Dwunastu sprawiedliwych

Redakcja
Trudność obrony tego stwierdzenia, pojawia się już na wstępie, wypada bowiem zdefiniować sprawiedliwość, pojęcie tylko intuicyjnie oczywiste. Każdy do sprawiedliwości się odwołuje i każdy inaczej ją pojmuje. Arystoteles i św. Tomasz z Akwinu powiadają, iż sprawiedliwość to przestrzeganie zasady, by oddać każdemu to, co mu się należy. Zaiste, słuszne to i... sprawiedliwe. Tylko co się komu faktycznie należy? Kto ma o tym rozstrzygać?

"Wojna - jak wyraził się kiedyś Clemenceau - jest zbyt poważną sprawą, by powierzać ją wojskowym". Spróbujmy strawestować ten paradoks i wygłosić jeszcze większą herezję: "Sprawiedliwość jest rzeczą zbyt poważną, by powierzać ją prawnikom"
 Istnieje powszechna zgoda, by czyniło to prawo i sędziowie. Ale nie zawsze udaje się utożsamić prawo ze sprawiedliwością, a sędziowie bywają różni. Wiemy wszak nie od dziś, co już Platon powiadał w swojej "Rzeczypospolitej": każda władza ustanawia według tego, co jej na korzyść wychodzi. A i przy najlepszych chęciach, nawet w pełni demokratycznym państwie, bywa, że prawo często nie przystaje do sytuacji, rozmija się z odczuciami ludzi. Nie zawsze i sędziom dostaje mądrości i odwagi. Czy więc odebrać wymiar sprawiedliwości z rąk prawników, zawodowców i oddać go w ręce ludu? Bywało i tak, ale z doświadczeń wynika, iż ta alternatywa wydaje się jeszcze gorsza.
 Pewną próbą pogodzenia tych dwóch porządków, zetatyzowanego wymiaru sprawiedliwości ze "sprawiedliwością ludu" jest instytucja sądów przysięgłych. Są regułą w anglosaskim systemie prawa, ale nie tylko. W wielu krajach, choć w różnym zakresie, o winie i karze rozstrzyga ława przysięgłych, gremium obywatelskie, nie mające na co dzień nic z wymiarem sprawiedliwości wspólnego. Na ziemiach polskich sądy przysięgłych, podobnie jak w Europie, rozpowszechniły się po rewolucyjnej Wiośnie Ludów, od połowy XIX stulecia. Funkcjonowały w okresie międzywojennym, restytuowano je po II wojnie światowej, choć praktycznie nie działały i w 1949 roku zostały skasowane. Jakaś ich forma ułomna istnieje wszelako w instytucji ławników, "czynniku obywatelskim w wymiarze sprawiedliwości".
 Z punktu widzenia profesjonalistów stanowią dopust boży. Trudno ich zdyscyplinować, ściągnąć na sesje sądową. A kiedy już się zjawią, często okazują się całkowicie niekompetentni. Albo dziko uparci w swych dyktowanych emocjami ocenach, głusi na racjonalne argumenty, albo przeciwnie, całkowicie ulegli i podporządkowani opinii zawodowego sędziego, nie znający elementarnych reguł procedury. W pamiętnikach prawników wydanych w 1969 roku znalazłem taka oto anegdotę opowiedzianą przez pewnego adwokata: "...po zamknięciu postępowania dowodowego przemawiam, przekonuję, dowodzę, a w tym czasie jeden z ławników coś szepce do ucha sędziemu przewodniczącemu, ten szepce do ławnika, tamten znów coś mamrocze, mruczy, po czym sędzia coś pisze na karteczce, podsuwa ławnikowi, ten też coś pisze, oddaje sędziemu... Przerywam przemówienie i pytam sarkastycznie: `Czy ja aby nie przeszkadzam? - Ależ nie, proszę, niech pan mecenas kontynuuje`. Po wyroku pobiegłem do gabinetu sędziego z wymówkami, a ten wyjaśnił mi co zaszło. - Podczas pańskiego wystąpienia ławnik szepce mi do ucha: Panie sędzio, mogę wyjść na stronę? Odpowiadam, że teraz nie; mowa adwokata nie potrwa długo i wtedy wyjdzie. Ale ławnik nie dosłyszał, dalej marudzi. Więc piszę: zaraz będzie przerwa, niech pan poczeka. Podsuwam mu kartkę, a ten podpisuje ją zamaszyście imieniem i nazwiskiem. Sądził, że to już wyrok".
 Sędziom przysięgłych zarzuca się podobne grzechy, ale najcięższy przeciw nim zarzut, to ten, że przesądzając o winie oskarżonego i skazując nieraz na drakońskie kary, często nie zadają sobie trudu dostatecznego zbadania sprawy. Z umysłowego lenistwa, z braku czasu, z osobistych uprzedzeń, konformizmu. Znakomicie ilustruje ten mechanizm głośny amerykański film
"12 gniewnych ludzi". Łatwo też ławą przysięgłych manipulować, często los oskarżonego zależy od krasomówczego talentu obrońcy. Nie należą do wyjątków sytuacje, gdy zapadają wyroki po myśli oskarżonych, bo członkowie ławy są zastraszeni bądź przekupieni. Wiele dni trwało zgromadzenie kompletu przysięgłych w wielkim procesie Kamorry, który odbył się w roku 1909 w Viterbo, bowiem wszystkie osoby, którym proponowano utworzenie ławy twierdziły, iż są chore. Chicagowscy gangsterzy w latach 30. mimo ewidentnych dowodów winy wychodzili z sali sądowej na wolność; groźba rewolweru lub pokusa łapówki były silniejsze od argumentów prokuratora.
Istnieją jednak jakieś powody, dla których, mimo tylu kompromitacji, idea "ludowej sprawiedliwości" nie spoczywa jeszcze w lamusie historii. Wśród argumentów przywoływanych na jej obronę jest i ta, że stanowi swoisty wentyl bezpieczeństwa przeciwko nadużyciom władzy sądowniczej i jest trwałym elementem społeczeństwa obywatelskiego, czego najdobitniejszy przykład daje Ameryka zgodnie z dewizą: tyle tylko państwa, ile jest absolutnie niezbędne. Jest też do pewnych granic gwarantem, iż ocena czynu poddanego rozwadze ławy przysięgłych bliższa będzie poczuciu sprawiedliwości i słuszności ugruntowanemu w danym społeczeństwie. We Francji na przykład sprawca zabójstwa w afekcie, zwłaszcza kobieta, może być pewnym przychylności przysięgłych. We Włoszech małżonek strzelający do wiarołomnej żony może nawet liczyć na uniewinnienie; to sprawa honoru, nie kryminalna. W Anglii ława przysięgłych pozostanie nieczuła na porywy serca. Wyrok za ten sam czyn będzie dużo surowszy; a do zniesienia w Wielkiej Brytanii kary głównej obowiązywała żelazna zasada - śmierć za śmierć, bez względu na okoliczności. Werdykty zawodowych sędziów tych krajów zapewne mniej by się różniły.
 Jak odmienne mogą być zapatrywania zawodowych sędziów i sądu przysięgłych na karygodność tego samego czynu, świadczy historia procesu, właśnie o "zbrodnię w afekcie", którą dla potomności utrwalił w swych zapiskach mecenas Zygmunt Hofmokl-Ostrowski. W pierwszych latach swej zawodowej kariery, do jego c.k wiedeńskiej kancelarii zgłosił się pewien klient, w mundurze asystenta kolei ze złotymi guzikami, w jelenich białych rękawiczkach. Wsparł rękę na głowni paradnej szpady, poprawił złoty cwikier i zwięźle zaraportował: - Jestem żonaty... Ale muszę babie w łeb strzelić!
 - No, no..
 - Pan mecenas usłyszy, to się dziwić przestanie. Jutro jest rozprawa, nazwałem ją k... i to publicznie, a szelma ma jeszcze odwagę się skarżyć!
 I opowiedział historię swej małżeńskiej martyrologii. Jako student zakochał się w córce wiedeńskiej praczki. Spacery, wycieczki, a po jakiejś libacji na Grinzingu... Pan mecenas rozumie. Ale cóż! Jestem oficerem, świństwa nie zrobię. Trzeba się było żenić, przerwać studia, zarabiać.
 - No a ta jutrzejsza rozprawa?
 - Przyłapałem ją raz i drugi, sprałem babę, ale nie pomogło. W złości człowiek nie wie co robi. Gdzieś tam drzwi uchylono, ktoś posłyszał... Ale ja to udowodnię, przekonam sąd, mam listy.
 - Krucho będzie, zniewagę panu udowodnią, są świadkowie. A pańskie dowody... Pan rozumie, "okoliczności objęte tajemnicą życia rodzinnego", ustawowo niedopuszczalne.
 - Ale ja babie i tak w łeb strzelę, jak zaprzeczy!
 - Wątpię czy warto, na razie spróbujmy po dobroci.
 Po beznadziejnej próbie pogodzenia małżonków na pierwszej rozprawie, sprawę odroczono. Mecenas i klient umówili się na spotkanie po otrzymaniu wezwania na następną. Ale zamiast wezwania do kancelarii adwokata nadszedł list z Ołomuńca. Na kopercie stempel - więzienie śledcze. W kopercie list: Łaskawy Panie Doktorze! Otóż już siedzę. Palnąłem babie w brzuch. Ale ją odratowano. Proszę o obronę.
 Szczegółów dowiedział się mecenas już na miejscu, w więzieniu. - Uciekła mi z oficerem do Ołomuńca. Długo jej nie mogłem znaleźć, ale w końcu dopadłem. Tylko ten cholerny rewolwer, grat przedpotopowy. Strzelałem do niej z odległości jednego kroku i nic. Ledwie ją drasnąłem. Wylizali potwora. Teraz zbiera materiały na mnie.
 Zamachowiec w śledztwie, wiedziony samozachowawczym instynktem, nie przyznał się do zamiaru zabicia małżonki. Tłumaczył, iż chciał jej jedynie zostawić pamiątkę, dlatego strzelał tylko raz, celował w brzuch, nie w głowę, itp. Prokurator zadowolił się tą wersją. Oskarżył go o ciężkie uszkodzenie ciała, zagrożone kara więzienia do lat 5. Sprawa była ewidentna, wyrok skazujący pewny, pole manewru dla obrońcy prawie żadne.
 - Jest pewien sposób, by wybawić pana z tej kabały - powiedział w przeddzień rozprawy mecenas - ale musi pan trzymać się ściśle moich wskazówek. Zgoda? No więc jutro w sądzie, na pytanie dlaczego strzelał pan do żony, pan odpowie: Chciałem ją zabić!
Oskarżony podjął grę. I istotnie nazajutrz, wobec skonsternowanego sądu i nie mniej zdumionego prokuratora oświadczył, że w więzieniu doszedł do przekonania, iż najlepiej będzie powiedzieć szczerą i rzetelną prawdę. - Tak, chciałem pozbawić moją Bertę życia, gdyż wyrządziła mi największą krzywdę, jaką można wyrządzić oficerowi i urzędnikowi, moje nazwisko zostało publicznie zhańbione. Prokurator wstał, nałożył biret i pełnym godności głosem oświadczył: - Zmuszony jestem prosić o odroczenie rozprawy i udzielenie mi akt celem sprostowania aktu oskarżenia.
 I oto właśnie chodziło. Za usiłowanie morderstwa można wprawdzie było dostać nawet i 20 lat, ale rozprawa toczyła się już nie przed sędziami koronnymi, lecz przed sądem przysięgłych. Wobec tego audytorium prokurator tracił swoje atuty, zyskiwał obrońca. Zemsta za wiarołomstwo jest stara jak wiarołomstwo, tak stara jak instytucja małżeństwa. I na to liczył obrońca, choć gra była ryzykowna.
 Ale potoczyła się na szczęście według przewidzianego scenariusza. Oskarżony trzymał się ściśle instrukcji obrońcy i gdy znów padło sakramentalne: Czy przyznaje się pan do winy? odpowiedział:
 - Częściowo.
 - To znaczy?
 - Że strzelałem do żony.
 - Żeby ją zabić?
 - Nie, tego zamiaru nie miałem.
 - Jak to, wszak na ostatniej rozprawie...
 - Tak, przyznałem, ale to nie była prawda.
 - Więc dlaczego pan tak zeznał? Wszak konsekwencje pan chyba rozumie - surowo zagadnął przewodniczący.
 - Obrońca mnie namówił!
 Powstało zamieszanie, jakby kto bombę wrzucił w środek sali. Wszystkie spojrzenia skierowały się na mecenasa. - Istotnie uczyniłem wszystko, by sprawę rozpatrywali panowie przysięgli, do których mam bezgraniczne zaufanie i którzy mnie jeszcze nie zawiedli - wyjaśnił mecenas. - A co do sprzeczności zeznań... Cóż, podsądny korzysta z praw przysługujących oskarżonemu, jego sprawa, jaki z nich czyni użytek. A panowie przysięgli z pewnością ocenią to właściwie.
 Ocenili po myśli oskarżonego. Wyrok uniewinniający zapadł jednogłośnie. Więcej, po rozprawie przysięgli urządzili składkę na podróż oskarżonego do Wiednia. Udał się tam wraz ze swym obrońcą i przez 7 lat do wybuchu wojny był oddanym i lojalnym kierownikiem jego kancelarii.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie