MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Gdzie są chłopcy...?

Ryszard Niemiec
Preteksty. Wpadł na chwilę do kraju Czesiek Malec, jeden z ostatnich żyjących Wawelskich Smoków – legendarnego zespołu koszykarzy Wisły, ojciec Łukasza, ostatniego bodaj ogniwa legendy, przedwcześnie zmarłego.

Przyjechał na jubileusz: świętowano w klubie rocznice zdobywania mistrzowskich tytułów: 1954-1964-1974… Wpadł, bo wsiąkł w obczyźnianą rzeczywistość (Francja) na dobre, podobnie jak inne gwiazdy Smoków: Wiesiek Langiewicz (też Francja), Andrzej Seweryn i Krystian Czernichowski (Luksemburg), Jan Murzynowski (Anglia).

Gdyby nie to, że ich nie mniej sławni koledzy młodo pomaszerowali czwórkami do nieba (Zdzisław Dąbrowski, Maciej Wężyk, Wi­cek Wawro, Tadeusz Pacuła, Stefan Wójcik, Bohdan Likszo), można by skutki ich emigracji zaakceptować. Straty spowodowane ich absencją uważam wszak za niepowetowane! Zniknął zbiorowy wzór do naśladowania…

Należeli do pokolenia, które w latach 60. wydźwi­gnęło polską koszykówkę do przodującej roli w Europie. W przaśnej epoce PRL stworzyli drużynę, jakiej nigdy przed nią, ani po niej, polski basket nie zdołał się dorobić.

To, że kluby z Zachodu poczytywały sobie za zaszczyt zaproszenie jej na turniej, można zrzucić na odprężeniowe procesy w relacjach pomiędzy dwoma biegunami świata wielkiej polityki. Ale, żeby na Reymonta przyjeżdżała reprezentacja Europy, a także madrycki Real, a w ramach Festiwalu FIBA, zmierzyły się z Wisłą, to już zaszczyt, jakiego nie dostąpił żaden polski klub.

Do historii przeszedł ówczesny, podwójny sukces krakowian, o którym nasza współczesna koszykówka męska nie ma prawa śnić w najbardziej kolorowych fantazjach. Rok wcześniej (1964) zawitała do Kra­kowa reprezentacja NBA, oparta o koszykarzy Boston Celtics.

Od tamtego meczu minęło pół wieku, ale z tej perspektywy widać, że to właśnie wówczas nasza koszykówka była najbliżej poziomu prezentowanego przez niedościgłych mistrzów. Owszem, wirtuozeria Robertsona, Russela robiła kolosalne wrażenie, aliści na ich tle umiejętności Likszy, Langie­wicza wprawiały w zdumienie.

Największe wrażenie pozostawił zwycięski mecz wiślaków o Puchar Europy z moskiewskim CSKA. Młodszym czytelnikom należy się rozszyfrowanie skrótu, który oznaczał Centralny Klub Czerwonej Armii. Siedziałem wtedy za koszem od wejścia na halę, a przy mnie starszy pan, z musz­ką przy grdyce.

Za każdym razem, kiedy Likszo zdobywał punkty, krzyczał: „Boguś, za Katyń!”. Była bowiem Wisła już wtedy klubem niespecjalnie przystającym do gwardyjskiego pionu. Jako jedyny klub wiadomego resortu, dbała o szeroką reprezentację żywiołu cywilno-inteligenckiego, tak by nie zostać zdominowana przez mundurowych. Przykład?

Jest rok 1968, w kraju szaleje kampania antysemicka, Wisła trafia na mistrza Turcji z Istambułu, a dalej czeka na nią mistrz Izraela. Góra każe wycofać się z Pucharu Europy, ale drużyna chce grać i gra… Pewnie dlatego dziś, kiedy po klubach gwardyjskiego pionu zostały zgliszcza, Wisła szykuje się do jubileuszu 110-lecia…

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!
Wróć na dziennikpolski24.pl Dziennik Polski