Gustaw Herling-Grudziński „Dziennik 1957-1958”, Wydawnictwo...

Gustaw Herling-Grudziński „Dziennik 1957-1958”, Wydawnictwo Literackie 2018, 359 str.

Zdjęcie autora materiału
Włodzimierz Jurasz

Aktualizacja:

Dziennik Polski 24

Ukazały się niepublikowane wcześniej intymne zapiski autora "Innego świata".
Gustaw Herling-Grudziński „Dziennik 1957-1958”, Wydawnictwo Literackie 2018, 359 str.

©Fot. Archiwum

Dziennik pisany jeszcze głębszą nocą. Tak można chyba określić wydobyte z pośmiertnych papierów i opublikowane właśnie, pochodzące z lat 1957-1958, zapiski Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (1919-2000), jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy XX wieku, więźnia łagrów, emigranta, autora m.in. słynnego „Innego świata” (obecnego w lekturach szkolnych). Oraz pięciu tomów „Dziennika pisanego nocą”, zawierającego zapiski z lat 1971-1992, najważniejszej tego rodzaju książki w polskiej literaturze, oczywiście obok „Dzienników” Witolda Gombrowicza.

Opublikowane teraz notatki nie były, inaczej niż następne, przeznaczone do druku. A obejmują, jak stwierdza autor wstępu i opracowania tej książki (wraz z Martą Herling, córką pisarza) prof.
Włodzimierz Bolecki, ważny okres w życiu Herlinga. „Jego autor ma 38 lat. Niedawno opublikował „Inny świat”, […] w 1953 roku rozpoczął pracę w Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa w Monachium. Gdy wszystko wskazywało na to, że jego sytuacja życiowa i finansowa jest nareszcie ustabilizowana, dowiedział się – po dwóch tygodniach pracy w RWE – że samobójstwo popełniła jego żona, Krystyna, a wkrótce potem Andrzej Ciołkosz, syn jego najbliższych przyjaciół” – pisze prof. Bolecki.

Traktując te zapiski jako rozmowę z samym sobą Herling-Grudziński może pozwolić sobie na daleko posuniętą szczerość i ostrość sądów. Gwoli zachęcenia potencjalnych czytelników przytoczę jeden fragment, opinię o Polakach z Kraju, nie zawsze, jak się okazuje, gotowych na pogodzenie się z zachodzącymi po Październiku 1956 roku zmianami i destalinizacją.

Takie refleksje snuje Herling po spotkaniu we Włoszech z Barbarą Elżbietą Pniewską, zmarłą w roku 1988 artystką. „Było okropnie: zalewałem się tym szybciej, im wyraźniej widziałem, że w jakiś niepojęty sposób, instynktownie, boi się ona mnie, podejrzewając pewnie, że jestem czymś w rodzaju emigracyjnego ubeka, który ją potem opisze i skompromituje. Weszło to już w krew wszystkim, którzy spędzili ostatnie dziesięć lat życia w Polsce.

To i jeszcze jedno, zwłaszcza w przypadku młodzieży: im bardziej oszałamia ich Zachód, tym gwałtowniej zapewniają, że nie mogliby tu żyć, bo wszystko jest „strasznie poziome i zmaterializowane”, nie ma pryncypialnych dyskusji, ludzie tylko żrą i ubierają się, a nie myślą o „wielkich sprawach”. Zataczając się z jednej strony ulicy na drugą, nie byłem jednak na tyle pijany, by nie widzieć, jak ta biedna „zdematerializowana” istota pożera ze smutkiem i jakimś desperackim wzburzeniem najgłupsze wystawy…”.

Ciekawy przyczynek do analizy zjawiska zwanego homo sovieticus.

ZOBACZ KONIECZNIE:



WIDEO: Mówimy po krakosku

Autor: Gazeta Krakowska, Dziennik Polski, Nasze Miasto

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Polecamy

Wideo