Gdyby nie modlitwa, zginęliby na oceanie. Za dar życia...

Gdyby nie modlitwa, zginęliby na oceanie. Za dar życia wybudowali kapliczkę Zmartwychwstania Pańskiego

Halina Gajda

Aktualizacja:

Gazeta Krakowska

Gdyby nie modlitwa, zginęliby na oceanie. Za dar życia wybudowali kapliczkę Zmartwychwstania Pańskiego
1/7
przejdź do galerii

©fot. halina gajda

Mirosława Chomiak, pełna energii uścianka popatruje na przydrożną kapliczkę. Zamyka na chwilę oczy. Wzdycha głęboko...
Zobacz galerię

Widzi babcię Annę na dryfującym po oceanie statku. Może sobie tylko wyobrazić jej strach i przemożną chęć życia. Był 1890 rok. Nie było satelitów, cyfrowego namierzania, ani telefonów komórkowych. Ludzie zdani byli tylko na siebie i cud.
- Babcia poprzysięgła wtedy, że jeśli ocaleje, w rodzinnej wsi wybuduje kapliczkę Zmartwychwstania Pańskiego. Bo przecież stanęła ze śmiercią twarzą w twarz, a cudowny ratunek był jak swoiste zmartwychwstanie - opowiada pani Mirosława.


Boże, o pomoc wołamy...


Przydrożne kapliczki to tak naprawdę znak rozpoznawczy Beskidu Niskiego. Czasem w centrum, ale nierzadko w kompletnym oddaleniu od jakichkolwiek zabudowań wywołują zastanowienie: po co i kto je wystawiła na odludziu? Komu służą? Bywa i tak, że stoją w środku wsi, a i tak niewielu już pamięta, kto był fundatorem, jaką mają historię...
- Opowieść o losach Anny Dańkowskiej, mojej babci ze strony mamy, była przez lata bardzo żywa w naszej rodzinie - mówi pani Mirosława. - Nie raz płakaliśmy, gdy moja mama snuła historię Anny, która miała tylko dwadzieścia lat, gdy zdecydowała się, że wsiądzie na statek i popłynie za ocean szukać lepszego losu dla siebie i swoich bliskich - dodaje cicho.

Był 1890 rok. Anna i jej dwóch braci pewnie po naradach, niejednej zgryzocie, wielu wątpliwościach, postanowili, że wyjadą do USA, by tam szukać lepszego życia. W Uściu bieda wyglądała z każdego kąta. Co odważniejsi, sprzedawali, co się tylko dało, żeby opłacić bilety do mitycznego dobrobytu. Chętnych na wyjazd było tysiące, co skrzętnie wykorzystywali przewoźnicy. - Mama wiele razy powtarzała, że babcia Anna i jej bracia płynęli do Ameryki tanią szyfą, czyli statkiem - pani Mirosława przywołuje zasłyszane niegdyś słowa.

Te, wypełnione po brzegi, wypływały z europejskich portów, między innymi w Hamburgu. Na jednym z nich była właśnie młoda uścianka.

- Z relacji mamy wiem, że statek, na którego pokładzie była babcia, został uszkodzony podczas sztormu. Co się stało, tego dokładnie nie wiemy, ale sytuacja musiała być naprawdę tragiczna, bo kapitan powiedział wszystkim wprost: módlcie się do Boga, o to, żeby nadeszła pomoc, inaczej wszyscy pewnikiem tu zginiemy - dodaje pani Mirosława.

Obojętnie co to było, czy gorliwe modlitwy, czy szczęśliwy przypadek, ale pomoc nadeszła. Anna i jej bracia ocaleli i dotarli szczęśliwie na ląd. - Rodzeństwo obiecało wtedy, że w podzięce na życie, w Uściu wybudują kapliczkę Zmartwychwstania Pańskiego - mówi dalej pani Mirosława.

Gdy tylko Anna i jej bracia okrzepli trochę w nowym miejscu, znaleźli pracę, pierwsze zarobione pieniądze wysłali do Polski, do ojca z przykazaniem, że ma wybudować dziękczynne wotum. Pieniędzy było za dość - w 1898 powstała nie tylko kapliczka, do której zakupione zostały trzy ikony, ale też krzyż na cmentarzu parafialnym, wokół którego grzebane były doczesne szczątki rodziny.

Most między wspomnieniami


Czym babcia Anna, zajmowała się za oceanem, nie wiadomo. Pani Mirosława tylko domyśla się, że pewnie była gdzieś służącą.
- Wyszła za mąż, za pochodzącego ze Skwirtnego Stańczaka. Nie nacieszyli się długo szczęściem, bo mężczyzna zachorował na gruźlicę. Wydawało mu się, że ratunkiem będzie powrót do rodziny, w góry. I rzeczywiście tak się stało - wrócili oboje z małą córeczką Marią - wspomina dalej.

Babcia Anna nie raz wzdychała do Zmartwychwstałego w kapliczce: uratowałeś mnie na oceanie, uratuj teraz mojego męża, nie pozwól, by dziecko straciło ojca. Choroba nie dała jednak za wygraną. - Babcia pochowała męża i pogrążyła się w żałobie - mówi cicho pani Mirosława.

Po jakimś czasie, wyszła powtórnie za mąż za Filipa Kowalczyka. On też wrócił z emigracji po ciężkim wypadku. Mieli córkę Melanię, mamę pani Mirosławy. I znowu nie raz wspólnie chodzili modlić się przed rodzinną kapliczką. Dla Anny była takim mostem pomiędzy życiem na obczyźnie, rodzinną wsią. Scalała wspomnienia, nie pozwalała zapomnieć o tułaczce. Wspomnienie po braciach, którzy dołożyli swoją cegiełkę, ale nigdy na ojcowiznę nie wrócili.

- Jeden miał sklep, drugi zajmował się nieruchomościami. Pożenili się z Amerykankami. Listy, początkowo częste, zaczęły przychodzić coraz rzadziej, aż końcu całkiem zanikły - wspomina.

Złodziej, jak urzędnik


Na tym losy kapliczki się nie kończą. W latach siedemdziesiątych do drzwi rodziny zapukał mężczyzna. Na oko - schludny urzędnik z teczką. Pewny siebie. Od razu wyjął plik papierów z pieczątkami, które pokazał domownikom. - Powiedział nam, że jest konserwatorem z jakiegoś ważnego wrocławskiego muzeum, że ma polecenie zabrać jedną z ikon z naszej kapliczki do renowacji - opowiada pani Mirosława.

Okazało się, że przybyły mężczyzna ikonę, którą rzekomo miał przekazać do renowacji, ma już ze sobą. Poprosił, tylko żeby wyjąć ją z ram, dobrze zapakować, żeby się nie zniszczyła. - Zrobiłyśmy, jak prosił - dodaje uścianka.
Tylko raz, mama pani Mirosławy zapytała, skąd wiedział, gdzie mieszkają, że w kapliczce jest ikona. Ten miał zaś odpowiedzieć, że wszelkich informacji udzielił mu proboszcz. Kobiety więcej o nic nie zapytały. Nie zdziwił ich nawet przywołany Wrocław - pani Mirka tyle, co wróciła w rodzinne strony z Dolnego Śląska. Przez lata Wrocław był dla niej na wyciągnięcie ręki. Mogłaby powiedzieć: moje miasto.

- Niedługo później, w radiu wybrzmiała informacja, że milicja złapała szajkę złodziei dzieł sztuki - wspomina cicho. - Szybko skojarzyliśmy fakty. Mama poszła do proboszcza z pytaniem o nieznajomego konserwatora, ale usłyszała, czego już się spodziewała. Duchowny zapewnił, że nikogo do nas nie kierował, a tym bardziej, nie opowiadał o kapliczce i jej ikonach - dodaje.

Zgłosiły kradzież na milicję. Wielokrotnie dopytywały o postępy śledztwa i poszukiwań. Nic. Jak kamień w wodę. Do tej pory.
Dekadę później, ktoś ukradł drugą z ikon, ale następnego dnia, wróciła ona na swoje miejsce. Jak? Kto? Nie wiadomo. Z czasem, kapliczka dosłownie zapadła się w ziemię, niszczała w oczach, była systematycznie zalewana przez wody opadowe. W 2016 roku renowacji podjęło się starostwo w Gorlicach. Zdobyło dofinansowanie - dziesięć tysięcy złotych, dołożyli własne środki - kolejne 36 tysięcy - historyczne dziedzictwo udało się na czas uratować.

I tylko trzeciej ikony wciąż brak. Czeka na nią pusta ramka na ścianie...

ZOBACZ KONIECZNIE:





Czytaj najnowsze informacje z Gorlic i okolic

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo