Głos pokolenia

Redakcja
Nie można przestać kochać drewna

Jolanta Antecka

Jolanta Antecka

Nie można przestać kochać drewna

   Pokolenie to wspólnota lektur i marzeń. Każde? Niekoniecznie. To, które z końcem lat pięćdziesiątych i w latach sześćdziesiątych przecierało oczy do dorosłego życia - owszem.
   Pokoleniowa lista lektur nie była nigdy i przez nikogo zadekretowana, ale ludzie w podobnym wieku czytali te same książki. Czytało się Sartre'a, Camusa, Faulknera, Steinbecka, Hemingwaya, Brunona Schulza, wiersze Éluarda i Herberta. Odkrywało się przywracanego literaturze polskiej Lechonia. Co do marzeń, to trudniej sporządzić ich jednoznaczny katalog - bilans bytów ulotnych.
   Ale ci z pokolenia, którzy zostali artystami, zatrzymali w swoich obrazach, w swoich rzeźbach, ślad tamtych marzeń, niekiedy jeszcze o pierwszym szronie; czasem dewaluację, czasem nostalgię.
   Jerzy Nowakowski, krakowski rzeźbiarz, jest artystą z tego pokolenia.

\*

   Chłopak z Przemyśla trafił do Liceum Sztuk Plastycznych w Jarosławiu. Przez cały czas więc prowincja - ta, o której Tadeusz Brzozowski powiedział, że gdyby nie istniała, trzeba by ją było wymyślić. Na prowincji były wtedy bardzo dobre średnie szkoły plastyczne. Ta w Jarosławiu przeżywała swój złoty okres.
   Jarosławskie liceum to dla Jerzego czas książek, dyskusji, bardzo intensywnego życia, które na razie niewprawnie i nie całkiem wprost przekładało się na sztukę. Przez pierwsze lata głównie malował. Malować lubił, co zresztą do dziś, zostało. Rzeźbić zaczął właściwie dopiero w klasie maturalnej. Pierwszym materiałem rzeźbiarskim była glina, ewentualnie gips. Stanisław Tobiasz, pedagog w Jarosławiu, uczeń Dunikowskiego, mawiał, że do poważnych materiałów, do drewna, brązu, kamienia trzeba dorosnąć. Jerzy właśnie wtedy odkrył, że chce być rzeźbiarzem i złożył papiery na stosownym wydziale ASP. Egzaminy wstępne zdał. Został przyjęty i jesienią 1965 roku rozpoczął studia.

\*

   W Akademii na początku też był gips, w którym realizowało się portret i kompozycję. Potem to samo robiło się w drewnie. Żywy, wymagający materiał skłaniał do interpretowania zamiast dosłownego przenoszenia.
   Na Wydziale Rzeźby nie toczyły się wśród pedagogów wojny równie efektowne jak między kolorystami i awangardą na malarstwie, ale tu też były skrajnie odmienne postawy i osobowości. Zajęcia na I roku prowadził Marian Konieczny; już po warszawskiej "Nike" obwołany największą nadzieją polskiej rzeźby monumentalnej.
   Rok II i III Jerzy przeszedł pod kierunkiem Jacka Pugeta, ostatniej z dużych legend Akademii, artysty, o którym krążyły setki anegdot, a i tak mniej barwnych niż jego życie. Od Jacka Pugeta przeniósł się za jego aprobatą (- Wandzia myśli podobnie jak ja - orzekł profesor) do pracowni Wandy Ślędzińskiej, wrażliwej artystki, której elegancja po malowniczej abnegacji Jacka Pugeta robiła wrażenie nie do opisania. U Wandy Ślędzińskiej Jerzy zrobił pracę dyplomową.
   - Pan tak oderwał się od ziemi - powiedziała, patrząc na przygotowywany na dyplom "Skok o tyczce". Co można było rozumieć różnorako, ale i tak rzeźbę wypadało uzasadnić. To był już czas pisemnych prac magisterskich w Akademii. Więc rzeźba dynamiczna, z ekspresją atakująca przestrzeń, otrzymała słowne dopełnienie.
   Po dyplomie dostał asystenturę na Wydziale Rzeźby. Fakt, że był asystentem profesora Stefana Borzęckiego, Jerzy Nowakowski, teraz sam już profesor, podkreśla jako ważny w swojej biografii artystycznej.

\*

   Stefan Borzęcki, obecnie emerytowany profesor ASP, sąsiad Jerzego w kompleksie pracowni rzeźbiarskich przy ulicy Emaus, wciąż twórczy, szukający najlepszych rozwiązań i znajdujący je, to ostatni wielki mag drewna w krakowskiej Akademii. Jego asystent, choć bynajmniej nie stronił od drewna, sukcesy zaczął odnosić w innym materiale i specyficznej formie rzeźbiarskiej: pierwsze nagrody przyszły za odlewane w metalu medale.
   Medale (pierwszy został dostrzeżony przez jurorów jeszcze podczas studiów autora) nigdy nie były dla artysty wprawką ani młodzieńczym epizodem. Do dziś pozostają poważnie traktowaną i wciąż pomnażaną częścią dorobku.
   Medal przyniósł też cenioną nagrodę międzynarodową - na V Biennale Dantego w Rawennie. Wysłanie medalu do Włoch to cała epopeja. Owszem, nie tylko medale, ale i rzeźby Jerzego jeździły po świecie, ale to były wystawy przez kogoś organizowane i oficjalnie ekspediowane. Wysyłka indywidualna wiązała się z piętrowymi komplikacjami. Dziś Jerzy Nowakowski wysyła medale do British Muzeum zwyczajnie; pakując w kopertę, adresując, uiszczając stosowną opłatę za ciężki list. A po paru dniach jest telefon potwierdzający, że przesyłka dotarła do adresata. Mierząc miarą podobnych doświadczeń, można powiedzieć, że czasy zmieniły się niewyobrażalnie... Medale Nowakowskiego jakby mniej: albo abstrakcja ze znakiem do "czytania" i rozwijania w opowieść, albo pełna refleksji symbolika, czasem zmierzająca ku romantyzmowi. Nie znaczy to, że są do siebie podobne; każdy medal ma temat i sytuację, dla której podkreślenia powstaje, każdy jest odmienną opowieścią.

\*

   W dużej mierze Nowakowskiego kreowała także (podobnie zresztą jak znaczną część pokolenia) sytuacja artystyczna. Znaczne już otwarcie na sztukę zachodnią i możliwość konfrontacji artystycznej wewnątrz środowiska, jaką stwarzały dość liczne konkursy, ale głównie przeglądowa wystawa pod nazwą "Rzeźba roku", wszystko to, wraz z kolejnymi wystawami "Rzeźby młodych" tworzyło - jak słusznie podkreśla Stefan Borzęcki - swoiste nowe jakości i ferment wśród młodych rzeźbiarzy - pisał Andrzej Pollo.
   Jerzy Nowakowski, uczestniczący w wielu rzeźbiarskich zdarzeniach, wcześnie określił się artystycznie i zaproponował swoje sposoby na dialog z przestrzenią. Niewolne od pokrewieństw (głównie intuicyjnych), ale jednak swoje.
   Wśród głęboko zapadających w pamięć były kule - geometryczne formy, które zdawały się pokonywać przyciąganie ziemskie. Idealną geometrię zaburzały szczeliny - jakby forma była rozsadzana od środka ogromną siłą, niekoniecznie widoczną, możliwą do określenia, ale zdolną zmienić kanon. Wystawione w ogrodach Kossakówki unosiły się w przestrzeni, atakowały ją. Sprawdzam datę: rok 1973. Szmat czasu, a jakby wczoraj...
   Gdyby najkrócej zdefiniować sztukę Nowakowskiego i jego rówieśników (zwłaszcza tych z kręgu wspólnej pracowni rzeźbiarskiej na Kazimierzu), nasuwa się określenie stare jak świat: antyakademicka. Kontestowano poważnie i mniej poważnie. Nowakowski zbudował w pracowni pomnik Lenina z tekturowych pudeł; porażający wedle określenia Andrzeja Pollo, który jako jeden z nielicznych zdążył "pomnik" obejrzeć, zanim został rozebrany.

\*

   Krótkotrwała forma z tektury zapoczątkowała serię rzeźb z pomnikiem w tytule. Jedną z najważniejszych jest "Pomnik pokoleń"; pytanie o cel, o sens przebytej drogi, którą każdy z trzydziesto- i trzydziestoparolatków musiał sobie zadać, stojąc przed rzeźbą i doznając całej jej ostrości przy pozornym uporządkowaniu formy.
   Kolejne pomniki: "Pomnik historii", "Pomnik nadziei"; przestrzenne traktaty o niewykorzystaniu szans, nawet tych, które jakoś zarysowały się, z gdzieś w głębi zamkniętym gniewem. Artysta, bardzo świadomy wartości formalnych, jakby mniej zwraca na nie uwagę. Powróci do nich znów w latach osiemdziesiątych, w rzeźbach i płaskorzeźbach finezyjnie opracowanych, nawet gdy sprawiają wrażenie surowych.

\*

   - Jadąc do Francji na plener, wiozłem pół auta drewna - mówi Jerzy Nowakowski. Drewno wykorzystywał (- Nie jako materiał rzeźbiarski, ale dosłownie, jakie jest, gotowe elementy - jak określa) w kolejnych "Pomnikach". W późniejszych rzeźbach i płaskorzeźbach pojawia się drewno szlachetnie łączone z brązem, z kamieniem, ba, nawet z płótnem. Ten klasyczny i bardzo polski materiał, niespecjalnie ceniony w rzeźbie współczesnej, od ćwierć wieku mniej więcej przewija się w dorobku Nowakowskiego.
   Artysta docenia materiał, z którym obcuje się bez pośredników, od początku, od zarysowania siekierą do finału.
   Największą (formatem prac mierząc) przygodą z drewnem była współpraca z Dejmkiem: pięć dużych rzeźb realizowanych wspólnie ze Stefanem Borzęckim dla potrzeb sceny. Współpracę trudno było nazwać harmonijną. Dejmek traktował rzeźby prawie jak aktorów; nie tylko do dowolnego ustawiania w przestrzeni sceny, ale i pozowania. - Ten Frasobliwy powinien bardziej przechylić głowę__na ramię - orzekł reżyser, gdy wielka rzeźba, gotowa już, z trudem przetransportowana przez personel techniczny, stanęła na scenie. No i co było robić? Zgilotynować, ująć z jednej strony, z drugiej, dołożyć z drugiej, skleić i modlić się, żeby świeży klej nie puścił na premierze... Można przestać lubić teatr. Choć z drugiej strony był entuzjazm Teresy Budzisz-Krzyżanowskiej i innych krakowian z Narodowego w Warszawie...
   Nie można przestać kochać drewna. - Myślę, że następny etap będzie drewniany - prognozuje artysta.

\*

   W dorobku dużo rzeźb i jeszcze więcej medali, dziesiątki nagród w kraju i za granicą, tytuł profesora. W rzeźbach znów piękno formy i materii. Już mniej pytań o marzenia. Czasem - dlaczegoś - obłoczek melancholii. Choć może to tylko próba nieustannego pokoleniowego "czytania"...

Przygotuj swój turystyczny biznes na sezon

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie