Egzekucja

Redakcja
Handel nie jest łatwym zajęciem. Marek miał dobrą pozycję, liczne kontakty i świetną opinię u odbiorców. Ponieważ uczciwymi metodami nie udało się go wyprzeć z rynku, rywale spróbowali podstępem. Nie wygląda na człowieka, który stracił wszystko. W średnim wieku, spokojny, opanowany. Jego relacja jest monotonna, pełna rzeczowych argumentów, pozbawiona emocji. - Sam dziwię się swojej odporności psychicznej - zauważa mimochodem.

BOGDAN WASZTYL

BOGDAN WASZTYL

Handel nie jest łatwym zajęciem. Marek miał dobrą pozycję, liczne kontakty i świetną opinię u odbiorców. Ponieważ uczciwymi metodami nie udało się go wyprzeć z rynku, rywale spróbowali podstępem.

Nie wygląda na człowieka, który stracił wszystko. W średnim wieku, spokojny, opanowany. Jego relacja jest monotonna, pełna rzeczowych argumentów, pozbawiona emocji. - Sam dziwię się swojej odporności psychicznej - zauważa mimochodem.
 Jak bohater Kafki, został wciągnięty w jakiś koszmarny wir. Urzędników nie interesowało, że padł ofiarą przestępstwa. Przyczynili się do jego upadku zgodnie z prawem i wewnętrznymi procedurami - rzeczowo, racjonalnie, metodycznie, bez emocji. Jeszcze półtora roku temu Marek miał: dobrze prosperującą firmę, w którą zainwestował około połowę miliona złotych, mieszkanie, szczęśliwą rodzinę. Dziś nie ma firmy, nie ma pieniędzy, rozpada mu się rodzina (żona wystąpiła o rozwód). Pozbawiono go nawet możliwości działania. Cokolwiek zrobi, urząd skarbowy i wierzyciele nie dadzą mu spokoju.
 Ponad dziesięć lat temu wybrał pieniądze z konta dewizowego i założył firmę handlową. Interesy szły dobrze. W krótkim czasie dorobił się dwóch sklepów i dwóch hurtowni, zatrudniał 20 osób. Wykazywał dochód, płacił podatki. Rozwój firmy gwałtownie zahamowała kontrola z urzędu skarbowego, która zakwestionowała rzetelność rozliczeń za lata 1990/91 i wymierzyła domiar podatkowy w wysokości miliarda złotych, co wówczas odpowiadało stu tysiącom dolarów. Marek odwołał się od tej decyzji, gdyż uważał, że fiskus pogwałcił obowiązujące przepisy. Mimo jego ponagleń, Izba Skarbowa nie spieszyła się i rozpatrywała odwołanie przez półtora roku. W tym czasie bank wypowiedział kredyt, komornik zajął konto firmy, uniemożliwiając praktycznie działalność.
 W końcu Izba Skarbowa w pełni podzieliła stanowisko podatnika, cofnęła krzywdzące go decyzje, zwróciła zagarnięte pieniądze, jednak firma już nie istniała. Pracownicy zostali zwolnieni, na opuszczony rynek weszła konkurencja.
 Znów rozpoczynał od zera. Przestawił się na produkcję akcesoriów papierniczych z taniego materiału, który sprowadzała dla niego ze Szwecji firma znajomego, L. Wyroby były konkurencyjne, atrakcyjnie wyglądały i bardzo dobrze się sprzedawały. Firma zatrudniająca ośmiu pracowników przynosiła stałe, przyzwoite zyski. Tak przyzwoite, że w końcu L. do spółki z poznanym w Szwecji Polakiem, K., postanowili się na współpracy z Markiem jeszcze bardziej utuczyć. W ciągu jednego roku podnieśli ceny sprowadzanego surowca o trzysta procent. Ponieważ przy takiej cenie produkcja byłaby nieopłacalna, Marek zerwał współpracę i zaczął sprowadzać papier z Francji.
 Po pewnym czasie dawni dostawcy, w tym samym budynku co Marek, rozpoczęli identyczną działalność (L. przez kilka lat współpracy z Markiem dobrze poznał jego firmę, odbiorców). - Ci dwaj doszli do wniosku, że skoro nie chcę już od nich surowca, sami zaczną produkować i wykończą moją firmę na drodze normalnej konkurencji. Ale się przeliczyli.
 Handel nie jest łatwym zajęciem. Marek miał dobrą pozycję, liczne kontakty i świetną opinię u odbiorców. Ponieważ uczciwymi metodami nie udało się go wyprzeć z rynku, rywale spróbowali podstępem. W 1998 roku zaczęli rozpowszechniać oszczerstwa wobec konkurenta: określano go mianem złodzieja, pracownikom i odbiorcom opowiadano o jego rzekomych niegodziwościach, wreszcie o olbrzymim długu, jaki miał mieć wobec K. Dziwnym zbiegiem okoliczności w tym samym czasie firmę nawiedzały nieustanne kontrole - policja skarbowa, inspekcja pracy, sanepid... Marek oddał w końcu sprawę do sądu. Wygrał. K. musiał go przeprosić i zapłacić tysiąc złotych grzywny. - Byłem pewny, że wreszcie dadzą mi spokój. Zacząłem rozmyślać o rozwoju firmy. Nie spodziewałem się żadnych problemów.
W styczniu 1999 roku otrzymał pismo z kancelarii adwokackiej, z którego wynikało, że w ciągu siedmiu dni musi zapłacić 250 tysięcy złotych oraz kilkanaście tysięcy kosztów sądowych na rzecz Grażyny Ł. na podstawie prawomocnego nakazu zapłaty. Rzecz w tym, że Marek nawet nie znał Grażyny Ł. i nigdy nie miał tak wielkich zobowiązań. Szybko odkrył, że Grażyna Ł. to szwagierka pana Ł. Później przypomniał sobie, że przed laty, gdy Ł. starał się o kredyt w jednym z banków, jako poręczenie tego kredytu wystawił weksel in blanco. Ł. ostatecznie kredytu nie otrzymał, więc weksel nie był potrzebny.
 - Na szczęście wziąłem wówczas od Ł. pisemne oświadczenie, że zniszczył ten weksel. W rzeczywistości Ł. go nie zniszczył, po latach wpisał na nim kwotę 250 tysięcy złotych i fikcyjnie sprzedał swojej szwagierce. Ta wystąpiła do sądu o wydanie nakazu zapłaty.
 Dziwnym, oczywiście niekorzystnym dla Marka, zbiegiem okoliczności sąd wydał nakaz zapłaty w czasie, gdy rzekomy dłużnik przebywał za granicą i nie mógł złożyć zażalenia na tę decyzję. - W Polsce bardzo łatwo uzyskać nakaz zapłaty - komentuje Marek - wystarczy sfałszowany weksel. W zasadzie sąd nie bada, czy weksel rzeczywiście został podpisany przez osobę, która go rzekomo wystawiła.
 Nakaz się więc uprawomocnił. Marek natychmiast złożył w prokuraturze zawiadomienie o przestępstwie, a w sądzie wniosek o przywrócenie terminu do złożenia zarzutów w sprawie weksla. Prokurator od razu podjął działania, sąd zastanawiał się prawie dwa miesiące. Nieuczciwi wierzyciele jednak nie czekali, wypadki potoczyły się błyskawicznie. - Byli dobrze zorientowani w działalności mojej firmy, więc podali ją komornikowi na tacy z wszelkimi namiarami. Osaczyli mnie.
 Dla komornika ta sprawa była wyjątkowo łatwa. Z wielką gorliwością zajął konto firmy. Z dnia na dzień jej działalność została praktycznie zablokowana. Komornik nie przyjmował argumentów Marka, że padł ofiarą oszustwa. Głuchy pozostał też na prośbę prokuratora o wstrzymanie egzekucji. - Dla mnie wiążące jest postanowienie sądu, a sąd wydał prawomocny nakaz zapłaty - odparł komornik i w dalszym ciągu ściągał z konta firmy Marka pieniądze dla oszustów.
 Dopiero po dwóch miesiącach sąd zawiesił egzekucję do czasu rozstrzygnięcia sprawy karnej. Akt oskarżenia był gotowy w czerwcu 1999 roku, a pół roku później zapadł wyrok: Grażynę Ł. i jej szwagra skazano na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na cztery lata oraz tysiąc złotych grzywny. W czerwcu br. wyrok się uprawomocnił.
 - Mimo że komornik zajął na rzecz oszustów kilkadziesiąt tysięcy złotych, nie spodziewałem się upadku. Byłem pewny, że firma wyjdzie na prostą. Miałem duże zapasy surowca, mogłem produkować. Upadek firmy spowodowały bank i urząd skarbowy.
 W ciągu kilku pierwszych miesięcy ubiegłego roku narosły zobowiązania podatkowe i zusowskie. Marek oczywiście wolał w tamtym czasie płacić podatki, niż zaspokajać roszczenia przestępców, ale w tamtej sytuacji było to niemożliwe (według prawa sądowy nakaz zapłaty jest ważniejszy niż zobowiązania podatkowe). Poprosił więc urząd skarbowy o przesunięcie terminów płatności podatków. Odroczono mu je o kilka miesięcy.
 - Wiosną ubiegłego roku byłem dobrej myśli. Wierzyłem, że się podźwignę. Na kontynuowanie działalności pożyczyłem od znajomych 20 tysięcy dolarów.
 Zapłacił pracownikom zaległe pensje, odsetki i ratę kredytu w BPH, licząc na przedłużenie linii kredytowej, którą miał w tym banku od kilku lat. Z odnowieniem kredytu Marek nie miał dotychczas żadnych kłopotów (z roku na rok wykazywał rosnący dochód, odsetki i raty spłacał terminowo), odbywało się to niemal automatycznie - składał dokumenty, otrzymywał nowy kredyt. Tym razem było inaczej. Bank zgodnie ze swoimi procedurami zażądał zaświadczenia o niezaleganiu z podatkami i płatnościami ZUS. Takich zaświadczeń Marek z oczywistych względów nie mógł przedstawić, gdyż z płatnościami po raz pierwszy zalegał. Przedstawił jednak dowody na to, że jego firma znalazła się w trudnej sytuacji w wyniku przestępstwa i że są szanse na wyjście z kryzysu.
 - Nasz bank zmienia strategię, wycofuje się z kredytowania małych firm, poza tym pańska firma nie spełnia podstawowych warunków do przyznania kredytu - usłyszał w III oddziale BPH w Krakowie.
 Bank dał mu trzy miesiące na spłatę całego kredytu (ponad 100 tysięcy złotych). Nie zgodził się na przedłużenie terminu. W czerwcu 1999 roku, gdy minął termin, a Marek nie uregulował całej należności, konto firmy odblokowane przez komornika sądowego zablokował bank.
 - Znów więc nie miałem pieniędzy, by spłacić w terminie wszystkie zobowiązania podatkowe.
Pisał kolejne pisma do urzędu skarbowego, ale wszystkie decyzje były negatywne. "Reasumując Urząd stwierdza, iż utrzymująca się od dłuższego czasu niekorzystna sytuacja finansowa nie stanowi przesłanki do udzielenia kolejnej ulgi podatkowej, ponieważ indywidualny interes podatnika jest sprzeczny z interesem społecznym. Ulga podatkowa nie może być traktowana jako forma kredytu, a ryzyko związane z prowadzeniem działalności gospodarczej przenoszone na budżet Państwa" - tłumaczyli przedstawiciele fiskusa.
 W końcu Marek poprosił o wyjaśnienie przepisu ordynacji podatkowej, który mówi o odroczeniach i umorzeniach podatkowych (przepis ten pozostawia urzędnikom pełną dowolność). Chciał się dowiedzieć, w jakich sytuacjach udziela się takich ulg czy umorzeń. "Urząd Skarbowy nie widzi podstaw do udzielenia pisemnej informacji w żądanym zakresie na podstawie art. 14 par. 4 ustawy ordynacja podatkowa" - odpisał naczelnik Urzędu Skarbowego Kraków Śródmieście, uznając (nie wiadomo dlaczego? - przyp. B.W.), że i ten przepis można dowolnie interpretować.
 Chcąc ratować firmę i miejsca pracy, Marek zwrócił się do Urzędu Pracy. Okazało się jednak, że urząd nie może pomóc firmie i ludziom, których zatrudniała. - Gdyby pan tworzył nowe miejsca pracy, to może by się coś znalazło, ale jeśli chce pan utrzymać już istniejące, nie mamy możliwości pomocy - usłyszał.
 W lipcu ubiegłego roku zaczął zwalniać pracowników, gdyż uznał, że dalsza działalność firmy jest niemożliwa. Później zaczął wyprzedawać majątek firmy i maszyny, często poniżej ich rzeczywistej wartości. Wyprzedaż była konieczna, aby uzyskać środki na wypłatę zaległych wynagrodzeń, spłatę kredytu i odsetek, części podatków, opłat sądowych, kosztów adwokackich... W ciągu roku wycofał z firmy ponad 300 tysięcy złotych. Gdy już spłacił kredyt bankowy (styczeń 2000), konto firmy zablokował komornik skarbowy. W kwietniu, wobec braku innego majątku, poborca skarbowy zajął samochód (jedyne potencjalne źródło zarobkowania) i wieżę hi-fi.
 Upadek Marka może pogrążyć firmy z nim współpracujące. Kilkanaście z nich uzyskało już sądowe nakazy zapłaty (musiały wystąpić do sądu, by straty wpisać w koszty), ale wątpliwe wydaje się, by zdołały cokolwiek wyegzekwować. Długi Marka przekroczyły już 200 tysięcy złotych i z każdym dniem rosną (karne odsetki). Najbardziej niecierpliwi wierzyciele grożą mu śmiercią. Żona złożyła pozew o rozwód.
 W beznadziejnej sytuacji są też byli pracownicy Marka. Od roku żaden z nich nie znalazł nowej pracy. - Jak urząd skarbowy może twierdzić, że indywidualny interes podatnika jest sprzeczny z interesem społecznym? - pyta Marek. - Czy te interesy nie powinny być tożsame? Skarb państwa już wydał więcej na zasiłki dla moich byłych pracowników niż wynosiły moje zobowiązanie wobec urzędu skarbowego i ZUS. Jednocześnie nie wpływają do niego podatki z bieżącej działalności firmy, bo firma przestała istnieć w wyniku działalności przestępców, banku i urzędników.
Nie potrafi znaleźć powodów, dla których musiała upaść jego firma i dla których musiało się zawalić jego życie. Po raz setny analizuje całą tę skomplikowaną układankę i nie znajduje w swoim postępowaniu żadnego błędu. - Urzędy i bank, działając zgodnie z prawem (niejednoznacznym, niedoskonałym), ze swymi wewnętrznymi procedurami nie zostawiły mi możliwości żadnego manewru. Wykorzystałem wszystkie możliwości, by ratować firmę i siebie. Nie, nie wszystkie... Może trzeba było dać łapówkę, by zyskać przychylność urzędników? Może trzeba było popełnić przestępstwo podobne do tego, jakiego padłem ofiarą?
 To nic trudnego. Wystarczy poznać numer konta kogoś zamożnego, sfałszować weksle, podczas jego nieobecności uzyskać w sądzie nakaz zapłaty, pójść do komornika, podać mu numer konta i spokojnie czekać na pieniądze. A później niech tamten dowodzi swych racji przez długie miesiące. Jeśli sprawca cieszy się dobrą opinią, dostanie półtora roku więzienia w zawieszeniu i niewielką grzywnę...
 - A cóż ja innego mogę zrobić? Przed rokiem wystarczyłoby przesunięcie spłaty podatków, udzielenie kredytu, bym wyszedł na prostą. Dziś nic nie może mi pomóc. Jestem nędzarzem. Nie mam niczego poza długami. Nie opłaca mi się pracować, rozpoczynać innej działalności, bo cokolwiek zrobię, będzie obciążone tymi długami.
 - Być może niedługo sąd cywilny zacznie rozpatrywać pański pozew przeciwko sprawcom oszustwa i zmusi ich do wyrównania strat, naprawienia szkód...
 - Nie odzyskam pieniędzy. Ł., który wziął na siebie całą winę, już właściwie pozbył się majątku. Nie ma magazynów ani materiałów, które można by zająć. Sprzedał samochód, a ten, którym jeździ obecnie, nie należy do niego. Natomiast K. spokojnie prowadzi sobie działalność gospodarczą. Ale na niego nie mam wyroku. Poza tym, kiedy sąd zacznie rozpatrywać sprawę, ofiary już nie będzie. Poszkodowana firma ulegnie likwidacji.
 - To co panu pozostaje?
 - ...

Pomoc dla firm od 1 lutego

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie