Gospodarstwo daleko od szosy

ADOM
Alicja ze Zwierzyńca i Henryk z Bronowic poznali się, gdy mieli po 13 lat i zostali już razem aż do dzisiaj; niedawno minęło im 45 lat znajomości. Państwo Augustyniakowie, pracujący onegdaj w krakowskim Biurze Projektów Przemysłu Cementowego, Wapiennego i Gipsowego, przed 12 laty za namową kuzynki zaczęli szukać domu do zamieszkania poza miastem. Zmiana adresu okazała się wręcz koniecznością, swoistym wybawieniem, jak teraz sami przyznają. Aby oderwać się od wielkomiejskiego zgiełku.

U Augustyniaków w Żerosławicach

Alicja ze Zwierzyńca i Henryk z Bronowic poznali się, gdy mieli po 13 lat i zostali już razem aż do dzisiaj; niedawno minęło im 45 lat znajomości. Państwo Augustyniakowie, pracujący onegdaj w krakowskim Biurze Projektów Przemysłu Cementowego, Wapiennego i Gipsowego, przed 12 laty za namową kuzynki zaczęli szukać domu do zamieszkania poza miastem. Zmiana adresu okazała się wręcz koniecznością, swoistym wybawieniem, jak teraz sami przyznają. Aby oderwać się od wielkomiejskiego zgiełku.

   - Pojechałem z kuzynką, z mapą w ręku - _wspomina Alicja, z wykształcenia prawniczka. - Trafiliśmy do Żerosławic, za Raciechowicami, blisko Łapanowa. Była wtedy piękna jesień, zastaliśmy wręcz bajkowy krajobraz, w ogrodzie zobaczyłam drzewa pełne jabłek. Gospodarstwo, mocno podupadłe zresztą, znajdowało się z dala od drogi, usytuowane na pagórku, z dala również od ludzi i zabudowań. W starej chłopskiej chałupie i mocno podupadłym dwuhektarowym gospodarstwie zakochałam się jak szczeniak. Decyzję podjęłam natychmiast. Z czasem na terenie stajni zrobiliśmy... pokój kominkowy.
   Pierwszym zakupem, którego dokonali krakowianie pod nowym adresem, była zakocona koza. Zaraz potem - w marcu 1993 r. - pojawiła się zaźrebiona klacz. To były pierwsze "inwestycje" zwierzęce, póki co jeszcze na własny użytek.
   Na początku Alicja i Henryk, z wykształcenia projektant, nie myśleli o utworzeniu gospodarstwa o charakterze agroturystycznym. Na wspomnienie początku bytności w Żerosławicach Alicja Augustyniak, będąca teraz na rencie, mówi ze śmiechem:
- Jak się tu nie śmiać, skoro pierwszą kozę doiliśmy na leżąco; ja i mąż leżeliśmy na ziemi, koza, wrzeszcząca wniebogłosy, również. Byli jednak szalenie zdeterminowani, z boku leżała książka, skąd czerpaliśmy teoretyczną wiedzę o dojeniu. Metodą prób i błędów doszliśmy, jak myślę, do dużej wprawy, teraz to już jesteśmy fachowcami pełną gębą, produkujemy nawet kozi ser. Byliśmy niedawno na targach Polagra w Poznaniu i tam nasz ser uzyskał nawet wyróżnienie.
   Po kilku latach, dokładnie w 1997 r., Augustyniakowie wybudowali na małym wzniesieniu koziarnię, stawiając zdecydowanie na hodowlę kóz, w roku 2000 było ich w gospodarstwie już 150 sztuk. Dominowały kozy rasy alpejskiej - brązowe z białymi paskami, ale także polskie - białe. Teraz wystarcza im osiem sztuk, hodowanych głównie z myślą o dzieciach przybywających tutaj na turnusy, uwielbiających kozie mleko i sery.
   Do kóz dołączyły konie - i to jest kolejna pasja rodziny Augustyniaków, w którą zaangażował się syn Konrad, mieszkający i pracujący w Krakowie. Zaczęło się od zakupu w marcu 1993 r. zaźrebionej klaczy, teraz w tym dwuhektarowym gospodarstwie, zlokalizowanym w Beskidzie Wyspowym, na skraju powiatu myślenickiego, właściciele hodują trzy klacze i jednego ogiera, które latem tego roku były wręcz oblegane przez młodych letników z zagranicy - dominowały dzieci z Francji, Niemiec i Austrii. Kiedyś były konie huculskie, ale, zdaniem właścicieli, nie zdały egzaminu, więc teraz są tylko konie małopolskie.
   Dzięki państwu Augustyniakom i wsparciu organizacyjnemu ze strony Krzysztofa Pstrusia z Krakowa oraz przy współpracy z Urzędem Gminy w Raciechowicach od dziesięciu lat w tej gminie odbywają się Regionalne Amatorskie Rajdy Koni Małopolskich, a latem tego roku po raz piąty udało się przeprowadzić Mistrzostwa Polski Amatorów w Rajdach Długodystansowych. Imprezie tej o randze ogólnopolskiej towarzyszy konkurs rysunkowy dla dzieci w wieku do lat 13, organizowany w tym roku już po raz piąty, jakżeby inaczej, przez żerosławickie gospodarstwo agroturystyczne. Główną nagrodą, ufundowaną przez organizatorów, jest kurs jazdy konnej w gospodarstwie, a ponadto najciekawsze prace - a jest ich z roku na rok coraz więcej - trafiają na strony kolorowego kalendarza jeździeckiego "Mój przyjaciel koń", ostatnio na sezon jeździecki 2004/2005.
   Właścicielka gospodarstwa Alicja od maja dwoi się i troi, aby gospodarstwo funkcjonowało na wysokim poziomie. Wiosną jej mąż Henryk doznał wylewu, cudem uratowany, przechodzi obecnie rehabilitację pod troskliwą opieką małżonki. Przed ośmioma laty Augustyniakowie postawili na agroturystykę, a od 2000 r. bardzo mocno ukierunkowali ją na dzieci, bo to one - jak się okazuje - są oczkiem w głowie tego małżeństwa, nieposiadającego wnucząt. Na każdym dwutygodniowym turnusie jest ich czternaścioro.
- Kochamy nie tylko kozy, koty czy konie, ale przede wszystkim dzieci, które traktujemy jak własne wnuki - tłumaczy Alicja Augustyniak. - Tego lata w naszych progach gościliśmy na turnusach dzieciaki m.in. ze Szwajcarii, Francji, Niemiec, Austrii, nie mówiąc już o Polakach. O naszym gospodarstwie i atrakcjach rodziny z zagranicy dowiadują się z naszej strony internetowej._
   Dzieci lgną do gospodarstwa niczym do miodu, zwabione ciszą, spokojem, ale nie tylko. Jednorazowo państwo Augustyniakowie mogą przyjąć 14 dzieci, turnusy trwają dwa tygodnie, a mali letnicy mieszkali tego lata w 5 pokojach w łóżkach piętrowych na piętrze niewykończonego do końca domu, który powstał w miejscu starej chałupy wiejskiej. Najczęściej były to 9-10-latki, mogąc korzystać z jazdy konnej pod okiem instruktora oraz mające do swojej dyspozycji sforę jamników, kotów oraz kóz.
   Nie może więc dziwić, że mimo iż sezon letni się skończył, Augustyniakowie już teraz zamykają listę letników na przyszły sezon. Lista gości, którzy w Żerosławicach, w tym gospodarstwie, spędzą wigilię oraz święta Bożego Narodzenia, jest zamknięta; są to dwie czteroosobowe rodziny, które na pasterkę najprawdopodobniej wybiorą się do odległego o 12 km Szczyrzyca do ojców cystersów. Nie ma już także wolnych miejsc na zimowe ferie, wszystko zostało zarezerwowane.
   Wykorzystując jesienną aurę, do Żerosławic na weekendy przyjeżdżały i nadal przyjeżdżają całe rodziny, najczęściej z nieodległego Krakowa, zwabione prawdziwie wiejską atmosferą; tak jak kiedyś Augustyniakowie, mieszczuchy z podwawelskiego grodu. (ADOM)

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie