Gdybym tak mogła cofnąć czas, zmieniłabym tylko jeden dzień

Rozmawia Majka Lisińska-Kozioł
Otylia Jędrzejczak  – polska pływaczka, zdobyła 28 złotych, srebrnych i  brązowych medali z IO, MŚ i ME. 130 razy była mistrzynią kraju. Trzykrotna rekordzistka świata i Europy. Trzykrotnie  wybierana najlep-szym sportowcem Polski.
Otylia Jędrzejczak – polska pływaczka, zdobyła 28 złotych, srebrnych i brązowych medali z IO, MŚ i ME. 130 razy była mistrzynią kraju. Trzykrotna rekordzistka świata i Europy. Trzykrotnie wybierana najlep-szym sportowcem Polski. Bartek Syta
Szczęście jest jak piórko. Może ulecieć. Trzeba cenić małe rzeczy, codziennie się uśmiechać i niczego nie odkładać na potem. Bo jedna chwila może wywrócić wszystko do góry nogami. Na zawsze – mówi Otylia Jędrzejczak

– Żeby urozmaicić sobie nudne i żmudne treningi, śpiewała Pani pod wodą, liczyła płytki, którymi był wyłożony basen i rozmyślała o trudnych sprawach. Czy po zakończeniu kariery znalazło się miejsce, w którym dobrze się Pani kontempluje świat i siebie?

– Przez pierwsze miesiące basen kojarzył mi się tylko z wysiłkiem i przymusem, ale w końcu za nim zatęskniłam. I znów porządkuję sobie życie podczas pływania.

– Przed zawodami prosiła Pani wodę: nie zawiedź mnie, pomóż wygrać.

– Teraz nie potrzebuję jej do wygrywania. Ale przydaje się, żeby uspokoić nerwy. Była przy mnie w chwilach, kiedy nie mogłam pokazać słabości nawet najbliższym. Jak przyjaciółka, której zawierzałam łzy i radość.

– Za metą odczuła Pani ulgę czy pustkę?

– Najpierw ulgę, bo nie musiałam już rano wstawać i mogłam chodzić na imprezy. Potem pustkę – bo miałam za dużo wolnego czasu. Nie umiałam być sama. Przed trzydziestką uświadomiłam sobie, że moi rówieśnicy mają pracę, zakładają rodziny, a ja tylko pływam. Teraz się rozglądam, próbuję nowych rzeczy i szukam dla siebie drogi.

– Czego już Pani próbowała?

– Zagrałam w serialach „Pierwsza miłość” – cztery dni zdjęciowe – i epizodzik w „Rodzince.pl”. Spróbowałam śpiewania, skoczyłam na bungee i ze spadochronem. Skończyłam też studia w Soczi .

– W sporcie trzeba być trochę aktorem.

– Na tyle, żeby zachować pokerową twarz przed startem. Na emocje jest czas na mecie. A te skoki miały mi podnieść poziom adrenaliny.

– Rodzicom pewnie skoczyło ciśnienie?

– Powiedziałam im dopiero po fakcie.

– Od niedawna jest pani prezesem Polskiego Stowarzyszenia Sportu Kobiet, rozwija kolekcję pływackiej odzieży – kostiumów, czepków, okularków – firmowanych Movie Team Otylia. Latem organizuje obozy pływackie dla dzieci. I jest jeszcze „Celebrity Splash”, w którym gwiazdy skaczą do basenu, a Pani daje im noty. Program raczej kontrowersyjny.

– W skokach zawiera się odwaga i piękno. A bycie jurorem to dla mnie nowe wyzwanie.

– Codziennie życzy Pani znajomym i nieznajomym na Facebooku pogody ducha. „Jak upadasz, to powstań i idź dalej z podniesioną głową, realizuj swoje cele konsekwentnie, bez względu, czy wykonujesz milimetrowy krok czy milowy. Patrz w przyszłość optymistycznie, myśl pozytywnie!”.

– Trzeba się do życia uśmiechać.

– Ale na jednym zdjęciu jest Pani zamyślona, wpatrzona w wodę. Pod fotografią czytamy:(…)Pędzimy szukając, ale czego? Za czym tak biegniemy, że nie zauważamy tego co mamy? Może właśnie siebie mijamy? Skąd taka nostalgia?

– Gdy pytam koleżanki i kolegów, za czym tak gnają, najpierw milkną zdziwieni pytaniem. A po chwili wyliczają, że przecież praca, że nowe auto, wakacje, szkoła dziecka, kariera. Zauważyłam, że nie umieją cieszyć się chwilą, doceniać małych rzeczy, pielęgnować relacji. Zapominają o sobie. Gdy zabraknie kasy, a karierę weźmie licho – zostaną z niczym. Nawet bez wspomnień.

– Pani nie chce nowej kariery?

–Nie chcę wracać do chłodnego, pustego domu, choćby nawet ekskluzywnego, z poczuciem, że jestem nikomu niepotrzebna i nie mam już nic do zrobienia. Działam więc, dbam o ciepłe relacje z ludźmi i powtarzam sobie, na wszelki wypadek, że pędząc za tym, co wypada mieć, za tym, co na czasie, a zapominając o duchowych potrzebach – gubimy gdzieś siebie. Mijamy obojętnie podsuwane nam przez los szanse i najważniejsze dla nas osoby. A trzeba się przyglądać światu, bo stracona szansa może być nie do odrobienia.

– Kto jest w tym pomocny?

– Ten, kto umie milczeć, gdy trzeba. I słuchać, gdy to konieczne.

– Rozmowy nie wolno ponoć odkładać do jutra, bo to właśnie dziś może być ten jeden, jedyny moment, kiedy ktoś będzie nas potrzebował najbardziej w życiu.

– Żeby wyczuć taką chwilę, potrzebna jest wrażliwość i porozumienie dusz. Rodzice potrafią jak nikt dostosować się do mojego nastroju, do intensywności życia. Czasami nie dzwonię przez tydzień, ale oni wiedzą, że moja miłość do nich się nie zmieniła, tylko przyszła na mnie pora milczenia. Taką akceptują mnie też przyjaciele. Czasami po prostu czekają, aż się rozgadam.

– Ma Pani trochę szczęścia w życiu?

– Widzę je na przykład w tym, że trafiałam na właściwych ludzi w odpowiednich momentach. Choćby na trenerów.

– Tata był bardziej wymagający niż oni?

– Przed tatą miałam dużo większy respekt, starałam się go nie zawieść. Tata to autorytet, a trenerzy musieli mi go przypominać, bo lubię, jak ktoś mną kieruje, wyznacza cele i czas do ich osiągnięcia. Dzięki temu, że tata mnie „cisnął”, skończyłam trzy kierunki studiów. Teraz przy każdej okazji namawia mnie na doktorat.

– No i taty nie dało się zmienić tak jak trenerów.
– Uwagi taty trzeba było przemyśleć, przeboleć i zaakceptować. Ale i ze szkoleniowcami w większości rozstawałam się w zgodzie. Na przykład moja krakowska trenerka pani Maria Jakóbik jest przecudowną kobietą. Ciepłą, ale wymagającą.

– Skąd się Pani wzięła w sporcie?

– Miałam sześć lat i wystające łopatki. Tata był pięściarzem, chciał, żebyśmy z bratem coś uprawiali. Codziennie woził mnie na basen z Rudy Śląskiej, gdzie wtedy mieszkaliśmy, do Katowic. Potem jeździłam sama; pobudka o czwartej, o piątej miałam autobus, o szóstej trening. Wracałam wieczorem. Czasem zasypiałam na stojąco.

– Ale wychodzi na to, że sportowi oddała Pani większość swego życia. Co on podarował Pani?

– 257 dni w roku na obozach, z trenerem i z grupą. A do tego codzienne treningi, w sumie prawie 350 dni pływania. Ale gdybym miała cofnąć czas nie wahałabym się. Zmieniłabym tylko jeden dzień… Bo sport dawał też radość, systematyczność, nauczył mnie konsekwencji.

– Gdy uroczyście pożegnano się z zawodniczką Jędrzejczak, pojechała Pani na studia do Soczi.

– Uczyłam się zarządzania jednostkami sportowymi. Musiałam się spiąć i zorganizować. Moje życie znów było uporządkowane; choć już nie przez treningi, a przez wykłady i inne zajęcia. Po powrocie wkradł się w nie chaos, z którym nie mogłam sobie poradzić. Nie musiałam już wstawać o 4 rano, żeby pływać, nie musiałam lecieć na zajęcia. Właściwie niczego nie musiałam. Na początku wydawało mi się to nawet fajne.

– A było?

–Męczące. Zdałam sobie sprawę, że nie potrafię żyć, gdy czas przecieka mi przez palce. Nawet posiłki wymknęły mi się spod kontroli i nie wiedzieć kiedy przytyłam 15 kilogramów. Dlatego szybko wróciłam do mojego zwykłego rytmu. Musiałam sobie rozpisać zupełnie inne cele życiowe, zdecydować, co jest do zrobienia. Dziś, nawet jeśli kalendarz pęka – czuję się z tym dobrze. Wykorzystuję każdy dzień.

– Nadal jest Pani emocjonalnie związana z kliniką onkologiczną dla dzieci we Wrocławiu?

– Mam do nich sentyment. Chore dzieci wiedzą, jak ważna jest każda chwila bez bólu, każda niedziela w domu, nie w szpitalu. Uczę się od nich radości i staram się motywować je do walki z rakiem. „Celebrity Splash” jest kręcone w Termach Mariańskich w Poznaniu i gościła tam mała Zosia, chora na nowotwór. Bardzo chce pływać, a groziła jej amputacja ręki. Namawiałam ją– Zosiu walcz. Nie poddawaj się. Ostatnio miała operację. Jej mama napisała do mnie, że mała straciła tylko mięsień, ręka została i Zosia będzie pływać. Takie spotkania prostują myślenie. Uczą cenić to, co mamy. I cieszyć się tym, zanim minie.

– Rozmawiałam niedawno z Renatą. Jej ośmioletnia córeczka Asia zmarła w ubiegłym roku. Renata celebrowała każdy dzień z dzieckiem, wiedziała, że może być ostatni. Dziś ma chociaż wspomnienia.

– Wiele rzeczy nam umyka. Nie wrócą, choćbyśmy nie wiem jak chcieli. Może dlatego wolimy omijać cudze dramaty w nadziei, że nas nic podobnego nie spotka. Chcemy być młodzi, piękni, zdrowi i bogaci. Szybko i za wszelką cenę. Pewnie dlatego pierwsze pytanie, jakie na ogół zadają mi na spotkaniach dzieci z podstawówek brzmi: ile pani zarabia. Mniej obchodzą je moje pasje ani to jak dużo pracuję, czy ile trenowałam. Tłumaczę im więc, co się liczy; nie pieniądze, ale nasz wysiłek oraz relacje.

– No i małe, dobre rzeczy, które nas spotykają.

– O tym, jak są ważne, przekonałam się po śmierci Szymona. Wcześniej też je ceniłam, ale chyba mniej świadomie. Nieraz mówiłam sobie: jak nie ta chwila, to następna, jak nie te wakacje to przyszłoroczne. To może poczekać albo tamto. A dziś wiem, że trzeba było spędzać z bratem więcej czasu i więcej dla niego zrobić. Nawet jeśli mówiono o nas papużki nierozłączki. Tamtego dnia przekonałam się, że jedna chwila może zmienić czyjeś życie. Na zawsze. Tak samo odbieram odejście Kamili Skolimowskiej (mistrzyni olimpijska w rzucie młotem, zmarła w wieku 27 l.). Dobrze się znałyśmy i nagle zniknęła. W momencie, w którym nikt się tego nie spodziewał.

– Rodzice Kamili czują jej obecność.

– Szymon też w jakiś sposób jest ze mną.

– Ma Pani co wspominać?
– Wychowywaliśmy się razem przez 19 lat. Mój brat był bardzo wesołym chłopakiem. Dobrze się rozumieliśmy i bawiliśmy się znakomicie. Ale gdy dziś patrzę wstecz, widzę też, jakim był czułym i dobrym człowiekiem. Odkładał na przykład pieniądze za sprzedane butelki czy makulaturę i przynosił mamie kwiatka, żeby zrobić jej przyjemność. Brakuje mi brata i tej jego bezinteresownej dobroci oraz troski. Jego telefonów skądkolwiek, nie z jakimś interesem, ale żeby powiedzieć po prostu: kocham cię, wiesz? Albo: siostra, myślę o tobie.

– To ważne czuć się kochaną i usłyszeć o tym, ot tak, bez okazji.

– I cenniejsze niż najdroższe prezenty.

– Pisze Pani o bracie w pamiętniku?

– Wprost chyba coraz rzadziej. Teraz wolę teksty, które nie są wprost związane z Szymonem, z prywatnością. Ale wszystko w moim życiu jest jakoś implikowane tamtą stratą. Niosę swój kamień i nic tego nigdy nie zmieni. Ale żeby pisać o tym, co jest ważne, muszę się zatrzymać na chwilę. Muszę pomyśleć.

– W święta zdarzy się taka chwila?

– Pewnie tak. To spokojniejszy czas, kiedy robimy rachunek sumienia. Bywa, że wiodą do niego trudne przemyślenia.

– Będzie Pani malować pisanki?

– Zanurzam w farbie jajka żeby się same pomalowały. Nie mam kompletnie zdolności do rysowania; mama malowała mi prace do szkoły. Ale Szymon pięknie malował.

– Za to gotowanie nie jest Pani obce. W programie „Ugotowani” podawała pani „Królewicza w tarapatach”, „Diabelski młyn” i owocową Afrykę. Cokolwiek to znaczy…

– Dania są mniej skomplikowane niż ich nazwy, które musiały być takie, żeby się mało kto domyślił, co właściwie znajdzie się na talerzu.

– Co się znalazło?

– Królewicz to rolada łososiowa ze szpinakiem. Diabelski młyn – makaron z krewetkami, a Afryka to był murzynek, czyli ciasto czekoladowe z musem owocowym.

– Na święta ma już Pani menu?

– Mama doskonale gotuje. Wczoraj zamówiłam u niej sernik. Nie jestem już na diecie.

– Na diecie?

– Odchudzającej. Ale na święta ją zawieszam.

– Szykuje Pani program „Kariera po karierze sportowej”.

– Chcę, żeby zawodnicy otrzymywali wsparcie już w trakcie uprawiania sportu, co pozwoliłoby im poradzić sobie, kiedy przestają trenować, odwraca się od niech związek, a kibice i dziennikarze zapominają, jacy byli dobrzy. Są przykłady, kiedy to wybitni zawodnicy gubili się w życiu i i po zakończeniu kariery popadali w alkoholizm, lądowali w szpitalach psychiatrycznych, odbierali sobie życie. Gdy intensywnie trenowali, ktoś im na ogół organizował świat. Nie musieli się martwić o zakupy – bo była stołówka; ani o ubranie – bo były dresy.

Wiedzieli też, co i o której będą robić. Z moich badań wynika, że przejście ze sportu wyczynowego do życia było łatwiejsze dla mężczyzn, zwłaszcza dla tych, którzy mają rodziny, bo muszą się szybko ogarnąć, żeby je utrzymać. Dla kobiet jest to na ogół zderzenie z samotnością. Dotąd funkcjonowały w dużej grupie. Teraz za drzwiami mieszkania czeka powracające pytanie: do czego się właściwie nadajesz?

– Dlaczego ten temat Panią tak frapuje?

– Bo pamiętam rok 2008. Moje relacje z ówczesnym trenerem były wtedy potworne i potrzebowałam przerwy. Rodzice powtarzali mi, że jestem super, że skończyłam studia i że mogę robić wiele rzeczy. Nie wierzyłam im. I tak było, aż zdałam sobie sprawę, że dopóki sama nie zrozumiem, że jestem coś warta, słowa innych nic nie będą znaczyły. Potem wróciłam jeszcze do pływania, ale już wiedziałam, że jak definitywnie wyjdę z wody, muszę zrobić coś, żeby doświadczenia związane z zakończeniem kariery nie były tak bolesne dla innych , jak bolesne były dla mnie. Byli sportowcy uciekają od życia, bo go nie znają. Na salach treningowych i w basenach już zrealizowali swoje marzenia. Za metą muszą odnaleźć nowe.
I uwierzyć w siebie. I dopóki ja nie uwierzyłam, kilka razy dostałam dobrze w tyłek. Ale nauczyłam się nie przejmować opiniami obcych ludzi, którzy krytykują, choć nie mają argumentów ani powodów. My, sportowcy, pomimo braku życiowego doświadczenia szybko wchodzimy w nowe środowisko i chcemy się rozwijać, jeśli dostaniemy szansę. Wtedy walczymy, bo to umiemy.

– Dlatego wystąpiła Pani w „Tańcu z gwiazdami”?

– Zawsze lubiłam tańczyć, tylko nie podobało mi się, że partner był na ogół niższy. A do programu poszłam, bo to był moment, kiedy zrobiłam sobie przerwę w pływaniu i byłam w dołku. Gdy więc przyszła propozycja, chyba już czwarta – skorzystałam.

– Dobrze się stało?

– Doskonale. Przede wszystkim miałam powód, by wyjść z domu. I spojrzałam na siebie jak na kobietę. Do tej pory nie malowałam się i nie robiłam manicure, bo ciągle tylko wychodziłam z wody i wchodziłam do niej. Dres był najwygodniejszy do noszenia, nie sukienka. No i nauczyłam się odporności na krytykę.

– Jaką?

– Zwyczajną, ludzką. Pisano na przykład, że jak wielka krowa sunę po podłodze, że ruszam się jak słonica. I takie tam. Nic miłego.

– Mistrzowi przegrywać nie jest łatwo.

– Zwłaszcza że przyzwyczaiłam otoczenie do tego, że przez 10 lat z każdej sportowej imprezy przywoziłam medale. Kiedy to się skończyło, czułam na plecach ciężki oddech kibiców, trenera. Medale mnie mobilizowały, były dopełnieniem pracy, jednak to nie one były dla mnie miarą sukcesu, ale właśnie umiejętność podniesienia się po przegranej.

– Trzeba z niej wyciągać wnioski?

– Koniecznie. Żałuję jednak, że wyciągałam je tylko ze złych startów. Dobrymi się tylko cieszyłam.

– Kiedy straciła Pani brata, była Pani u szczytu kariery; medale, rekordy, sława, pieniądze, miłość. Nic więcej nie można sobie w wieku dwudziestu jeden lat wymarzyć. Świat należał do Pani i wtedy los odwrócił się tyłem…

– Tamto cierpienie, którego ani zważyć, ani zmierzyć się nie da, zmieniło moje spojrzenie na życie. Uświadomiłam sobie, jak ono jest kruche. Od tamtej chwili nie wypowiadam słów: jestem szczęśliwa. Wolę być po prostu zadowolona, usatysfakcjonowana albo wesoła. Boję się, żeby los znów nie pokazał mi pleców. Przekonałam się, że szczęście jest ulotne jak piórko. Może zniknąć nagle, za jednym podmuchem wiatru.

***

Otylia Jędrzejczak kocha Kraków za: jego klimat i za liceum sportowe przy ul. Grochowskiej. Za fajnych kolegów i studniówkę naprzeciwko Teatru Słowackiego. I za obskakiwanie „Adasia” (pomnik Mickiewicza na Rynku) na jednej nodze, żeby dopisało maturalne szczęście. Za przyjaciółkę koszykarkę chrześnicę Natalkę Otylkę.

– Otylia to rzadkie imię...

– Miałam się urodzić 15.01.1984 r, ale pojawiłam się wcześniej. Rodzice spojrzeli w kalendarz, 13 grudnia było Otylii. I tak zostało.

Zdrobnienie Motylia wymyślili dziennikarze, bo pływałam motylkiem. Znajomi mówili do mnie Oti. Jak ktoś wołał – Otylia, zastanawiałam się, co przeskrobałam.

FLESZ: Polacy żyją krócej. Co nas zabija?

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3