 1966 r. w Budapeszcie na ME obie zdobyły złote medale. Na końcu tych mistrzostw obie przystąpiły do sztafety. Kwartet Polek był zdecydowanym faworytem. Złe zmiany jednak spowodowały, iż przed ostatnimi stu metrami Kłobukowska otrzymała pałeczkę daleko za prowadzącymi, około 10 metrów. Sprawozdawca radiowy, red. Bohdan Tomaszewski w tym momencie przygotowywał polskich słuchaczy, iż złota, niestety, tym razem nie będzie. A jednak zdarzyło się coś, co określono cudem. Fantastyczne przyspieszenie w wykonaniu Kłobukowskiej wyprowadziło polską sztafetę na 1. miejsce. Taki sprint przerastał ówczesną epokę.
 Irena Kirszenstein-Szewińska zadziwiła świat nieraz, ale najbardziej chyba w Montrealu w 1976 r. Miała już wiele lat kariery za sobą. Postanowiła jeszcze spróbować sił na 400 metrów i z tym zamiarem pojechała na igrzyska olimpijskie. W Polsce w napięciu czekano na występ pani Ireny. Obawiano się młodszych od niej o 10 lat zawodniczek NRD, wytrenowanych z laboratoryjną precyzją, gdzie wśród czynników stymulacyjnych znajdował się - po latach wychodzi to na światło dzienne - doping. A jednak niesamowity talent Szewińskiej okazał się odporny w stosunku do działań NRD-owskiej "stajni".
 W finale olimpijskim na ostatnią prostą Polka wyszła z nieznaczną przewagą nad rywalkami. Ale kiedy przyspieszyła, Brehme i Streidt jakby stanęły w miejscu; na mecie ponad 10-metrowa różnica zwyciężczyni nad pozostałymi była prawdziwym nokautem. Czas Szewińskiej - 49,29 oznaczał rekord świata. Druga Brehmer uzyskała zaledwie 50,51.
 Kiedy kariera Szewińskiej trwała wiele lat, aż po igrzyska w 1980 r., w Moskwie, to bieganie jej koleżanki nagle się zakończyło. W 1967 r. polska ekipa pojechała na zawody o Puchar Europy do Kijowa. Rozgłośnia Wolna Europa tuż przed zawodami podała do kraju sensacyjną wiadomość, że lekarze radzieccy i węgierscy po badaniu płci wykluczyli Kłobukowską ze startu. W polskich mediach z kolei zapanowała kłopotliwa cisza, której cała lata nikt nie przerwał. Kłobukowska nagle zniknęła ze stadionów i nic o tym nie mówiono.
 Taki "szlaban" na informacje był charakterystyczny dla ówczesnych czasów. Krążyły tylko plotki. Dopiero po latach zaczęto mówić o tym głośno, iż skrzywdzono zawodniczkę; dopatrywano się nawet zmowy, która miała wtedy utrącić z zawodów polską gwiazdę. Sama Kłobukowska po zaprzestaniu startów zaczęła pracować w biurach budowlanych i unikała kontaktów z prasą.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie