"Gniew oceanu"

Redakcja
WŁADYSŁAW CYBULSKI

Morze w stadium szaleństwa. Nazwano to gniewem natury, bo tak jest ładniej, groźniej, a nawet poetycko i tajemniczo. Tymczasem to zjawisko meteorologiczne, do naukowego wyjaśnienia. Jesienią roku 1991 wystąpiła na Atlantyku u wschodnich wybrzeży Ameryki wyjątkowa kombinacja aż trzech różnych frontów atmosferycznych, zderzenie tropikalno-wilgotnych mas powietrza z arktycznym niżem, w wyniku czego nawałnica i huragan wiejący nawet z szybkością 193 km na godzinę i powodujący 34-metrowej wysokości fale, przybrał formę 4-dniowego sztormu idealnego, doskonałego, określanego jako "Perfect Storm" - w języku fachowców od pogody, w książce tak nazwanej i w oryginalnym tytule tego filmu.
 Wyobrażenie sobie tego, co wówczas naprawdę działo się na oceanie, a potem sztucznie powtórzone zostało na ekranie, sprawia, że ciarki przebiegają po grzbiecie. Dlatego dodawanie tu jeszcze ilustracji muzycznej działało mi na nerwy. Kompozytorem jest James Horner, czynny przedtem przy "Titaniku". Dał muzykę rozlewną, szumną i gromką - to proszę bardzo, ale uderzającą także w tony patetyczne. Jeśli nawet usprawiedliwione byłyby one tragedią, to rozbrzmiewają za wcześnie, już we wstępnych scenach z życia osady rybackiej jako zapowiedź z wyprzedzeniem. Potem już się jej nie słucha (nie słyszy?) w hałasie żywiołów i w emocjach, gdy staje się niemal zbędna, bo wszystko huczy na morzu, w powietrzu, w kinie i nam w głowie...
 Dane o przebiegu "katastrofy godnej epopei" wyszukał w archiwach służb meteorologicznych, wojskowych i ratowniczych nowojorski dziennikarz Sebastian Junger. Reporterski zamysł zaowocował nie cyklem publikacji prasowych, ale książką wydaną także w Polsce pt. "Sztorm doskonały". Przez dwa lata utrzymywała się na szczycie listy bestsellerów, więc musiała trafić do kina. Junger odmówił współpracy przy pisaniu scenariusza, ale bywał na planie filmowym. Do niczego się nie wtrącał - poza jednym: pilnował, aby filmowcy nie ulegli pokusie odejścia od tragicznego zakończenia. Sztormowe nieszczęście było przecież autentyczne, imię kutra, nazwiska członków załogi i ich rodzin na brzegu - prawdziwe.
 Jak wyglądała w szczegółach sytuacja na pokładzie "Andrea Gail" i walka szóstki rybaków o przetrwanie, o życie - tego oczywiście nie wiadomo. Wzburzone fale wysokości dziesięciu pięter pochłonęły ich w swoich odmętach - tym większa zaleta realizacji filmowej, że z wyobraźnią i znawstwem realiów ukazano nam tak wiarygodną i porywającą wizję. Sztorm zdaje się rozsadzać ekran, do czego zaprzęgnięto potężne urządzenia hydrauliczne i generatory wiatru. Fachowcy od komputerowych efektów specjalnych wspięli się na absolutne wyżyny maksymalnie wydoskonalonej techniki kinowej. Czytam: po wykonaniu 300 zdjęć trickowych cyfrowo układali kolejne warstwy obrazu - ocean, niebo, uderzenia fal, pianę...
 Steven Spielberg ("Szczęki"!) nie chciał podjąć się reżyserii, którą powierzono 59-letniemu Wolfgangowi Petersenowi, Niemcowi z portowego Hamburga, który od r. 1991 pracuje w Hollywood. Nakręcił on m.in. "Niekończącą się opowieść", "Na linii ognia" i "Epidemię", ale teraz powołać się trzeba na jego "Okręt" sprzed 20 lat, antywojenne, gorzkie widowisko z 6 nominacjami do Oscara, o dramatycznych losach łodzi podwodnej. W "Gniewie oceanu" ponownie pokazał, co w tej dziedzinie potrafi. Zarówno sceny w tawernie, miejscu schadzek pomiędzy rejsami, jak i w wiosce na wybrzeżu (wyładunek ryb, załadunek przynęty i prowiantu) mają żywą barwę i realistyczny smak. O oceanie już nie wspominając.
 - Niczego nie musieliśmy udawać - opowiadają aktorzy. - Sprawa była prosta: jeżeli nie byłeś przywiązany liną asekuracyjną, rzucało tobą dosłownie z jednego końca łodzi na drugi. - Oblewani tysiącami galonów wody, doznawali obrażeń, stłuczeń i zwichnięć. Bez kaskadera radził sobie George Clooney w głównej roli, do której kandydowali Cage i Gibson. Uchodzący za superprzystojnego, Clooney ("Złoto pustyni") szczęśliwie stracił trochę z urody salonowego amanta dzięki nieporządnemu zarostowi, zyskał natomiast aktorski wyraz, z fizyczną ofiarnością pokonując niezwykłe warunki pracy jako ambitny, uparty i nieustraszony kapitan szypra na czele nieschematycznie scharakteryzowanych towarzyszy.
 Symulacja - symulacją, makiety - makietami, technika - techniką, przygoda - przygodą, ale sugestywność tych obrazów ma siłę porażającą. Wodoszczelnymi kamerami kierował australijski operator John Seale, laureat Oscara za zdjęcia do "Angielskiego pacjenta". Na dalekich łowiskach atlantyckich padli ofiarą aury śmiałkowie, których zagnała tam - niechby lekkomyślnie - konieczność zarobku. Nad zwyczajowymi komendami i zawołaniami "Cała naprzód!", "Człowiek za burtą!" góruje przede wszystkim najbardziej doniosły - tyleż desperacki, co i solidarny - okrzyk "Wytrzymaj!". Wśród statystów, zwerbowanych do pożegnalnej sceny finałowej spomiędzy mieszkańców osady, skąd kuter wyruszył i do której nie wrócił, słychać było - jak wspomina reżyser - rzeczywisty szloch.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie