Dziękujemy za palenie

Redakcja
Spór o palenie w miejscach publicznych ma dwie strony – tych, którzy stanowczo sprzeciwiają się wprowadzeniu jego całkowitego zakazu oraz zdecydowanych przeciwników kurzenia, kopcenia, jarania i dymienia w knajpach. Czy na pewno tylko dwie? Mimo wszystko, zdaje się, że tak.

Jadwiga Nowak

W przypadku tego sporu znana marketingowcom (oraz ludziom show-biznesu) zasada „nie ważne jak mówią, byleby mówili” nie sprawdza się. Niestety, albo właśnie – stety. Producenci papierosów nie zyskują w tym wypadku nic na podgrzewaniu i tak już gorącej atmosfery wokół projektu planowanego od ładnych paru lat przez polski rząd. Raczej nikt tylko z powodu nasilającej się dyskusji o tym problemie nie sięgnie po papierosa z myślą: „Tyle o tym słychać, muszę sprawdzić na własnej skórze o co ten cały szum”. Wielkie koncerny tytoniowe nie tylko nie zyskują, ale nawet tracą na rozdmuchiwaniu tematu. Niejeden palacz zastanawia się, jak poradzi sobie z głodem nikotynowym, kiedy przepis w końcu wejdzie w życie.

Hipotetyczna sytuacja: na termometrze -15, wiatr hula po ulicy oświetlanej tylko przez nikłe światło latarni, on ulokował się ze znajomymi przy piwie w jakimś miłym (i ciepłym!) miejscu, aż tu nagle i niespodziewanie: trrrach! Dopada go „mały głód”. Głód robi się coraz większy, a nasz biedak coraz mniejszy, coraz bardziej niespokojny i podenerwowany. Wierci się, kręci, wzdycha niezrozumiale, browar nagle przestaje tak dobrze smakować, żarty są jakby mniej śmieszne, a brunetka z ładnymi oczami ze stolika obok już wcale nie wydaje się taka sympatyczna. Nasz bohater ma teraz dwa wyjścia. Albo opuści na parę mrożących krew w żyłach dotychczasową i jakże ciepłą przystań, aby móc legalnie „puścić dymka”, narażając się tym samym na odmrożenie palców przynajmniej jednej z rąk, albo podejdzie do sprawy bardziej permanentnie: zagłuszy złośliwy głód kolejną porcją alkoholu zaaplikowaną bezpośrednio przy barze w czasie sekund siedem i pół, brunetkę poprosi o numer telefonu, a poczynając od dnia następnego palenie rzuci.

Taka operacja zarezerwowana jest oczywiście tylko dla herosów o woli silnej jak sam Pudzian, ale odsuwając żarty na bok – bardzo prawdopodobnym jest, że część z obecnych palaczy już teraz poważnie zastanawia się, czy planowane utrudnienie im życia nie będzie dla nich na tyle uciążliwe, że warto by było pomyśleć nad odstawieniem papierosów. Tym bardziej, że cena paczki rośnie właściwie z miesiąca na miesiąc i na razie nic nie wskazuje na to, by ten trend miał się zatrzymać, a co dopiero odwrócić. Według przedstawicieli Ministerstwa Zdrowia aż 35% obecnych palaczy zadeklarowało, że nałóg chciałoby rzucić w ciągu najbliższego roku, a 5% z nich chce to zrobić natychmiast (trzymam za słowo!).
Z punktu widzenia zdrowotności Polaków są to dane nad wyraz optymistyczne, z punktu widzenia szeroko pojętych zysków materialnych – mniej. Co nie oznacza, że nagle knajpom ubędzie klientów, którzy będą woleli spędzić domatorski wieczór, ale za to wzbogacony niezbędną paczką ulubionych fajek. Bary i kluby będą w weekendowe wieczory przepełnione jak zwykle, będzie się w nich tylko przyjemniej (bo mniej cuchnąco) siedzieć. I to mogłaby być nasza trzecia strona w rzeczonym sporze, ale kolejny raz przyjdzie mi ją obalić – wszak właściciele lokali rozrywkowych też siłą rzeczy muszą podzielić się na zwolenników i przeciwników zakazu. Prawdziwe kłopoty czekają producentów papierosów, ale akurat o nich bym się nie martwiła – niektórzy ludzie palaczami niemal się urodzili i palaczami umrą, a żadne zakazy i podwyżki cen im w tym nie przeszkodzą.

Papierosów nałogowo nie paliłam, nie palę i z dozą prawdopodobieństwa graniczącego z pewnością mogę stwierdzić, że nigdy palić nie będę. Mimo wszystko mój głos w tej sprawie nie jest aż tak radykalny. Głupotą według mnie jest zabranianie palenia w absolutnie wszystkich knajpach. Czy nie powinno to zależeć od właściciela i „profilu” takiego lokalu (w końcu „wolność Tomku w swoim domku”)? Wolność objawia się też tym, że to my sami decydujemy o sobie. Nikt nie zmusza nas, byśmy robili coś niezgodnego z naszymi upodobaniami, ale nie starajmy się też podporządkowywać sobie wszystkich, w naszym mniemaniu głupszych („Nie dość, że truje siebie, to jeszcze wszystkich naokoło, a fe!”/„Myślałby kto, że taki delikatny, że trochę dymu mu przeszkadza!”). W samym Krakowie jest co najmniej kilkadziesiąt pubów, w których palić nie wolno w ogóle albo przynajmniej jedna sala jest salą dla niepalących (szczegóły znajdziesz pod tym linkiem:  http://www.lokalbezpapierosa.pl/index.php/mapa/action/city/miasto/1). Chcesz wyjść do klubu i móc swobodnie zapalić (lub palenie ci nie przeszkadza) – okej, nie ma problemu, znajdziesz szereg takich miejsc. Nie masz ochoty, by twoje ubrania i narządy wewnętrzne przesiąkły papierosowym dymem – wybierasz lokal z zakazem. Proste jak budowa cepa, a jednak tyle emocji generuje… Sprawa wydaje mi się identyczna jak z alkoholem – dziś każdy, kto dostanie odpowiednią koncesję, może go w swoim lokalu sprzedawać, ale nie każdemu wizja własnej knajpy się z taką polityką pokrywa. Czy przez brak alkoholu w ofercie kawiarnie, pijalnie czekolady czy choćby McDonalds’y mają mniej klientów? Czy nie-abstynenci obrazili się na te miejsca i poprzysięgli, że nigdy w życiu ich noga tam nie postanie?

Wprowadzenie zakazu palenia w miejscach publicznych wydaje się być kwestią czasu. Pytanie tylko, jak szeroki zakres będzie on miał i czy obejmowanie nim knajp (tak na zdrowy, chłopski rozum) jest w ogóle potrzebne?

Jadwiga Nowak

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie